Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Inne Kwiaty rosnące na betonie
Zbigniew Bródka na torze w Soczi.
fot. Facebook - Zbigniew Bródka
Zbigniew Bródka na torze w Soczi.

Kwiaty rosnące na betonie

Inne | 24 lutego 2014 09:34 | Michał Chmielewski

 Nie mam pojęcia, dlaczego. Nie wiem, jakim cudem. Bo chyba to słowo najlepiej spisuje się przy opisywaniu dokonań polskich medalistów olimpijskich? Nie jest to ważne, czy o lato, czy o zimę chodzi. Prawie wszędzie wygląda to tak samo. Im nam gorzej, tym lepiej na tym wychodzimy. Na przekór problemom, skorumpowanym związkom sportowym, ślepocie ministrów sportu i braku podstawowej infrastruktury. Po naszemu, chciałoby się powiedzieć.

 

Tak jest od lat. Czołówka światowa odjeżdża nam jak Vettel kierowcom z Force India. Budują lodowiska, boiska, skocznie, trasy, tory, stadiony. Do tego dokładają sobie sprawne systemy szkolenia. Od podstaw. Coś jak polskie Lotos Cupy (jeden z niewielu współczesnych rodzimych sukcesów szkoleniowych), ale na szeroką skalę. Wybierają dzieciaki, szkolą je, wpuszczają na to, co zbudują, a ci przyciągają tam tłumy kibiców. Proste, lecz wymagające pieniędzy i – co dla nas gorsze – wysiłku. Albo nie budują, albo nie szkolą, albo zbudowane zostawiają w cholerę. Jak to było z torem kolarskim w Pruszkowie. Jeden z najnowocześniejszych obiektów w Europie nieszczególnie przyczynił się do rozwoju naszej młodzieży. Najłatwiej powiedzieć, że brak tu talentów. Bzdura.

 

Talentów jest mnóstwo. Trzeba jedynie odkryć je i zachęcić do poświęcenia się na rzecz wyższych idei. Niektórym łatwiej powiedzieć o korzyściach. Piłkarze, skoczkowie – dobrym bieda do drzwi nie zapuka. Ale innym? Wioślarzom, panczenistom, lekkoatletom? Już nieco ciężej. Bo skąd mają wziąć pieniądze na życie? Z żałośnie niskich stypendiów? Od mamy? A może mają i trenować, i pracować w pizzerii czy na budowie? Niestety tak właśnie robią.

 

Tylko im samym wiadome jest, co pcha ich głowy pod taką gilotynę. Dlaczego nie decydują się na spokojne życie weterynarza lub prawnika, tylko tułają się po świecie w poszukiwaniu odpowiednich warunków do treningu. W Polsce ich nie zastaną. Żeby nie klepać tak tematu toru do łyżwiarstwa, przytoczę sprawę potężnej ilości polskich hal lekkoatletycznych. Jeszcze kilka lat temu była zaledwie jedna. Stara, śmierdząca i przeludniona bieżnia w Spale. A mimo to na międzynarodowych imprezach dalej próbujemy przeciskać się do światowej czołówki. A to Paweł Wojciechowski, a to Artur Noga, Tomek Majewski, ostatnio Justyna Kasprzycka… i to wszystko konkurencje wymagające dobrej jakości hali. Dziwnym trafem w ostatnich latach nasza lekkoatletyka stoi rzutami. Przypadek? Nie. Do tego wystarczy trochę pola.

 

Sportowcom, którzy mają jaja stawić czoła tym niewygodom należą się gromkie brawa. Status półbogów obowiązywał sportowców w starożytnej Grecji. Nad Wisłą powinien obowiązywać dalej. Chyba nigdy nie dowiemy się, dlaczego po złoto w Soczi sięgnął panczenista z kraju bez porządnego toru. Dlaczego w Londynie ciężary dźwignął facet z małej wioski, a brąz w zapasach wywalczył człowiek, który na hali we Wrocławiu nie zawsze ma bieżącą wodę. Mówi się często o spartańskich warunkach. U nas jest jeszcze trudniej. Wbrew sportowej logice z twardego betonu stale rosną nam piękne kwiaty. Dzięki tej sile pachną jeszcze piękniej.

 

Tekst ukazał się na blogu chmielewski.blog.pl

TWITTER: @chmielsoft

Kategoria: Inne
Komentarze (0)