Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Inne Lekko(atletycznie) zaskakująco
Skok o tyczce na sopockim molo
fot. Flickr
Skok o tyczce na sopockim molo

Lekko(atletycznie) zaskakująco

Inne | 28 marca 2014 11:28 | Michał Chmielewski

 Dziś sport jest wielkim show. Tego przynajmniej oczekują jego fani. Tym tropem poszła też lekkoatletyka, której konkurencje obserwować możemy w coraz bardziej egzotycznych miejscach.

 

Jeśli sprint, to po ulicach Manchesteru. Jeśli pchnięcie kulą, to w hallu dworca kolejowego w Zurychu. Jeśli skok wzwyż czy o tyczce, to koniecznie w rynku lub na nadmorskim molo. Rzut młotem? Dyskiem? Ostatnio próbowano pod dachem. Pierwszego w bydgoskiej „Łuczniczce”, drugi zaś fruwał w berlińskiej hali O2 World. Niestety dla zwolenników tradycyjnego podejścia do sportu, dzisiejszy kibic nie wybierze już „nudnego biegania kółko za kółkiem”, ale coś, co go zaskoczy, pokaże nowy trend i zwyczajnie wzbudzi zainteresowanie. Bezwzględnie wykorzystują to promotorzy i mistrzowie marketingu, którzy jak tylko mogą idą nowym tropem. Wszystko w imię popularyzacji sportu.

 

Jak grzyby po deszczu wyrastają na lekkoatletycznym rynku nowe formy promocji. Od 1999 roku rozgrywa się w Międzyzdrojach Memoriał Komara i Ślusarskiego. Początkowo na stadionie, dziś – a jakże – na Promenadzie Gwiazd. Zyskali wszyscy: i miasto, i kibice. Do tego fanom serwuje się imprezy, koncerty, grilla i piwo. Fajnie jest z tą lekkoatletyką! To samo robią w Szczecinie, gdzie przed MŚ w koreańskim Daegu Paweł Wojciechowski pobił rekord kraju. Rekord z ulicy, można powiedzieć. Podobny trend obserwujemy w Żarach, choć tam chyba od początku z tyczką biegają po rynku. Z każdą edycją organizatorzy przygotowują coraz więcej atrakcji, coraz lepszych tyczkarzy i coraz większe show. No, może samospalenie się materaca się nie liczy. Ale i tak miasto imprezą żyje. Takich przykładów (z samego skoku o tyczce) można w Polsce wymienić jeszcze kilka: „Tyczka na molo” w Sopocie, Kozienice, kiedyś ponoć chciała Warszawa i Wrocław. Szczególnie w Trójmieście zrobiło się prestiżowo – konkursy transmituje TVP. Stadionowych mityngów w polskich telewizjach już dawno nie widziałem. Czyli coś jest na rzeczy.

 

Polska nie jest na tym polu pionierem. Na całym świecie robi się naprawdę wiele, by uatrakcyjnić widowiska lekkoatletyczne, pokazać tę starożytną dyscyplinę w postnowoczesnych realiach. Wydawałoby się, że akurat ta dziedzina jest silnie zakorzeniona w tradycji, a jej jedyną słuszną areną jest i będzie stadion. A jednak. Oczywiście nie można przeszłości przekreślić czarną krechą – atmosfera wielkich trybun, czterystumetrowa bieżnia i rów z wodą wciąż grać będą istotną rolę w sportowej świadomości kibica. Są konkurencje, których wyciągnąć z owalu się nie da, ale te tzw. „techniczne” są jak najbardziej wyciągalne. Broń Boże na igrzyskach czy mistrzostwach świata, jednak gdy w grę włączają się pieniądze na mityngach komercyjnych, dozwolone są wszystkie chwyty. Bo o ile lepiej jest zobaczyć konkurs pchnięcia kulą nie przez lornetkę, ale z odległości kilku metrów? Na przykład w hali kolejowego dworca?

 

Ten pomysł to akurat autorskie rozwiązanie Szwajcarów z Zurychu. Przy okazji tamtejszego mityngu Diamentowej Ligi umyślnie paraliżuje się ruch pasażerów kolei. Rzutnię do pchnięcia kulą przez kilka dni konstruuje się na samym środku hallu. Gdzieś między kasami, a biurem obsługi klienta. Wokół wznoszone są trybuny, leje się piwo, pieką kiełbaski, a wzdłuż korytarza ustawionych jest szereg atrakcji. Nikt nie myśli już o powrocie na stadion, bo wydarzenie zapisywane jest po stronie sukcesów. Na podobny ruch zdecydował się teraz Wrocław. Miasto-gospodarz World Games 2017 powoli rusza z kampanią promocyjną imprezy, a kolejną odsłoną tych działań ma być rozegrany 25 maja konkurs rzutów młotem i dyskiem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby między kołem a strefą lądowania nie płynęłaby rzeka.

 

WIDEO: PCHANIE NA DWORCU W ZURYCHU

 

Gdy tylko dowiedziałem się o tym pomyśle, wykręciłem numer do Dyrektora Fundacji Kamili Skolimowskiej Marcina Rosengartena. Ten od razu poleciał mocnymi nazwiskami: Anita Włodarczyk, Paweł Fajdek i pomysłodawca wydarzenia Piotr Małachowski. Śmietanka we wrocławskim sportowym latte. Ale że ten typ kawy charakteryzuje wielowarstwowość, musi być i rywal. Koledzy z treningów? Nic z tych rzeczy. Z Anitą zmierzy się Tatiana Łysenko, z Pawłem Lukas Melich, a do gospodarza (Małachowski reprezentuje tamtejszy Śląsk) zawitać ma nie kto inny jak Robert Harting. Na wałach przeciwpowodziowych za AWF w jednym czasie do zdjęć zapozują naraz aż cztery medale olimpijskie, z czego dwa w kolorze złotym. Całkiem nieźle, jeśli mowa o pokazowych zawodach w mieście bez porządnego stadionu z bieżnią. Rosengarten bardzo chętnie mówił o zawodach w stolicy Dolnego Śląska, ale zapytany przeze mnie o Memoriał Skolimowskiej tylko się roześmiał. To, że będzie rozegrany na Narodowym jest prawie pewne. Na pytanie o Usaina Bolta odpowiedział krótko: - Skłamałbym, gdybym powiedział, że tematu nie ma. Jamajczyk biegał już po ulicach Manchesteru, a do piłkarskiej murawy od dawna bardzo go ciągnie. W Warszawie by mu się spodobało: i nietuzikowo, i na boisku. Zaskoczenie? Lekkie. Bo „lekka” dobrze podana też może być ciekawa.

 

AUTOR ĆWIERKA: @chmielsoft

źródło: chmielewski.blog.pl

Kategoria: Inne
Komentarze (0)