Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Inne Wrocław wleciał na Orbitę

Wrocław wleciał na Orbitę

Inne | 25 kwietnia 2014 11:55 | Michał Chmielewski
Mimo porażki w finale Hala Orbita bawiła się świetnie
fot. Michał Chmielewski
Mimo porażki w finale Hala Orbita bawiła się świetnie

Tylu kibiców siatkarki Impela Wrocław jeszcze u siebie nie gościły. Miejskie autobusy, chodniki i korytarze Hali Orbita okryły się w czwartkowe popołudnie zielenią i bielą. Finał jest. Chemik przyjechał!

 

Już w tramwaju wiedziałem, że czekające mnie kilka godzin nie będzie kolejnym zwykłym meczem Impelek. W normalnych warunkach, podczas podróży miejską komunikacją, do ostatniego przystanku nie wiedziałem, czy przypadkiem nie pomyliłem dni. Na ligę do Hali Orbita przychodzi regularnie ok 1,5 tys. widzów. Raczej spokojnych, raczej starszych i nieoczekujących od widowiska sportowego wielkiego show. Tym razem było jednak inaczej. Potok biało-zielonych fanów. Trąbki, grzechotki, a nawet śpiewy (co jest tu naprawdę rzadkością!) - tak na godzinę przed spotkaniem prezentowały się okolice areny historycznego dla miasta spektaklu. Walki o mistrzostwo Polski.

 

OBSERWUJ AUTORA NA TWITTERZE: @chmielsoft

 

Im bliżej byłem Orbity, tym większą ekscytację czułem na skórze. Zwykle na wpół pusty parking zapełnił się w 120 procentach. A kolejne samochody jeszcze próbowały gdzieś się przecisnąć. Po lewej gromada dzieci, po prawej modelek i hostess, które z wdziękiem obsługiwały najważniejsze wydarzenie sezonu. Nieco dalej stały wozy transmisyjne. Polsat na tę okazję wytoczył podobno największe działa. Były władze miasta, prezes Przedpełski, a nawet Krzysztof Materna, który tym razem do sprawy podszedł najzupełniej poważnie. W tym całym rozgardiaszu próbowałem odszukać biuro prasowe. Nawet tam dotarł wir finałowego szaleństwa i przeniosło się na drugą stronę hali.

 

Dziennikarzy, stałych gości, VIP-ów i wszystkich innych akredytowanych było w czwartek mnóstwo. Po odstaniu kilkunastu minut w kolejce przekroczyłem wreszcie bramę tego kotła. Siatkarskiego kotła czarownic. Tyle bieli i zieleni nie widziałem tu jeszcze nigdy. Nie widziałem też jeszcze pełnych trybun głównych, na których trudno było łudzić się o wolne siedzisko. Loża prasowa, mimo dostawionych krzeseł, okazała się niemożliwa do sforsowania. W tym całym hałasie i wśród setki telewizyjnych kabli szukałem swojego miejsca. Trafiłem na (tego kotła) samo dno. Za bandy. I czekałem, podniecając się co chwilę widokiem zapełnionych po dach trybun odlatującej Orbity.

 

Sam mecz niestety nie zachwycił, choć powitanie siatkarki dostały rewelacyjne. Spięte, zagotowane i nieporadne w walce z silniejszym przeciwnikiem wrocławianki z łatwością oddały pierwszego seta. Nieco podłamaną publiczność do dopingu zagrzewał nowy spiker. Nawet o ten szczegół zadbali organizatorzy wielkiego finału. Po pierwszej odsłonie układ sił przy Wejherowskiej trochę się odwrócił. Niebieski sektor ekipy z Polic dosłownie rozniósł młyn po stronie przeciwnej. Rzadko kiedy w Orlen Lidze kibice jeżdżą na spotkania wyjazdowe. Tym razem „chemiczni” przysłali cały oddział. Były flagi, bębny i szaliki, które – czasem do góry nogami – trzymali nieco niżej także tamtejsze VIP-y. A przyjechał ich chyba cały autokar.

 

Mimo kilku zrywów Impelki nie były w stanie stawić czoła faworyzowanym rywalkom. Nawet wysokie prowadzenia w poszczególnych partiach topiły się na oczach gorąco dopingujących fanów. Nie pomogło wprowadzanie na boisko nowych zawodniczek, skrupulatnie wykorzystywane przez Tore Aleksandersena czasy, a nawet słynna dziesięciominutowa przerwa. Na ten finał trend się odwrócił. To kibice zdeklasowali poziomem siatkarki. Po ostatnim gwizdku Chemiczki padły sobie w objęcia, a niebieski sektor bił rekordy decybeli. O dziwo, biało-zielone trybuny też nie opróżniły się w żałobie. Wrocławianie docenili znakomity sezon Impela i w dużej części poczekali z wiwatami aż do ceremonii pucharowej. Zeszli się dziennikarze, „Bardzo Ważne Persony”, a później przybiegły też trybuny. Parkiet Orbity zamienił się w jeden wielki sportowy bal. Wicemistrzowski puchar krążył gdzieś z rąk do rąk, siatkarki tańczyły z ubranymi na zielono kibicami, a później, przez kilkadziesiąt minut, pozowały z nimi do zdjęć. Nie wiem, co myślał sobie pan który od Kristen Dozier wziął autograf na czole, ale... niech ma. Bo przecież srebro jest. Nie można się ograniczać!

 

Gdy feta dogorywała, jeszcze raz wszedłem na szczyt seledynowych trybun. I pomyślałem tylko: jaką stawkę za pracę dostała dziś firma sprzątająca? Dziesiątki tysięcy wyciętych gwiazdek uroczo rumieniło się na parkiecie Orbity. Chemik jeszcze przed pierwszą kolejką był do złota pewniakiem. I je dostał. Wrocław na swoje miejsce musiał długo zapracować. Nerwowe mecze, potknięcia, zniżki formy i przegrane w pucharach tylko tą ekipę wzmocniły. Gang Aleksandersena zrobił tej zimy coś wielkiego. I feta kibiców odzwierciedliła to chyba najlepiej.

Kategoria: Inne
Komentarze (0)