Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Inne Jak się robi hałas? Marek Magiera o fenomenie polskiej siatkówki (WYWIAD)

Jak się robi hałas? Marek Magiera o fenomenie polskiej siatkówki (WYWIAD)

Inne | 18 sierpnia 2014 14:28 | Michał Chmielewski
Marek Magiera zna przepis na wielkie show!
fot. Michał Chmielewski
Marek Magiera zna przepis na wielkie show!

Ten głos znają wszyscy. Mistrz dopingu, król mikrofonu i – wraz z Grzegorzem Kułagą – specjalista od robienia hałasu. Marek Magiera o telefonie do radia, nagrywaniu meczów i fenomenie polskiej publiczności.


MICHAŁ CHMIELEWSKI: Bywają w trakcie meczów akcje, że trybuny ogarnia białe szaleństwo. Kocioł. Też wpadacie wtedy w trans i całkowicie zapominacie o wyniku, przebiegu seta?

 

MAREK MAGIERA: Bywa gorąco, ale musimy śledzić sytuację, być na bieżąco. Do tego, co na parkiecie, dostosowujemy doping. Wszystko wtedy dzieje się szybko. Jak temperatura rośnie, miewam problemy z odtworzeniem akcji. Z tego wszystkiego po prostu zapominam. Dlatego zawsze nagrywam mecze i po przyjeździe do domu, czasem jeszcze wieczorem, oglądam je w spokoju.

 

Zaryzykuję, że rozmawiam z mistrzem w dziedzinie robienia hałasu. Duet Kułaga-Magiera zna już chyba cała sportowa Polska. Tylko?

 

Zdarzały nam się już wyjazdy za granicę. Mieliśmy przyjemność być w Kopenhadze na Mistrzostwach Europy w 2013 roku. Grzesiek robił jeszcze finał Ligi Światowej w Argentynie i Puchar Brazylii. Zaprosiła go tamtejsza federacja po to, by przekonać się jak my to robimy, jak to w Polsce wygląda. Akurat moja praca tam mijała się z celem, bo nie znam portugalskiego. Kułaga miał pomocnika, dogadali się raz-dwa.

 

W Polsce byliście już prawie wszędzie, ale wielu kojarzy was głównie z atmosferą siatkówki. To kwestia superludzi czy superdyscypliny do robienia show?

 

Dyscyplina jest super, ale i kibice są super. My z siatkarskich hal właściwie się wzięliśmy. Duet zaczął się w 2001 roku, chociaż Grzesiek robił to już trzy lata wcześniej z Bartkiem Hellerem. Wszystko było spowodowane tym, że ludzie, którzy organizowali Ligę Światową, nie bardzo wiedzieli jak ten temat ugryźć. Nie mieliśmy zespołu, który zapewniłby sukces, dlatego główkowali nad ściągnięciem ludzi do hal. Jednym z pomysłów było zrobienie oprawy.

 

Od razu z takim rozmachem?

 

Nie. Oprawa przez lata ewoluowała, dojrzewała wraz z reprezentacją. Dziś to sobie trudno uzmysłowić, że w katowickim Spodku trybuny wypełnione były w połowie, a ludzi w biało-czerwonych koszulkach zliczyłem na palcach dwóch rąk. Teraz hale pękają w szwach. Jest zupełnie inaczej.

 

Chyba wie Pan, kto za to odpowiada?

 

Kto?

 

Wy.

 

Być może, pewnie trochę tak. Ten fenomen jest po części spowodowany tym, że przez bardzo długi czas, praktycznie od 1976 roku, nie było jakichś spektakularnych sukcesów. Porażki nikogo nie interesują i nikt – poza kibicami piłkarzy nożnych – nie chodzi tego oglądać. Pod koniec tysiąclecia zagraliśmy w Lidze Światowej. Otworzyło nam się okno na świat. Polacy na nowo odkryli siatkówkę, a my od tej pory pomagamy im bawić się tu jak najlepiej.

 

WIDEO: TAK SIĘ ROBI DOPING NA SIATKÓWCE!

 

Niektórzy uważają, że my narzucamy niektóre rzeczy. I pewnie trochę tak jest, ale zawsze staramy się dopasować do tego, co dzieje się na trybunach. Kibic reaguje sercem i jakieś oszukiwanie, że jest dobrze, jak jest źle, nie ma sensu. Kiedyś ludzie mało wiedzieli o siatkówce. Dziś większość doskonale zna zasady, a to bardzo pomaga nam w pracy.

 

Zasady znają, bo uczą się ich na meczach! Pomysł naśladowania gestów sędziego przez całą trybunę jest fenomenalny. Gdzie się to urodziło?

 

W 2003 roku byliśmy na siatkówce plażowej w Starych Jabłonkach. Biegał tam olbrzymi wiewiór, więc poprosiliśmy trybuny o powtarzanie jego ruchów. Później niezły ubaw był ze śpiącym kibicem, aż wreszcie podobny los spotkał arbitrów. Chwyciło i wygląda to świetnie.

 

Kto to wszystko wymyśla?

 

My to wymyślamy, ale duży procent tworzy się pod wpływem chwili. Marek, weź spróbuj tego! Grzesiek, puść teraz to. Jest szał, ludzie się bawią i tak zostaje. Cały, nazwijmy to, repertuar nie jest nieograniczony. Mało kto zauważa nowe rzeczy. Mówią, że bazujemy wciąż na tym samym, ale przecież nie da się inaczej. Co roku wprowadzamy coś nowego, dwa-trzy elementy. Na Mistrzostwach Świata pojawi się super nowa rzecz. Premiera na Narodowym.

 

Poleci też „Pieśń o małym rycerzu”? Podobno to Wy wykreowaliście ją na hymn naszej kadry?

 

O genezę musisz spytać Grześka i Bartka! (śmiech). Jest do tego dorobiona ideologia, i bardzo dobrze, że jest. To pieśń, z którą mocno identyfikowali się i kibice, i siatkarze. Na naszą nutę narodową pasuje idealnie. W wypełnionej po brzegi hali brzmi dumnie, ale Grzesiek uznał, że została za mocno wyeksploatowana i zostawia ją tylko na specjalne momenty. Graliśmy to po medalu w Ergo Arenie, po meczu jubileuszowym w Spodku, zagramy pewnie i na Narodowym.

 

Odpowiadacie za mistrzostwa, ale to ponad 100 spotkań. Was jest tylko dwóch...

 

Jeździmy za Polakami. Będzie i Narodowy, i Wrocław, i Łódź, bo wierzę, że awansujemy, a i na finały w Katowicach będziemy gotowi. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. To na naszą kadrę przyjdzie najwięcej osób, musimy tam być. Na resztę hal wysyłamy zespół zaufanych osób.

 

Czyli to już firma?

 

Nie jesteśmy korporacją, ale rzeczywiście prężnie się to rozwinęło. W życiu bym nie powiedział, że wylądujemy w takim miejscu, że będzie takie zapotrzebowanie. Ludzie nas wynajmują i ja się bardzo cieszę, że tak jest. Nie dość, że cały rok jestem na wakacjach, to jeszcze robię to, co lubię i nie muszę się o nic martwić.

 

To jak Pan tu właściwie wylądował?

 

Zaczęło się od nożnej. W Rakowie Częstochowa zapowiadałem się ponoć na przyzwoitego gracza, ale głównie z powodu lenistwa nie zrobiłem wielkiej kariery. Udało się mojemu bratu. Powiedziałem sobie, że jak on zadebiutuje przede mną w pierwszym, ekstraklasowym wtedy, zespole, to ja to pierdzielę, nie gram. Nie będę się kopał po kostkach po czwartych ligach. No i tak się właśnie stało. Później słuchałem relacji radiowych i jeden, jedyny raz zadzwoniłem do redakcji. Gość opowiadał takie banialuki, tak mieszał faktami, że ja chwyciłem za telefon i poprosiłem, by nie robił ze słuchaczy idiotów. A on do mnie tak: Jak jesteś cwany, przyjdź i sam sobie komentuj. No to OK! Umówiliśmy się kilka dni później i teraz dziękuję, że Janusz Wróbel wyciągnął na wierzch właściwie chłopaka z ulicy. Po dwóch tygodniach pobytu w Radiu City dostałem mikrofon do ręki i komentowałem mecz na antenie.

 

Dziś Marek Magiera to jeszcze dziennikarz czy bardziej specjalista od hałasu?

 

Jedno i drugie, ale nigdy nie wyzbyłem się roli dziennikarstwa. W tym się czuję znakomicie i właśnie tu upatruję swojej przyszłości. Ciężko przecież wyobrazić sobie gościa, który ma rozruszać publiczność o dwa, trzy razy od siebie młodszą! Ja już teraz nie wiem czasem, o czym śpiewają we współczesnych piosenkach. A będzie jeszcze trudniej.

 

Będzie medal?

 

Ja już mam, wrzuciłem zdjęcie na Twittera! A mówiąc poważnie, nie będę nikogo czarował i udawał, że droga po niego jest łatwa. Nie jest. Jako kibic oczywiście wierzę, ale jako realista sądzę, że na tę chwilę ograć tyle fantastycznych reprezentacji będzie piekielnie trudno. To byłby piękny finisz kariery dla Gumy, dla Igły. I nasza praca, i fenomen polskiej siatkówki rósł właściwie z nimi. Wiem jedno i jedno obiecuję. Że jak coś będzie zależało ode mnie, aby ten medal był, to ja to zrobię.


Marek Magiera – dziennikarz i spiker, rozpoczynał pracę w Radiu City, od 2001 roku wraz z Grzegorzem Kułagą prowadzi doping na największych sportowych imprezach w Polsce.

 

Obserwuj autora na twitterze: @chmielsoft 

 

Rozmowa przeprowadzona podczas Memoriału Huberta Wagnera w Krakowie.

Kategoria: Inne
Komentarze (0)