Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Inne Pani już tu nie skacze

Pani już tu nie skacze

Inne | 02 lutego 2015 15:39 | Michał Chmielewski
Paulina Hnida podczas skoku
fot. Tomasz Szomburg
Paulina Hnida podczas skoku

 - Nigdy wcześniej nie brałam udziału w tak groteskowym pokazie nieudolności – wspomina udział w juniorskiej Lidze Juniorów tyczkarka Paulina Hnida. Rozgrzewka w popsutym dwa razy autokarze, walka o minimum na Mistrzostwa Europy ze łzami w oczach i wyjazd karetki ze stadionu, który przedwcześnie zakończył konkurs? Oto świat sportu młodzieżowego w Polsce.

 

Połowa maja 2013 roku. Dla lekkoatletów wyjeżdżających na zawody pobudka przed świtem to norma – noclegi przed startem to rzadkość, zazwyczaj autokar dowozi niewyspanych lekkoatletów od razu na rozgrzewkę. Walcząca o minimum na Mistrzostwa Europy Juniorów w Rieti Paulina Hnida jest jednym z filarów klubu, o którego dobre imię walczyć mają tego dnia młodzi sportowcy. Przed nimi Liga Juniorów, w której walka toczy się nie tyle o miejsca i indywidualne trofea, co o przeliczane na punkty rezultaty. Im wyżej skoczysz, im szybciej pobiegniesz i im dalej rzucisz, tym więcej klub zgromadzi oczek. Proste? Nie w Poznaniu, o czym wielokrotna medalistka krajowych mistrzostw przekonała się osobiście. Oto treść listu, którym podzieliła się ze znajomymi. Na publikację wolała poczekać. Aż sprawa przycichnie, nie będzie zbędnego szumu. Mimo wszystko.

 

Paulina Hnida: „O siódmej ruszyliśmy z Wrocławia. Mieliśmy jechać trzy godziny, jednak już w połowie drogi stało się jasne, że na miejsce w tym czasie nie dotrzemy. Zatrzymała nas kontrola drogowa. I zaczęło się: kierowca nie miał zaświadczenia, że przez ostatnie 24 godziny nie prowadził. Dostał pięć stów mandatu. Jak się okazało, było coś nie tak z czujnikiem stopu (?) i policjant jasno zapowiedział, że nas nie puści. Chyba, ze go naprawimy. To trenerzy zabrali się za naprawę. My w tym czasie nie wyszliśmy na dwór, na świeże powietrze, rozprostować nogi. Smażyliśmy się w autobusie, bo opuszczenie go podczas kontroli to kolejna kasa na mandat. Kiedy po przemiłym godzinnym postoju udało się nam odjechać, trzech zawodników było już spóźnionych na start. Biegacza, który miał pobiec 400 metrów przez płotki, musiano przepisać na bieg płaski, sprinterki ze stówy na dwieście, a oszczepniczkę na konkurs chłopaków. Chociaż tyle.

 

Tyczkarze mieli konkurs o 11:30, my miałyśmy skakać od 12:45. Wiadomo – rozgrzewka o czasie, chcemy wejść na skocznię, ale konkurs męski przeciągnął się. Bywa. Po drugiej rozgrzewce zaczęłyśmy mierzyć rozbiegi. Było dziewięć zawodniczek – niby niewiele, ale każda potrzebuje dwóch-trzech testów, by w spokoju skakać przez poprzeczkę. Tu po raz pierwszy sędziowie pokazali klasę – po niespełna dwudziestu minutach oświadczają uroczyście, że mamy podawać pierwsze wysokości. Już na starcie nie dało się powstrzymać nerwów:

 

- Hnida. proszę podać stojaki i pierwszą wysokość.
- Nie wiem, jaką mam pierwszą wysokość.
- A kto ma wiedzieć?
- Nie po dziesięciu minutach od wejścia na skocznię. Powinniśmy mieć godzinę, jest dziewięć zawodniczek!
- Ale mamy opóźnienie.

 

Szlag nas trafiał. Czekać nie chcieli, więc o 13:30 zaczęły się zawody. Ale to jeszcze pikuś. Jako że zaczynam od wyższych, niż rywalki, wysokościach, czekałam na pierwszy skok prawie dwie godziny. Do drugiej rozgrzewki jestem przyzwyczajona, ale żeby robić trzecią? Zrobiłam. Zaczęłam skakać chyba o 15:40. Dodam, że ostatnia konkurencja, czyli męska sztafeta 4x400 była pięć minut wcześniej. Według harmonogramu zawody się skończyły. Ale ja skaczę: 3,40 w pierwszej próbie, 3,50 też. Staję na rozbiegu na 3,60 i zabawa zaczęła się na dobre.

 

Sędzina do mnie, że musimy przerwać konkurs, bo karetka pojechała ze stadionu. Ktoś powiedział, że zawody się skończyły, i że gratuluje mi wygranej. Liga klubowa, liczą się wyniki, a ja oprócz tego chciałam atakować minimum. Nerwy puściły na dobre. Aż mi trochę głupio dzisiaj, bo naprawdę nikogo z sędziów nie oszczędziłam. Mówiłam, że ja się stąd nie ruszę, że jak nie umieją zapewnić karetki, to ja mogę zadzwonić pod trzy dziewiątki.

 

Trener też pękł: „tu zawodniczka walczy o minimum, nie po to jechaliśmy tyle kilometrów, żeby po dwóch skokach się pakować!” Pamiętam, że tego dnia naprawdę dobrze biegałam, byłam, jak to się mówi, ,,w gazie”. Wpadłam w taką histerię, że dawno już tak nie miałam. Leżałam na rozbiegu z pół godziny i ryczałam. Jak zaczęło mi brakować łez, to patrzę, a sędziów nie ma. To ja znowu się drę, że są tchórzami. Siłą rzeczy zaczęłam się przebierać. Trener był już w drodze do autokaru (wcześniej krzyczał przez telefon na jakiegoś organizatora chyba), a tu nagle przybiega sędzia i mówi, że karetka jednak wróci!

 

Krzyczę do trenera, żeby wrócił, że karetka jedzie. Zaczęłam się z powrotem przebierać. Chcę skakać. A od mojego ostatniego skoku minęła prawie godzina. Czwarta rozgrzewka. W międzyczasie przyszli na skocznię wszyscy koledzy z klubu, którzy czekali tylko na mnie. Chyba powinnam kupić sędziom kwiaty, że pozwolili mi oddać jeden skok na dogrzanie.

 

Założyli 3,60, ustawili stojaki, skończyłam, są brawa, a sędzina na to, że – uwaga, najlepsze – skok się nie liczy, bo karetka jeszcze nie przyjechała. Nie miałam słów, nie wierzyłam. Rozumiem, że jakby mi się coś stało, ona by za to odpowiadała, ale anulacja próby post factum? Śmiech przez łzy. Skoczyłam jeszcze raz to 3,60, na więcej nie było mnie stać. Nie po tym wszystkim, co i tak nie było finałem jakże uroczego popołudnia. Ruszamy w trasę powrotną. Wszyscy byli głodni, więc zatrzymaliśmy się w jakimś przydrożnym barze. Trener zamówił jedzenie, kierowca chciał przeparkować, ale... autokar nie chciał odpalić, zepsuł się. Do 19. czekaliśmy przy jakimś zajeździe, we Wrocławiu byliśmy przed północą. Nigdy wcześniej nie spotkała mnie taka sytuacja i mam nadzieję, że nikogo nigdzie nie spotka. Festiwal żenady, nieporadności i amatorstwa na poziomie krajowym. A, tak na zakończenie jeszcze powiem, co było przyczyną tego, że autokar nie chciał ruszyć. Zabrakło paliwa.”

 

Na łamach oficjalnej strony internetowej grupy treningowej trener Pauliny Dariusz Łoś przyznał, że po raz pierwszy spotkał się z tak żenującą nieudolnością organizacyjną i lekceważeniem zawodnika i jego wysiłku. Młodzież, o której tak bardzo się w Polsce zapomina, za pięć lat stanowić ma filar naszego sportu wyczynowego. W chwilach dumy, gdy nasi reprezentanci sięgają po medale światowych imprez warto przypomnieć sobie o historiach takich jak ta z Poznania. Niejeden po takiej farsie rzuciłby sport w cholerę. A Paulina wciąż marzy o sukcesach.

Kategoria: Inne
Komentarze (0)