Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Inne Tacz-dałn, takyl, jardy, czyli z Ameryki idzie nowe

Tacz-dałn, takyl, jardy, czyli z Ameryki idzie nowe

Inne | 12 lipca 2015 01:32 | Michał Chmielewski
IX Superfinał w Gdyni
fot. mat. organizatorów
IX Superfinał w Gdyni

X Superfinał Polskiej Ligi Futbolu Amerykańskiego rozegrany został z dużym rozmachem. Ale po jego zakończeniu nie wiem czy tekstu nie powinienem napisać po angielsku.


Gdy pod koniec lat 90-tych zafascynowany futbolem amerykańskim Piotr Gorzkowski namiętnie oglądał wszystkie telewizyjne materiały o tej nieznanej nad Wisłą dyscyplinie, o występach na najważniejszych polskich stadionach nawet nie marzył. Wraz z kilkoma osobami ubłagał koleżankę, by wracając z USA przywiozła im w prezencie jajowatą piłkę. Prośbę spełniła i dzięki nazywanemu dziś „mitycznym” kawałkowi skóry powstała w 1999 roku w Warszawie pierwsza krajowa drużyna.


Eagles byli sami, ale wkrótce dołączyli inni. Grano bez sprzętu, na śniegu, a pierwszy oficjalny mecz przeciwko Czechom w Zgorzelcu zapamiętany został ze względu na osobliwą taktykę. Niektóre akcje grały bowiem „Orły”, inne – 1. KFA Fireballs. Biało-czerwoni przegrali 2:12, ale były to podwaliny pod powstanie w kraju profesjonalnej ligi. Tej samej, której 10. finał przyciągnął w sobotę na Stadion Wrocław kilkanaście tysięcy kibiców. A nie, przepraszam – thousands of fans.


Mają rozmach


Czuć wyraźnie, że właścicielom federacji futbolu amerykańskiego na rozwoju swojej dyscypliny bardzo zależy. Uderzyła podczas wrocławskiego finału bardzo dobra organizacja i zaangażowanie związku, który nie ma jeszcze ugruntowanej pozycji i dopiero stara się wedrzeć do świadomości Polaków. Imienne zaproszenia dla dziennikarzy, płynna wymiana maili z rzecznikiem, żadnych kłopotów i utrudnień. Finał pod względem sportowym wielkim widowiskiem nie był, ale oprawa z lądowaniem spadochroniarzy i orkiestrą wojskową była godna najważniejszego spotkania sezonu.


Jak słoń w Białowieży


Wieczór z futbolem amerykańskim we Wrocławiu mógł się podobać, jednak wprowadzanie „Ameryki” do Europy nie do końca mnie przekonuje. Zauroczenie kulturą zza Atlantyku nie mija od lat, ale o ile w czasach Polski Ludowej zrozumiała była fascynacja jeansami, o tyle zaszczepianie tamtejszych sportów to trochę jak nakłonienie słonia afrykańskiego do zamieszkania z żubrami w lasach Białowieży. Kibice nie ukrywali, że nie najlepiej znają zasady gry i nie orientują się w podstawowych aspektach rywalizacji uzbrojonych facetów. Dużo większe tradycje na Starym Kontynencie ma przecież chociażby angielskie rugby, które zresztą – zdaniem części oglądających sobotnie widowisko dziennikarzy – jest od FA po prostu ciekawsze.


Ekskluzywności wydarzeniu nie nadaje na pewno zangielszczanie wszystkich możliwych określeń mających swoje polskie odpowiedniki. Nie ma w futbolu podań – są passy. Nie ma kopnięć – są kick-offy. Moje mikołajorejowskie podejście do polszczyzny nie pozwoliło na obojętność. Smutne to, so sad! I w całej tej ekspansji slangów, zapożyczeń i językowych kalek big respect for Kozły Poznań team. Gdyż Polacy nie gęsi i nie muszą być Panthers lub Seahawks.


Jest jednak w poczynaniach PLFA pewna nieścisłość. Organizatorzy starają się, by finał PLFA nie był finałem PLFA, ale „polskim Super Bowl”, czyli w wolnym tłumaczeniu - „świetną miską”. Pełno jest cheerleaderek (liderek dopingu), speaker (mówca) jest dwujęzyczny, a z głośników leci mocny rap. I wygląda to naprawdę przyzwoicie, ale czuć było na „miejskim” sporo polskich akcentów, w efekcie czego odbiór całości przypominał używanie nowiutkiego iPhone'a, tylko że z nienadgryzionym jabłkiem. No bo albo jesteśmy american, albo polscy?


W nieustającej erze fascynacji kulturą amerykańską kwestią czasu jest, gdy polskie Super Bowl stanie się jedną z najważniejszych polskich sportowych imprez roku. Już teraz wielką popularność zyskuje MMA, coraz więcj fanów ma rodzimy wrestling. Tej fali zatrzymać nie sposób i nikt (a na pewno nie ja) nie będzie takich prób podejmował. I chociaż rozwój futbolu amerykańskiego jest nad Wisłą niebywały, potrzeba jeszcze sporo czasu, by stał się dla kibiców równie ważny, co tradycyjne, ukorzenione przez lata dyscypliny. Ale niezależnie od tego czy za dwadzieścia lat wiadomości telewizyjne zaczynać będzie relacja z siatkówki, czy FA, chciałbym, by środowiska promujące „nowe sporty” pamiętały o tym, że nie zawsze cool jest lepsze niż „świetne”.

Kategoria: Inne
Komentarze (0)