Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Inne Wszyscy święci balują w niebie...

Wszyscy święci balują w niebie...

Inne | 01 listopada 2015 19:53 | Krzysztof Mokrzycki
Wspominamy tych, których już między nami nie ma
fot. wikipedia.org
Wspominamy tych, których już między nami nie ma

 Pierwszy dzień listopada to nie jest zwykła data w kalendarzu. Tego bowiem dnia wspominamy wszystkich tych, których między nami już nie ma. To dzień zadumy i przemyśleń o sensie ludzkiego bytu, ale także, niestety, prawdopodobnie jedyny dzień w roku, w którym 80% społeczeństwa odwiedza cmentarz z kwiatami i symbolicznym zniczem.

 

Śmierć jest, oprócz podatków, jedyną pewną rzeczą na świecie. Spotyka wszystkich, bez względu na stan cywilny, majątkowy czy wygląd lub nazwisko. Na każdego przyjedzie czas z tym, że na niektórych przyszedł zdecydowanie za wcześnie. Dziś na naszych łamach postanowiłem wspomnieć kilku sportowców, których między nami już nie ma. Kilku z nich zmarło robiąc to, co kochali.

 

Właśnie od boiskowych zgonów zacznę. Kibicom włoskiego futbolu na pewno znana jest, a w zasadzie była, osoba Piermario Morosiniego. Ostatni mecz w życiu rozegrał 14 kwietnia 2012 roku. Jego Livorno podejmowało w Pescarze miejscowy zespół. W 31.minucie Morosini pobiegł pod pole karne rywali, ale nie udało mu się tam znaleźć. Upadł na murawę wyjątkowo nienaturalnie, ale po chwili stało się jeszcze coś dziwniejszego. Zawodnik próbował wstać, lecz znowu upadł, podjął trzecią próbę stanięcia na nogach i padł bez ruchu na murawę. Chwilę później 25-latek był już w ambulansie. W drodze do szpitala jego serce przestało bić, a lekarze starali się przywrócić czynności życiowe przy pomocy defibrylatora. Morosini zmarł w karetce pogotowia. Powodem śmierci było zatrzymanie akcji serca. Kiedy dotarł do szpitala, już nie żył.


Według raportu z sekcji zwłok, który opublikowano po upływie dwóch i pół miesiąca od zgonu, przyczyną śmierci włoskiego piłkarza było bardzo rzadkie genetyczne schorzenie, które stopniowo zamienia komórki mięśniowe serca w tłuszcz, i jest bardzo trudne do wykrycia.

 

W 2009 roku do tragedii doszło we Florencji. Na zgrupowaniu Espanyolu Barcelona podczas rozmowy ze swoją będącą w ciąży dziewczyną, Daniel Jarque przestał odpowiadać. Do pokoju wbiegli zaalarmowani przez narzeczoną piłkarza koledzy, ale Hiszpana nie udało się uratować. O swoim idolu nie zapomnieli kibice, którzy każdy mecz na własnym obiekcie, w 21.minucie gry, zagłuszają salwą braw. Także brama tego obiektu, numer 21, została nazwana imieniem zawodnika. Dodajmy, że miał to być przełomowy sezon dla Jarque, bowiem został on niedługo przed śmiercią wybrany nowym kapitanem drużyny.


W Hiszpanii do podobnej tragedii doszło jednak już wcześniej. Antonio Puerta, podczas meczu ligowego Sevilli pomagał przerwać akcję rywali prawą flanką, po czym przyklęknął na murawie, a następnie bezwładnie osunął się na ziemię. Od razu zerwali się do pomocy piłkarze i medycy, a piłkarz o własnych siłach opuścił boisko. W szatni jednak zasłabł drugi raz i stracił przytomność, której już nigdy nie odzyskał. Dwa miesiące później na świat przyszedł potomek piłkarza. Hiszpan miał dopiero 23 lata…


Trzeba wspomnieć też koniecznie o dwóch innych zawodnikach – Foe oraz Feherze. Pierwszy z nich zasłabł podczas Pucharu Konfederacji, a potem oficjalnie potwierdzono, że piłkarz zmarł w drodze do szpitala. Więcej słów chcę poświęcić Węgrowi. Podczas meczu Benfiki Lizbona z Vitorią Guimaraes, napastnik otrzymał żółtą kartkę i nagle zaczął się dziwnie zachowywać. Upadł na murawę bez życia i mimo szybkiej reakcji piłkarzy obu drużyn i lekarzy, zdolnego piłkarza nie udało się uratować. W klubie bezterminowo zastrzeżono numer 29, z którym grywał Feher, a także postawiono jego podobiznę w jednym z klubowych obiektów. Co ciekawe, jednym z piłkarzy, który może opowiedzieć o tym drastycznym wydarzeniu, jest występujący jeszcze do niedawna w barwach Legii Portugalczyk, Orlando Sa. On również grał w tym meczu i na żywo widział walkę o życie w wykonaniu piłkarza i lekarzy.


Pisząc ten tekst w dniu Wszystkich Świętych trzeba też wręcz wspomnieć o największej tragedii w historii piłki nożnej. 6 lutego 1958 r. samolot, którym lecieli piłkarze Manchester United, pracownicy klubu, dziennikarze i kibice rozbił się w burzy śnieżnej podczas trzeciej próby startu z lotniska w Monachium. Z przebywających na pokładzie około 40 osób zginęły aż 23. Roger Byrne, Geoff Bent, Mark Jones, David Pegg, Liam Whelan, Eddie Colman i Tommy Taylor zgineli na miejscu. Zginęli również sekretarz klubu Walter Crickmer i trenerzy Tom Curry i Bert Whalley.


Duncan Edwards i Johnny Berry byli w stanie krytycznym i walczyli o swoje życie. Matt Busby miał rozlegle obrażenia i był jedynym oficjelem, który przeżył katastrofę. Prócz piłkarzy wśród ofiar znaleźli się dziennikarze oraz załoga samolotu.


Kibice siatkówki na pewno kojarzą utalentowanego Arkadiusza Gołasia oraz Agatę Mróz. Pierwszy z nich zginął w wypadku samochodowym 16 września 2005 roku w Griffen w Austrii. Agata z kolei walczyła z chorobą, urodziła dziecko wiedząc, że jeśli to zrobi, jej szanse na przeżycie spadną do zera. W 2009 roku tragiczna wiadomość doszła do Polski z Vila Real de Santo Antonio. Na zator tętnicy płucnej zmarła bowiem młociarka, Kamila Skolimowska.
Prócz Polaków można między innymi wymienić takich sportowców, jak Nodar Kumaritashvili, gruziński saneczkarz. On zmarł 12 lutego 2010 roku, na kilka godzin przed rozpoczęciem igrzysk olimpijskich. Podczas treningowego ślizgu przy prędkości około 140 km/h wypadł z toru i uderzył w betonową konstrukcję podtrzymującą dach.


Wymienieni wyżej przedstawiciele świata sportowego to jedynie kropla w morzu, bowiem takich osób jest dużo więcej i niemożliwością jest, aby wspomnieć choćby słowem o każdej z nich. W tym roku świat sportu pożegnał między innymi Bohdana Tomaszewskiego, Mariana Szeję, Sebastiana Cancio, Henriego Coppensa czy znanego trenera, Udo Lattka. Cześć ich pamięci!

Kategoria: Inne
Komentarze (0)