Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Inne LŚ 2013: W drodze na szczyt

fot. fivb.org

LŚ 2013: W drodze na szczyt

Inne | 08 lipca 2013 22:30 | Kamil Skrok

Czwarte zwycięstwo Polaków
w tegorocznej LŚ!
Po raz kolejny owacja kibiców! Po raz kolejny bardzo emocjonujący mecz z Amerykanami, pełen niespodziewanych zwrotów akcji! Po raz kolejny nasi liderzy nie zawiedli! Najbardziej wartościowym zawodnikiem drugiego spotkania z Amerykanami został nasz cudowny libero – Paweł Zatorski. Biało-czerwoni w tabeli grupy awansowali z piątego na czwarte miejsce, tym samym wyprzedzając swoich meczowych rywali.

 

Wszystko zostało rozegrane w czterech setach (25:23, 17:25, 25:21, 25:23) i jak widać po wynikach w żadnej partii spotkania nie było łatwo. Biało-czerwoni od samego początku mieli problemy
z regularnością własnej zagrywki oraz w odpowiednim wejściem w tempo meczu. Nie mogliśmy skutecznie kończyć żadnego z ataków, a blok USA wyłapywał wszelkie kiwki. W pierwszym secie od samego początku można było obejrzeć wielką walkę obu ze stron, nikt nie odpuszczał, na szczęście to naszym reprezentantom udało się zdobyć przewagę przy stanie 20punktów
i przekształcić ją w zwycięstwo.

 

Drugi set to od samego początku pewne strzały atakującego ze Stanów Zjednoczonych, który nie zostawiał zaświeconego ani jednego płomyka nadziei w sercach polskich zawodników. To w tej partii na jaw wychodziły wszelkie niedoskonałości i niedociągnięcia chłopców z orłami na piersi. Był to naprawdę dobry pokaz siły Amerykanów, pełna kontrola gry oraz swoboda w każdym
z elementów, przede wszystkim w ataku, bloku i przyjęciu. Nasi rywale grali jak z nut, a kibicom
w oczach stawały łzy.

 

W trzecim secie Polacy uciekli spod władania rywali, cali zdenerwowani, ich jedynym celem staje się wygrana. Być może to Andrea Anastasi dał im na tyle dobitną reprymendę, że zaczęli od nowa wierzyć, może to kibice dodali im skrzydeł, to nie ma znaczenia, wracamy do gry! Efektem cudownego działania niewidzialnej mocy jest kompletna dominacja naszych reprezentantów. Jeden z naszych największych atutów, blok, z powrotem zostaje przywrócony do poprawnego, a wręcz fenomenalnego funkcjonowania. Jarosz jest nie do zatrzymania w swoich kolejnych, miażdżących atakach, a każdy serwis Andersona ląduje w rękach Łukasza Żygadło za pośrednictwem cudownych rąk naszego libero – Pawła Zatorskiego. Gra wygląda, jakby stado głodnych tygrysów wyrwało się z klatki i rzuciło na swoich dotychczasowych zwierzchników.
W oczach kibiców pojawiają się ponownie krople, tym razem pełne szczęścia, wreszcie widzimy Polaków – tych najlepszych z najlepszych.

 

Kurek, Winiarski, Nowakowski – ci oto cudotwórcy sprawiają, że cała reprezentacja wraz ze sztabem szkoleniowym zaczyna ponownie wierzyć w zwycięstwo. Dodatkowo w polu defensywy Zatorski – skacze za piłkami… jak koza po szczytach Tatr. Biało-czerwoni grają jak z nut, Amerykanie na kolanach, boją się kolejnych ataków po wystawach Żygadły. Nasi przyjmujący robią coś z niczego, atakując piłki to z 8metra, to spod siatki. Naszym liderom udaje się zdobyć aż 5 punktów przewagi w końcówce seta, wynik to 22:17, coś nie do stracenia na tym poziomie, ale czy aby na pewno? W głowach kibiców już tylko jedno: skończcie to, skończcie to wreszcie! Gracze ze Stanów Zjednoczonych zaczynają robić swoje, mamy problem ze skończeniem pierwszej akcji. W polu zagrywki Amerykanów pojawia się Paul Lotman, który sieje zamęt w polskich szeregach. Polacy nie mogą się wyrwać, na telebimach widnieje już wynik 24:22. Kolejny punkt dla USA. Anastasi szaleje w swoim polu trenerskim, nie mogąc pojąć co jest nie tak. Po czterech punktach z rzędu dla naszych rywali, piłka jest w górze w sektorze Jakuba Jarosza, serca kibiców skaczą do gardeł, tak jest! Po bloku! Out! Wszyscy Polacy mogą odetchnąć, skończyli! Zwycięstwo.

 

Co przeważyło szalę zwycięstwa na polską stronę?
Na pewno lepsze przygotowanie przed meczem, na pewno lepsza taktyka przygotowana pod konkretnych, amerykańskich zawodników, na pewno własna publiczność i przede wszystkim: powrót Polaków do normy. Pragnę zaznaczyć, że tylko do normy. Mimo ostatnich zwycięstw i tak nie możemy powiedzieć, że oglądamy tych biało-czerwonych, którzy rok temu gromili kolejnych rywali. Udało nam się zwyciężyć, dzięki dobremu przygotowaniu indywidualnych zawodników, takich jak Kurek, Jarosz, czy Zatorski, jednakże wciąż brakuje nam tego ducha drużyny, który łączy wszystkie trybiki w jedną, zgraną maszynę.

 

Czemu mimo wszystko tracimy sety?
Ano dlatego, że robimy coś czego nie robiliśmy nigdy dotychczas, tracimy punkty całymi seriami, ciągami pięciopunktowymi, a na dodatek nie jesteśmy w stanie się wydrzeć i odbić od dna. Dopóki gra jest zacięta to mimo wszystko Polacy wychodzą bez szwanku, jednak kiedy tylko przeciwnicy przełamią nasz blok i na parę oczek nam odskoczą to nie potrafimy ich dogonić. Dodatkowo nasza ściana wciąż nie jest w stanie wyłączyć chociaż jednego zawodnika z ataku, mimo wielu prób.

 

Jest dobrze, ale może być lepiej. Miejmy nadzieję, że nasi reprezentanci niesieni falą zwycięstw sięgną po wygraną w meczach z Bułgarią i uda im się awansować do Final Six. Jedno jest pewne, czeka ich wiele pracy, jeżeli chcą wrócić na szczyt, zepchnąć z niego swoich rywali i postawić biało-czerwoną flagę.

Kategoria: Inne
Komentarze (0)