Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Koszykówka Gortat zrobił różnicę, Wizards o krok od awansu

Gortat zrobił różnicę, Wizards o krok od awansu

Koszykówka | 27 kwietnia 2014 23:33 | Przemysław Drewniak
Trevor Ariza poprowadził Wizards do trzeciej wygranej w serii z Bulls
fot. Keith Allison/Flickr.com
Trevor Ariza poprowadził Wizards do trzeciej wygranej w serii z Bulls

W NBA szykują się nam najbardziej nieprzewidywalne playoffs od wielu lat. W ten trend wpisują się również koszykarze Washington Wizards, którzy w niedzielę zdecydowanie pokonali Chicago Bulls i brakuje im już tylko jednej wygranej do triumfu w całej serii. "Czarodziejom" nie stanęła na przeszkodzie nieobecność zawieszonego Nene Hilario, w czym ogromną rolę odegrał Marcin Gortat.


Przed rozpoczęciem playoffs zastanawiano się czy największą przeszkodą Wizards w starciu z Bulls nie będzie mniejsze doświadczenie. Zespół z Waszyngtonu dopiero pierwszy raz w tym składzie awansował do postseason, a "Byki" wiele takich batalii mają już za sobą. Tymczasem od początku serii drużyna Randy'ego Wittmana wcale nie wygląda na żółtodziobów i doskonale wie, jak reagować na kolejne wydarzenia. Po tym, jak Bulls złapali kontakt wygrywając Game 3, w niedzielę Gortat i spółka od pierwszej sekundy gry rzucili się na rywali jak wściekłe psy. Zdawali sobie sprawę, że jeśli szybko uda im się narzucić Chicago intensywny styl gry, to mecz szybko znajdzie się pod ich kontrolą.


Wizards postawili przede wszystkim na twardą obronę i szybkie ręce, które wymuszały na zawodnikach Bulls straty i spowalnianie akcji. Podopieczni Toma Thibodeau byli tym nieco zaskoczeni, bo swoje pierwsze punkty zdobyli dopiero po czterech minutach gry. Wówczas gospodarze prowadzili już 14-0 i Bulls już do końca meczu nie potrafili odrobić strat.


Wydawało się, że absencja zawieszonego Nene może sprawić Wizards dużo kłopotów. Brazylijczyk, ukarany za atak na rywalu poza grą w trakcie poprzedniego spotkania, spełniał w tej serii kluczową rolę. Był ojcem zwycięstwa w meczu numer jeden, a gdy został wyrzucony z boiska kilka minut przed końcem Game 3 w Waszyngtonie, Bulls zyskali kontrolę pod koszem, odrobili straty i ostatecznie wygrali. Tym większa odpowiedzialność spoczywała w niedzielę na barkach Marcina Gortata, który wraz z Trevorem Bookerem i Drew Goodenem sprawił, że nieobecność Nene w żadnym stopniu nie zaszkodziła "Czarodziejom".


Statystyki nie do końca na to wskazują, ale Gortat rozegrał kolejne świetne zawody. Zdobył 17 punktów na kiepskiej skuteczności (6-18 z gry), zebrał 6 piłek i rozdał 5 asyst, ale poza tym robił na parkiecie mnóstwo rzeczy, których nie widać w tabelce ze statystykami. Swoim mądrym poruszaniem się po boisku wielokrotnie otwierał partnerom drogę do kosza, ściągając na siebie uwagę obrońców, a jego waleczność w obronie była sporym problemem dla Wizards. "Czarodzieje" wygrali dziewięcioma punktami, ale w czasie, gdy Gortat znajdował się na parkiecie, ich przewaga nad Bulls wyniosła aż 24 punkty. Na dobrą sprawę drużyna z Chicago zaczęła w tym meczu punktować dopiero wtedy, gdy Polak zszedł z boiska po złapaniu drugiego przewinienia w połowie pierwszej kwarty.


Oprócz Gortata kolejny raz dobry mecz rozegrał obwodowy duet John Wall-Bradley Beal, który poza sumą 33 punktów i 13 asyst dołożył bardzo dobrą postawę w defensywie. Bohaterem meczu był jednak Trevor Ariza. Skrzydłowy Wizards rozstrzelał Chicago zza łuku (sześć trójek, 10-16 z gry) i zdobył 30 punktów, do których dołożył 8 zbiórek. Wychowanek uczelni UCLA imponuje ostatnio regularnością i ma swój najlepszy moment w karierze od 2009 roku, gdy był ważnym ogniwem w mistrzowskim sezonie Los Angeles Lakers. Wizards w tym składzie są w playoffs dopiero po raz pierwszy, ale to właśnie doświadczeni zawodnicy mają znaczący wkład w ich zwycięstwa. Oprócz Nene i Arizy wiele dobrego robią również weterani z ławki rezerwowych - w niedzielę z dobrej strony pokazał się Drew Gooden, a wcześniej robili to Martell Webster czy Andre Miller.


W Game 4 Bulls nie wyglądali na zespół, który może jeszcze odmienić losy tej serii. Poza Taj'em Gibsonem, który rzucił z ławki 32 punkty i uratował swoją drużynę przed dotkliwą porażką, trudno doszukiwać się w ich grze jakichkolwiek pozytywów. Po rewelacyjnym występie w poprzednim meczu słabo zagrał Mike Dunleavy, nie mógł wstrzelić się Kirk Hinrich, a Carlos Boozer znów zaprezentował się tak, jakby zapomniał, że kiedyś był jednym z lepszych graczy tej ligi. Z takim trenerem jak Thibodeau Bulls jeszcze powalczą i w Game 5 zapewne nie powtórzą już tak słabego występu. Ale jeśli Wizards nie uznają się zbyt szybko za zwycięzców tej serii, to powinna ona potrwać co najwyżej do szóstego meczu.


Drużyna ze stolicy Stanów Zjednoczonych jest jedną z pozytywnych niespodzianek tych playoffs. Cztery dotychczasowe mecze przeciwko Chicago pokazały, że Wizards dysponują defensywą godną tej fazy sezonu i mają wystarczająco dużo atutów, by mierzyć w Finał Konferencji Wschodniej. Po ewentualnym awansie do drugiej rundy ich rywalem będą Indiana Pacers lub Atlanta Hawks, a więc ekipy, które są w zasięgu Gortata i jego kolegów. Teraz priorytetem dla Wizards będzie jednak jak najszybsze zakończenie serii z Bulls i zyskanie kilku dni odpoczynku. Game 6 w Chicago odbędzie się w nocy z wtorku na środę o godzinie 2:00 polskiego czasu.


PRZEMYSŁAW DREWNIAK
Twitter: @przemekdrewniak

Kategoria: Koszykówka
Komentarze (0)