Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Koszykówka SPORT4FANS Extra: Adoptowany przez USA. Koszykarski sen Alexisa Wangmene

SPORT4FANS Extra: Adoptowany przez USA. Koszykarski sen Alexisa Wangmene

Koszykówka | 08 stycznia 2016 00:18 | Hubert Błaszczyk
Alexis Wangmene - wywiad rzeka z kameruńskim zawodnikiem.
fot. Jakub Janecki
Alexis Wangmene - wywiad rzeka z kameruńskim zawodnikiem.

Historia Alexisa Wangmene to materiał na świetny film dokumentalny. Z koszykarzem BM Slam Stal spotkaliśmy się przed Nowym Rokiem. Alexis przyjął nas z dużą życzliwością i otwartością. - Twoja przeszłość to wszystko co masz. Dlaczego miałbym ją zachować tylko dla siebie? - mówił przed wywiadem. Po chwili dodał: - Możemy zaczynać. Jestem gotowy. Zapraszamy na długą podróż po trzech kontynentach. Momentach radosnych i smutnych. Historię Wangmene napisało samo życie, ale bez koszykówki na pewno miałoby inny bieg.

 

Sport w Kamerunie kojarzony jest głównie z piłką nożną. Jako dziecko trenowałeś również tę dyscyplinę sportu i siatkówkę. Dlaczego więc koszykówka?

 

Kiedy zaczynałem grać w koszykówkę zaczęła ona zyskiwać w Kamerunie ogromną popularność. Wszyscy moi przyjaciele ze szkoły uprawiali tę dyscyplinę. Również mój tata grał w koszykówkę i miał z nią związek w przeszłości. Chciałem spróbować tej gry, ponieważ było to nowe wyzwanie dla mnie. To był sposób na sprawdzenie się i zyskanie nowych przyjaciół. Tak to traktowałem na początku.

 

Na wzrastającą popularność koszykówki w Kamerunie miał wpływ angaż w NBA Rubena Boumtje-Boumtje. Był traktowany jako prawdziwa gwiazda w Twoim kraju?

 

Po pewnym czasie Boumtje-Boumtje stał się bardzo sławny. Pokazał wielu chłopakom, że ich marzenia mogą się ziścić. Po nim do NBA trafił Luc Mbah a Moute. Jest ode mnie trochę starszy, ale grałem z nim w kadrze. Wszystko zaczęło się od Rubena. Każdy młody chłopak bawiący się koszykówką chciał wyjechać do Ameryki, zdobyć wykształcenie, a później rozpocząć profesjonalną karierę. Najlepiej w NBA.

 

Kiedy zaczynałeś przygodę z tą dyscypliną w Kamerunie były tylko dwie koszykarskie hale. Nie było mowy o profesjonalnym treningu. Graliście z przyjaciółmi na zewnątrz...

 

Tak jak mówisz nie było koszykarskich hal z prawdziwego zdarzenia. W koszykówkę grało się na podwórkach, tak jak w piłkę nożną. Mieliśmy dwa boiska obok siebie niedaleko domu. Po raz pierwszy koszykarską halę zobaczyłem, kiedy wyjechałem z Kamerunu.

 

Twoją ogromną szansą był camp zorganizowany przez NBA - „Koszykówka bez granic”, który odbywał się w RPA. Poziom był jednak bardzo zróżnicowany. Niektórzy uczestnicy nie mieli butów. Jak wiele osób z tego campu nadal profesjonalnie gra w koszykówkę?

 

Z tej grupy jestem jedynym, który nadal gra w koszykówkę. Oczywiście biorąc pod uwagę Kamerun, bo nie znałem innych chłopaków. Na campie byliśmy w siódemkę. Większość z nas poszła do college'u, a później nie była wystarczająco dobra, żeby się przebić. Zaczęli pracę. Niektórzy ożenili się i mają szczęśliwe rodziny.

 

Camp był bardzo duży. Dzieci przybywały z całej Afryki. Nie jestem teraz w stanie dokładnie oszacować liczby uczestników, ale była ich ponad setka. Może nawet 150. Było bardzo trudno zostać wybranym. To trochę jak błogosławieństwo. Łut szczęścia. To była nie tylko szansa dla nas, ale też dla Afryki. Mieć taką imprezę u siebie, to duże wyróżnienie.

 

Wiemy, że po campie dostałeś ogromną szansę od R.C. Buforda (Generalny Menadżer San Antonio Spurs), ale czy wpadłeś też w oko innym?

 

Propozycje pojawiały się nawet przed campem. Chodziło o to, żeby przenieść się do jednego z amerykańskich college'ów. Nie byłem jednak pewien, czy mogę zaufać ludziom, których nie widziałem. Pojechałem na camp do RPA i tam spotkałem R.C. Buforda. To było zdecydowanie bardziej realne. Trochę porozmawialiśmy. Zdecydowaliśmy się podjąć współpracę i kilka miesięcy później byłem już w Ameryce.

 

W momencie decyzji miałeś 14 lat. Bardzo trudno jest wtedy opuścić rodzinę, a Ty przeniosłeś się na zupełnie inny kontynent. Co na to rodzice?


Mój tata nie miał żadnych obiekcji. Był wojskowym. Powiedział: „Synu, staniesz się mężczyzną. Możesz jechać do USA.”. Zdecydowanie trudniej było z moją matką. Na początku zupełnie nie mogła pogodzić się z tą sytuacją. Musiałem długo rozmawiać z moimi dziadkami i jej przyjaciółmi, żeby starali się wpłynąć na zmianę decyzji. To była bardzo trudna decyzja dla mamy, ale po czasie zrozumiała, że nie może stać na drodze do moich marzeń.

 

Czy Ty sam wahałeś się, żeby wyjechać?

 

To nie było tak, że chciałem wyjechać do Ameryki. Po prostu chciałem grać w koszykówkę. Być taki, jak zawodnicy, których dotychczas mogłem oglądać w telewizji. Kiedy oglądałem NBA zawsze mówiłem: „Zobacz, jak oni grają. To musi być świetna zabawa.”. Koszykówka była dla mnie najważniejsza. Z drugiej strony to, że było to USA miało dla mnie znaczenie. Wiedziałem, że jeśli nie uda mi się w sporcie, to otrzymam świetne wykształcenie. To była sytuacja z gatunku „win-win”. Nie miałem nic do stracenia. Byłem podekscytowany nową przygodą, ale też smutny, bo zostawiałem mamę i przyjaciół. W dodatku w ogóle nie mówiłem po angielsku. Na początku było trudno...

 

 

Przyleciałeś do USA tuż przed świętami Bożego Narodzenia. To zawsze trudny czas. Nie znałeś języka. Jak długo zajęło Ci, żeby czuć się tam komfortowo?

 

Sześć, siedem miesięcy. Po trzech miesiącach zacząłem być samotny. Krępowałem się z językiem, ponieważ był bardzo słaby. Nie mogłem rozmawiać z ludźmi, z którymi chciałem się porozumiewać. Nie miałem też z tego powodu wielu znajomych. W szkole byli jednak przyjaciele, którzy bardzo mi pomogli. Zostawali po zajęciach i tłumaczyli mi zadania, albo brali mnie na boisko do koszykówki lub do domu, gdzie oglądaliśmy film. Mówili: „mniej szkoły, więcej zabawy”. Nie rozmawialiśmy zbyt dużo, ale oglądaliśmy razem film i śmialiśmy się. Dzięki tym ludziom zacząłem czuć się komfortowo. Po ośmiu miesiącach mój język był już lepszy. Mogłem komunikować się z większością z nich. Było zdecydowanie łatwiej.

 

Kiedy miałeś słabsze momenty, myślałeś o powrocie do Kamerunu?

 

Byłem bardzo ambitny. Kiedy miałem słabszy trening, albo słabszy mecz pojawiały się myśli, że się nie nadaję. Chciałem wrócić do domu. Podobnie było ze szkołą. Czasami dostawałem zadania domowe, których nie rozumiałem. Nie umiałem więc ich wykonać. Przyjaciele byli jednak kluczowi. Wszyscy pocieszali mnie i naciskali, żebym został. W efekcie po kilku miesiącach zaaklimatyzowałem się w USA.

 

Twoim pierwszym przystankiem w USA było Central Catholic. W pierwszym meczu zdobyłeś 29 punktów, ale Twoja drużyna przegrała. Próbowałeś wytłumaczyć kolegom, żeby nie grali w każdej akcji do Ciebie, ale problemem była bariera językowa. Niektórzy mówią o uniwersalnym języku koszykówki. Tym razem się nie sprawdził...

 

Miałem dwie koleżanki, które potrafiły mówić po francuski i one były tłumaczkami. Kiedy trener coś mówił na czasach, albo przed meczem, one próbowały mi wszystko wyjaśnić. Pierwszy mecz był niesamowity. Przyszło bardzo dużo ludzi. Wszyscy chcieli zobaczyć nasz mecz i moje umiejętności. Koledzy bardzo dużo podawali do mnie, miałem kończyć rzutem niemal każdą akcję. To jednak nie zdawało egzaminu. Przegraliśmy ten mecz pięcioma punktami, ale to było miłe przywitanie z publicznością.

 

Później przeniosłeś się do szkoły, którą kończył Luol Deng. On został wybrany w drafcie w 2004 roku. Jego droga była inspiracją dla Ciebie? Znaliście się osobiście?

 

Znałem bardzo dobrze jego siostrę. Chodziła ze mną do jednej klasy. Miałem z nią dobre relacje, ona także grała w koszykówkę. Kiedy Luol przyjeżdżał ją odwiedzić, wszyscy grający w koszykówkę chcieli z nim porozmawiać, przybić piątkę. Na pewno jego historia działała nam na wyobraźnię, ale jedyną rzeczą, która może cię naprawdę zmotywować, to chęć bycia lepszym każdego dnia. To powtarzał nam trener Mantegna. To nie tylko świetny trener, ale też znakomity mentor. Wszyscy, którzy grali dla niego w przeszłości kochają go. Miał wiele indywidualnych rozmów z nami. Wywarły one na mnie duże wrażenie.

 

Myślisz, że właśnie Joe Mantegna z Blair Academy miał największy wpływ na Twoją karierę?

 

Kiedy myślę o tym teraz, to jest na pewno trener, którego najbardziej lubiłem. Mantegna był bardzo spokojny. Miał duży autorytet. Tłumaczył co trzeba zrobić i świetnie motywował. Mówił, żebym nie bał się podejmować ryzyka i brał każdą szansę, którą otrzymuję od losu. W college'u miałem małą wpadkę i nasze relacje nieco się popsuły. Teraz rozmawiam z nim dużo więcej niż wcześniej. Tęsknie za nim i grą dla niego. Jest świetnym facetem.

 

Twoje pierwsze poważne rozgrywki to NCAA. Wybrałeś uniwersytet Texas. Pierwszy sezon był w Twoim wykonaniu bardzo dobry. Zagrałeś 37 z 38 spotkań. Później miałeś kontuzje i problemy osobiste. Z perspektywy czasu jesteś bardziej zadowolony czy rozczarowany?

 

Pierwszy sezon jak na debiutanta był naprawdę dobry. Wszyscy byli ze mnie bardzo zadowoleni. Widzieli moją ciężką pracę. Grałem pomiędzy 17 a 20 minut w silnej dywizji. To było dobre dla mnie. Po kontuzji i stracie mojej mamy nie byłem w stanie się pozbierać. Przechodziłem wtedy trudny okres. Zmienił się mój punkt widzenia. Nie byłem szczęśliwy z życia. Kiedy w ostatnim roku wszystko zaczęło iść ponownie po mojej myśli złamałem nadgarstek. Na pewno jest mi szkoda z powodu kontuzji. Straciłem przez nie trochę czasu, ale teraz odbudowuję się w Europie i czuję się znacznie lepiej.

 

Indywidualnie na pewno nie byłeś wyróżniającym się graczem, ale zyskałeś szanse do rozwoju. Grałeś w silnej dywizji, z przyszłymi graczami NBA. To była świetna szkoła koszykówki dla Ciebie...

 

Było tak jak mówisz. Mierzyłem się z bardzo utalentowanymi graczami, tj. Blake Griffin, DeAndre Jordan, Michael Beasley, D.J. Augustin, Tristan Thompson, Cory Joseph, Avery Bradley. To świetne, że mogłem rywalizować na tym poziomie każdego dnia. Obecnie jest jak jest. Możesz być z siebie zadowolony tylko wtedy, kiedy osiągniesz to co zakładałeś i włożysz w to całe serce. Oczekiwałem nieco więcej. Było dobrze, ale jednocześnie ciężko.

 

W czasach uniwersyteckich grałeś z wielkimi zawodnikami. Również bardziej utalentowanymi niż obecni gracze NBA. Nie wszyscy zrobili jednak dużą karierę. Kto sprawił Ci najwięcej kłopotów?

 

Najtrudniej broniło mi się przeciwko Thomasowi Robinsonowi, który gra obecnie w Brooklyn Nets. Kiedy mierzyliśmy się w NCAA występował w Kansas. Miałem przeciwko niemu naprawdę dużo roboty (śmiech). Jest zwierzakiem. Myślałem, że zrobi większą karierę. Miał ku temu wszystkie możliwości.

 

Czy po czasach uniwersyteckich wierzyłeś w dostanie się do NBA?

 

Obecnie wierzę, że jest to możliwe. Ostatnie dwa lata były nieco pogmatwane dla mnie. Wierzę, że jestem jeszcze w stanie zawalczyć o kontrakt w NBA, jeśli włożę w to całe swoje serce. Każdy ma inną drogę do najlepszej ligi świata. Niektórzy mają wystarczająco szczęścia i talentu, żeby dostać się tam od razu po NCAA. Inni potrzebują więcej czasu na rozwój. Muszą nauczyć się dużo rzeczy, by być w stanie podjąć kolejną próbę.

 

Byłeś zgłoszony do draftu, ale nie zostałeś wybrany. Nie było to chyba niespodzianką dla Ciebie?

 

Moje zgłoszenie do draftu było tylko pro-forma. Byłem seniorem, skończyłem grać dla Texasu. W trakcie draftu miałem złamany nadgarstek, nie było żadnych szans, żeby kluby NBA podjęły ryzyko i zatrudniły mnie. Tym bardziej, że nie miałem szans pokazać się na campach. Po kontuzji grałem przez chwilę w NBDL, ale nie dostawałem zbyt wielu minut i gra nie sprawiała mi radości. Zdecydowałem przenieść się do Europy, żeby zobaczyć jak dalej potoczy się moja kariera.

 

Przed NBDL dostałeś szanse w Lidze Letniej, ale również tam nie byłeś w stanie pokazać pełni swoich możliwości.

 

Przede wszystkim nie dostawałem wystarczającej liczby minut, żeby się pokazać. Nie byłem tym usatysfakcjonowany. Dla mnie to nie było wystarczająco, żeby pokazać pełnię umiejętności na parkiecie. Chciałem podejść do kariery z czystą kartą, stąd wyjazd do Europy. I teraz jestem tutaj (śmiech).

 

NBA to nie tylko umiejętności, ale też agenci i campy. Jak duże znaczenia ma według Ciebie cała otoczka zawodnika? Przekonał się o tym nasz najbardziej utalentowany zawodnik, Mateusz Ponitka, który wpadł w oko Detroit Pistons, ale ostatecznie nie został wybrany w drafcie.

 

To co powiedziałeś to prawda. Można to podsumować jednym zdaniem. Trzeba być w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Widziałem naprawdę utalentowanych zawodników, którzy nie dostali szansy w NBA. Z pomocą szczęścia i odpowiednich ludzi można się tam dostać, a wtedy wszystko zależy już tylko od Ciebie.

 

 

Wspomniałeś, że teraz zdecydowanie bardziej wierzysz w siebie. Skąd ta zmiana?

 

Gra w Europie ma pozytywny wpływ na moją pewność siebie. Zdecydowanie lepiej czytam grę niż kiedyś. Wiem, że inaczej należy zachowywać się, kiedy broni się przeciwko wysokiemu zawodnikami, a inaczej przeciwko niskiemu. Wykorzystuję lepiej swoje fizyczne możliwości.

 

Gra w Europie i USA to trochę dwa światy. Inne zasady, nastawienie sędziów. Trenerzy kładą tutaj nacisk na obronę, często bardzo agresywną. Odpowiada Ci to?

 

Różnice według mnie są duże. Przede wszystkim z powodu przepisów. W NBA nie możesz stać w trumnie przez trzy sekundy. W Europie jest to dopuszczalne. W ten sposób broni się zdecydowanie łatwiej. Tutaj zdecydowanie lepiej uczy się podstaw koszykówki. Duże znaczenie ma taktyka i czytanie gry. Gdybym teraz wrócił do USA po europejskiej szkole, byłbym zdecydowanie lepszym zawodnikiem. Jestem znacznie dojrzalszym człowiekiem i koszykarzem. Łatwiej mi zrozumieć polecenia trenera i zagrywki.

 

Powiedziałeś też trochę o mentalnej stronie i wierze w siebie. W NBA jest duża presja, Twoje występy oglądają tysiące w hali i miliony przed telewizorami, ale nacisk ze strony fanów jest większy w Europie. Często trzeba grać nie tylko przeciw rywalom, ale też przeciwko kibicom...

 

W Europie uwielbiam kibiców. W czasie gry słyszysz ich doping, grasz razem z nimi. Twoja koszykówka staje się wówczas emocjonalna. W NBA jest wiele animacji, spikerów. Czasami słyszysz publikę, a czasami spikera. To coś zupełnie innego. Rozrywka ma tam kluczowe znaczenie. W Europie wiesz, kiedy kibice zgadzają się z decyzją sędziego, a kiedy są wściekli. Wiesz, kiedy są za tobą, kiedy zrobiłeś coś fantastycznego to dają ci to odczuć. To prosty i bezpośredni język. Momentami to motywuje do tego stopnia, że na parkiecie gra się najlepszą koszykówkę, mimo zmęczenia i innych przeciwności.

 

Tym bardziej jeśli w Twojej drużynie gra Curtis Millage, który jest świetnym showmanem (śmiech).

 

Curtis jest niesamowity. Do tego stopnia pobudza publiczność, że daje nam kopa w trudnych momentach. Uwielbiam to!

 

Wracając do USA. Tam prawdziwego dopingu można zaznać podczas rozgrywek akademickich. NBA to popcorn i Coca Cola. Liczą się play-offy.

 

Patrząc na NBA musisz zobaczyć, że oni grają 82 mecze. Nie mogą włożyć wszystkich swoich emocji w jeden mecz. Musisz szybko wymazać go z pamięci, obrócić się i zagrać kolejny pojedynek nazajutrz. Zmęczenie jest ogromne. Play-offy to jednak czas, kiedy wszyscy wkładają w grę swoje uczucia. Na parkiecie iskrzy, bo jedno, dwa słabe spotkania mogą sprawić, że drużyna pożegna się z rozgrywkami. W Europie grasz mecz i masz pięć dni, żeby wypocząć. Nie tylko fizycznie, ale też emocjonalnie. W sobotę po tej przerwie ponownie jesteś podekscytowany. Wiesz, że znów będziesz czekał na mecz tydzień, a więc nie możesz dać plamy.

 

Czy nie jest trochę tak, że Europa uczy odpowiedniego podejścia do meczów? Spójrzmy na sytuację BM Slam Stal. Bilans 6:7 (rozmowa przeprowadzana 29.12.2015 r.) sprawia, że każdy mecz się liczy.

 

W Europie każdy mecz ma wpływ na końcowy wynik. To co włożysz w trakcie sezonu regularnego, to wyjmiesz w play-offach. Zła pozycja sprawia, że nawet mimo awansu do play-offów znajdujesz się w trudnej sytuacji, bez przewagi własnego parkietu. W NBA wygrywanie jest również ważne, ale 37-40 zwycięstw może dać play-offy. Jest to pewien komfort. Podobnie jak to, że play-offy rozgrywane są do czterech zwycięstw. W Europie nie możesz sobie pozwolić na porażki, stąd jest to nieco przyspieszony kurs koszykówki.

 

 

Zmieńmy nieco temat. Jesteś założycielem organizacji Leading Through Reading. Jaka jest Twoja rola w tym przedsięwzięciu?

 

Założyłem tę organizację, kiedy miałem 22 lata. Byłem nadal w college'u. Leading Through Reading to organizacja, która buduje obiekty edukacyjne. Przede wszystkim biblioteki z przestrzenią do czytania i komputerami z dostępem do Internetu. Tworzymy małe klasy, w których zgłębiamy wiedzę na temat medycyny, przedsiębiorczości, informatyki. Naszym wiodącym celem jest nauka czytania. Rozpoczynamy ją wśród małych dzieci. Kiedy wracam latem do Kamerunu angażuję się w różne akcje, podczas których czytam dzieciom. W tym przedsięwzięciu dużą cegiełkę miała moja mama. Gdy jeszcze żyła rozmawialiśmy razem, żeby zrobić coś dla Afryki w obszarze edukacji. To był nasz wspólny projekt. Po śmierci mamy postanowiłem go wprowadzić w życie. Aktualnie skończyliśmy nasz pierwszy projekt w Kamerunie. Drugi obiekt będzie wybudowany w Ghanie. Rozpoczniemy go w lutym i będziemy potrzebowali dwóch, trzech miesięcy, żeby go skończyć.

 

Jesteś teraz w Polsce. W jaki sposób koordynujesz pracę? Musi to być trudne. Uprawiasz przecież profesjonalnie koszykówkę.

 

Mam swoją drużynę, grupę ludzi, bez których nie byłoby to możliwe. Zaczęliśmy ten projekt z moją najlepszą przyjaciółką, która skończyła Harvard. Aktualnie pracuje w USA. Spędzamy bardzo dużo czasu rozmawiając przez telefon, kontaktując się za pomocą komunikatorów internetowych i przez e-mail. Koordynujemy pracę. Nie jest to perfekcyjne, ale staramy się robić to naprawdę dobrze. Jesteśmy jeszcze młodzi, każdy zajmuje się pracą i patrzy, w którym miejscu chce być w przyszłości. Nie zapominamy jednak skąd się wywodzimy. Chcemy dać trochę siebie i naszego czasu lokalnej społeczności. To nie jest żadne szaleństwo. Po prostu robimy co możemy, żeby pomóc tym ludziom, którzy nie mają takich możliwości jak my.

 

Miło to słyszeć, aczkolwiek większość koszykarzy jest skupionych w stu procentach na koszykówce. Na pewno zabiera Ci to sporo energii i czasu. Jednak świadomość, że miejscowa ludność może mieć lepsze życie jest bezcenna...

 

Jestem tym wszystkim naprawdę bardzo podekscytowany. Postępy, które widzimy w Kamerunie tylko napędzają nas do dalszej pracy. W Ghanie cała lokalna społeczność czeka i bardzo liczy na nas. Z mojego punktu widzenia Leading Through Reading to również duża przestrzeń do nauki. Uczę się odpowiedzialności i organizacji. Jestem nieco nieśmiały, ale staram się to przezwyciężyć. Nigdy nie wiesz, jakie umiejętności przydadzą ci się w życiu, kiedy zakończysz przygodę z koszykówką. To świetna przestrzeń do nauki. Wkładam w tę organizację całe swoje serce. Porażki bolą więc zdecydowanie bardziej, ale sukcesy sprawiają ogromną radość.

 

Działacie jako fundacja. Ludzie z Europy również mogą Wam pomagać.

 

Każda pomoc liczy się dla nas. Z tego miejsca chciałbym zachęcić do odwiedzania strony Leading Through Reading,  na której znajdują się niezbędne informacje oraz zdjęcia ze zrealizowanego już projektu w Kamerunie.

 

Jak wielu ludziom pomogliście w Kamerunie?

 

Pomogliśmy ponad 40 tysiącom.

 

To liczba działająca na wyobraźnię.

 

Biblioteka znajduje się w centrum miasta. Wokół niej jest dwanaście różnych szkół, dlatego dostęp do niej jest bardzo łatwy. Wszyscy przychodzą z niej korzystać. Mam świadomość, że pomogliśmy wielu ludziom. Projekt w Ghanie ma swoją specyfikę. Zdecydowaliśmy się wybudować bibliotekę pośrodku niczego. Dostęp do światła jest w tym miejscu utrudniony. To taki trochę nieodkryty ląd i nasza szkoła ma to zmienić. To bardzo ważne, ponieważ dzieci będą mogły chodzić w tym miejscu do szkoły. Wokół niej rozbuduje się cała wioska. Ludzie będą mieli dostęp do informacji, Internetu, książek o medycynie... Jesteśmy niezmiernie szczęśliwi, że damy to tej lokalnej społeczności.

 

W jaki sposób wybieracie miejsca do swoich projektów? Kamerun jest naturalny, ponieważ stamtąd pochodzisz i tam się wychowałeś. Dlaczego Ghana?

 

Wybrałem Ghanę, ponieważ ten pomysł podrzucił mi artysta rockowy z tego kraju, Rocky. Opowiedział mi o swoim bracie, który jest szefem wioski. Spotkałem się z nim i mieliśmy podobny punkt widzenia, jak powinna wyglądać Afryka w przyszłości. Po rozmowie zdecydowałem się wejść w ten projekt.

 

 

Pozostańmy przy Kamerunie, ale wróćmy do koszykówki. Jak wygląda sytuacja basketu w Twoim kraju? Poprawiła się infrastruktura?

 

Wszystko stopniowo się poprawia. Naszym domem jest hala, która może pomieścić 30 tysięcy ludzi. Przeprowadzamy tam wszystkie zgrupowania i treningi przed meczami reprezentacji. Popularność koszykówki wzrasta. Mamy wielu ludzi, którzy są blisko NBA, grają w świetnych drużynach uniwersyteckich. Ludzie interesują się najlepszą ligą świata. Koszykówka jest w wiadomościach niemal każdego dnia. Dostęp do meczów jest zdecydowanie łatwiejszy niż wtedy, kiedy ja zaczynałem. Młodzi ludzie widzą, jak daleko mogą zajść, jeśli będą ciężko pracować. To dodatkowa motywacja. Młodsza generacja z pewnością będzie lepsza niż nasza, ponieważ oni zaczynają grę w koszykówkę zdecydowanie wcześniej. Siedmiolatki już zaczynają treningi! Ja pierwszy raz trzymałem piłkę do kosza w rękach w wieku dwunastu lat. A koszykarską edukację zacząłem tak naprawdę, kiedy byłem czternastolatkiem. To ogromna różnica.

 

Niedawno czytałem książkę „Kopalnie talentów”, w której autor zawarł pogląd, że potrzeba 10 000 godzin, aby stać się wybitnym w jakiejś dziedzinie. Młodzi zawodnicy w Kamerunie mają więc ogromny kapitał. Widzisz zawodników, którzy mogą podbić NBA?

 

Definitywnie postawiłbym na to, że kilku z nich zagra w NBA. W poprzednie lato brałem udział w campie z Borisem Diaw z San Antonio Spurs. Pracowałem z wieloma dziećmi. Talent, który posiadają jest nie do opisania. Potrafili zrobić takie rzeczy, które w ich wieku nie mieściły mi się w głowie. Mogłem zrobić wielkie: WOW. Mówiłem im, że ja nie byłem tak dobry. Koszykówka w Afryce ma wielką przyszłością. Nasz kontynent jest połączony z resztą świata, tak jak nigdy wcześniej. To otwiera nowe możliwości.

 

Czy są jakieś ligi, w których młodzi zawodnicy mogą rozwijać swój talent?

 

Jest bardzo dużo lig w Kamerunie. Mamy rozgrywki młodzieżowe – U18, U16, U14, U10. Dopiero później jest liga juniorska i seniorska. To rozbudowany system. Jeśli masz 12 lat i grasz na wysokim poziomie, to możesz brać udział w wielu rozgrywkach. Mamy bardzo dużego sponsora – Peak, który pomaga rozwijać koszykówkę w Kamerunie. Żaden talent nie umknie uwadze wielkich klubów.

 

To zdecydowana zmiana na plus. Kiedy Ty zaczynałeś rozgrywki ograniczały się do 4-5 meczów w sezonie...

 

Zaczynałem grać w koszykówkę dla zabawy. Nigdy nie myślałem, że będę profesjonalnym koszykarzem. Szliśmy do szkoły i po niej graliśmy w koszykówkę. Jednego dnia trener powiedział, że będziemy występowali w krajowym turnieju. To było zaledwie sześć spotkań. Doszliśmy do finału, gdzie przegraliśmy. Zostałem jednak MVP turnieju i pomyślałem, że naprawdę lubię tę dyscyplinę sportu. Zacząłem się bardziej przykładać. Zostałem powołany do młodzieżowej kadry Kamerunu. Zajęliśmy drugie miejsce w Afryce. Tak zaczęła się moja przygoda z tym sportem...

 

Gdy wracasz do Kamerunu jesteś rozpoznawalny na ulicy?

 

Ludzie widzieli mnie grającego dla reprezentacji przez ostatnie sześć lat. Byliśmy blisko zwycięstwa w mistrzostwach Afryki. Jestem dość rozpoznawalny (śmiech). Gdy wracam do domu to ludzie mówią dzieciom, że gram dla reprezentacji i rozsławiam kraj.

 

Jeśli jesteśmy już przy ludziach. Jak wygląda doping podczas meczów reprezentacji narodowej. Są wuwuzele jak podczas Pucharu Narodów Afryki?

 

Zdecydowanie tak (śmiech). Ludzie przynoszą wuwuzele i bębny, na których wygrywają rytm. Robi się ogromny hałas. Mamy też tradycyjne kameruńskie tańce. To jedna wielka impreza. Kiedy gramy w domu, wszyscy chcą przyjść na mecz i kibicują nam z całych sił. To nie klub, to reprezentacja narodowa. I oni dają nam to odczuć. Starają się dać nam tyle energii, ile to możliwe. Jestem podekscytowany, że mogę grać dla reprezentacji.


HUBERT BŁASZCZYK
TWITTER: @hubertblaszczyk

Kategoria: Koszykówka
Komentarze (0)