Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Koszykówka James znów zamknął usta krytykom. Heat pozostają na tronie!
LeBron James sięgnął po swój drugi mistrzowski tytuł
fot. Keith Allison / flickr.com
LeBron James sięgnął po swój drugi mistrzowski tytuł

James znów zamknął usta krytykom. Heat pozostają na tronie!

Koszykówka | 21 czerwca 2013 14:43 | Przemysław Drewniak

Kiedy w 2007 roku San Antonio Spurs do zera ograło w finale NBA Cleveland Cavaliers, Tim Duncan powiedział LeBronowi Jamesowi, że pewnego dnia ta liga będzie należała do niego. Sześć lat później sam stał się ofiarą swojej przepowiedni. Po jednej z najlepszych serii finałowych ostatnich lat, Miami Heat pokonali ekipę z Teksasu, zwyciężając w decydującym, siódmym meczu 95-88. James po raz drugi zgarnął tytuł MVP finałów i pozbawił weteranów z San Antonio być może ostatniej szansy na mistrzowski pierścień.


Jeszcze 48 godzin wcześniej wydawało się, że taki scenariusz jest niemożliwy. Gdy Duncan wyrzucał piłkę z autu na 20 sekund przed końcem czwartej kwarty w meczu numer sześć, Spurs prowadzili dwoma punktami, a wokół boiska rozciągnięto już żółtą linę, która miała odgrodzić parkiet od trybun i tym samym umożliwić bezpieczne świętowanie tytułu gościom z San Antonio. Ray Allen zaliczył jednak trafienie życia, Heat wygrali w cudownych okolicznościach i o wszystkim miał zadecydować jeden mecz. Z kolei w nim, tak jak można było się spodziewać, losy mistrzowskiego tytułu rozstrzygnęły się dopiero w ostatniej minucie gry.


Gdyby nie wspomniany rzut Allena, dziś cały świat rozprawiałby o tym, że walczący o miano najbardziej utytułowanego zawodnika w historii koszykówki LeBron James nie potrafi wziąć na siebie odpowiedzialności w najważniejszych momentach. Na finiszu wtorkowego meczu popełnił dwie fatalne straty i przestrzelił kilka rzutów, które o mało nie kosztowały Heat całego sezonu. W Game 7 gwiazdor z Ohio potwierdził jednak, że w pełni zasługuje na miano tego najlepszego. Historycznym występem na 37 punktów i 12 zbiórek chyba już ostatecznie pozbawił argumentów swoich krytyków. W dodatku to jego rzuty zadecydowały o tym, że Heat odjechali gościom w ostatnich kilkudziesięciu sekundach gry.


W czwartek zawodnicy zaczęli nieco ślamazarnie, tak jakby pełen zwrotów akcji szósty mecz wycisnął ich jak cytrynę nie tylko pod względem fizycznym, ale i mentalnym. W pierwszej kwarcie obie drużyny zaliczyły po trzy straty, a Heat prowadzili tylko 18-16. Z czasem jednak zawodnicy się rozkręcali, co doprowadziło do wielkiej wymiany ciosów i kolejnego dreszczowca w ostatnich 12 minutach.


Najważniejsza akcja meczu miała miejsce 27 sekund przed końcową syreną. James dostał zasłonę od Mario Chalmersa, zmęczeni Tony Parker i Kawhi Leonard zostawili mu nieco przestrzeni, a ten celnym rzutem z półdystansu wyprowadził gospodarzy na czteropunktowe prowadzenie. W następnej akcji kosztowną stratę zaliczył Manu Ginobili, a rzutami wolnymi James przypieczętował zdobycie swojego drugiego mistrzowskiego pierścienia.


To właśnie rzuty półdystansowe były dla LeBrona największą, a być może jedyną piętą Achillesową w ostatnich latach. We wcześniejszych sześciu meczach Spurs bronili tak, by odcinać Jamesa od penetracji pod kosz i zmuszać go do oddawania rzutów z 5-6 metrów od kosza. Taktyka ta opłacała się, aż do Game 7, w której gracz Heat zaliczył kilka takich trafień. - LeBron był niesamowity. Nie mogliśmy znaleźć sposobu, by go zatrzymać - mówił po meczu smutny i zdruzgotany Tim Duncan.


Gdy czterokrotny mistrz NBA wypowiadał te słowa, przed oczyma wyobraźni wciąż odtwarzał sytuację, w której przestrzelił rzut na remis na mniej niż minutę przed zakończeniem meczu. Wówczas Heat prowadzili 90-88, a Duncan otrzymał piłkę na izolację przeciwko Shane'owi Battierowi. Starcie weteranów wygrał ten drugi - Duncan najpierw przestrzelił rzut prawym hakiem, a potem jeszcze niecelnie dobijał piłkę do kosza. A gdyby ta trafiła do celu, wszystko mogło potoczyć się inaczej. - Ten mecz będzie mnie nawiedzać już do końca życia - wyznał wprost 37-latek, nieuchronnie zbliżający się do zakończenia kariery sportowej.


To nie była zresztą jedyną szansa Spurs na odmienienie w końcówce losów tego spotkania. Na półtorej minuty przed końcem Leonard rzutem za trzy mógł dać swojej drużynie prowadzenie. Chwilę wcześniej trafił i zniwelował straty do dwóch oczek. Tym razem się nie udało. - Jest bardzo cienka linia pomiędzy świętowaniem i spędzeniem świetnych wakacji, a czuciem się jak śmieć i tak wielkim rozczarowaniem - skwitował po meczu Ginobili.


W obozie Heat wielki występ zaliczył nie tylko James. Nie zawiódł przede wszystkim Dwyane Wade, który mimo ogromnego zmęczenia i nienajlepszej dyspozycji po raz kolejny przypominał siebie z najlepszych lat. W meczu numer siedem, podobnie jak James, odnalazł swoją klepkę na półdystansie i kilka razy skarcił w ten sposób rywali.  W najważniejszym meczu zanotował jeden z najlepszych występów w tych playoffs, zdobywając 23 punkty i 10 zbiórek. Niezapomniany popis dał z kolei z ławki Shane Battier. 34-letni weteran był w Game 7 nie do zatrzymania na dystansie i trafił sześć z ośmiu oddanych rzutów zza łuku. On i Mario Chalmers (14 punktów) dali swoim liderom wsparcie w ofensywie, bez którego gospodarze nie wygraliby tego spotkania. Tym razem z zerowym dorobkiem punktowym zakończyli mecz Chris Bosh, Mike Miller i Ray Allen. Cała trójka przeszła jednak do historii niesamowitymi występami w Game 6. Blok na Dannym Greenie w ostatniej sekundzie tego pierwszego, "trójka" Millera z jednym butem na nodze czy wreszcie kluczowy rzut Allena na remis zapiszą się jako najważniejsze highlighty tych finałów.


Dzięki wygranej James dołączył do największych. Jako piąty gracz w historii drugi raz z rzędu zdobył tytuł MVP finałów. Wcześniej dokonali tego tylko Michael Jordan, Hakeem Olajuwon, Shaquille O'Neal i Kobe Bryant. Ze średnią 33,4 punktu na mecz jest najlepszym graczem w historii ligi pod względem średniej zdobywanych punktów w Game 7. Zaś obok Jordana został jedynym graczem, który w dwóch sezonach z rzędu zgromadził dwa tytuły mistrzowskie i dwie nagrody dla MVP finałów. Po meczu w wywiadzie dla stacji ABC wygłosił krótką, pełną emocji przemowę - Nie mogę martwić się o to, co każdy o mnie mówi. Jestem LeBron James, z Akron w Ohio. Nawet nie powinienem tutaj być. Codziennie wchodzę do szatni, gdzie czeka na mnie koszulka z moim nazwiskiem i numerem 6. Jestem błogosławiony. Nie liczy się więc to, co mówi ktoś o mnie poza boiskiem.


Dla niego to wciąż dopiero początek drogi na szczyt. Ale czy Heat będą w stanie w tym samym składzie znów zagrać o mistrzostwo w przyszłym roku? Ostatnie lata udowadniały, że wejście do finałów cztery razy z rzędu to zadanie ponad możliwości drużyn NBA. Nie dokonali tego ani Lakers Bryanta, ani Bulls Jordana. Po raz ostatni sztuka ta udała się w latach 80. Boston Celtics, choć wtedy koszykówka była nieco inna i trudno o miarodajne porównania. Władze Heat staną więc tego lata przed dużym dylematem: odmłodzić skład czy zaufać tym samym zawodnikom z przekonaniem, że stać ich na ten historyczny wyczyn.


Rzadko się zdarza, by drużyna będąca tak blisko końcowego sukcesu i grająca na tak wysokim poziomie, odchodziła z niczym. Ośmielę się stwierdzić, że Spurs z tej serii to najsilniejszy przegrany finałów NBA w XXI wieku. Przegranych szkoda tym bardziej, że dla legendarnego tercetu Duncan-Parker-Ginobili mogła być to ostatnia szansa na wspólne sięgnięcie po tytuł. Nie zgadza się z tym jednak francuski rozgrywający. - Nie wierzę, że wciąż zadajecie to pytanie. Od pięciu-sześciu lat mówicie nam, że jesteśmy za starzy, by osiągać sukcesy. Nie zamierzam więc odpowiadać - mówił Parker pytany o to, czy była to ostatnia szansa tych Spurs na wygranie tytułu. Duncan ma w swoim kontrakcie jeszcze rok gry dla Spurs i przyszły sezon może być jego ostatnim. Ginobili zastanawia się czy latem nie zakończyć kariery, ale z ostateczną deklaracją póki co się wstrzymuje.


Dobrze by było jednak zobaczyć Spurs w jeszcze jednej, ostatniej batalii o mistrzostwo NBA w przyszłym sezonie. Tim Duncan w meczach numer 6 i 7 (24 punkty, 12 zbiórek) udowodnił, że mimo zaawansowanego wieku wciąż jest w stanie rywalizować na najwyższym poziomie. Podobnie jak Tony Parker, który ciągnął swój zespół przez całe playoffs, ale w ostatnich dwóch meczach zawiódł. Pozbawiony przestrzeni przez znakomitą defensywę Heat w decydującym spotkaniu trafił zaledwie trzy rzuty z gry i zdobył 10 punktów. Manu Ginobili przez cały sezon toczył walkę z własnymi słabościami, by w Game 5 i Game 7 odwdzięczyć się Greggowi Popovichowi za zaufanie doskonałymi występami. Dziś obok Duncana to on był najlepszym weteranem w ekipie Spurs (18 punktów) i choć w końcówce zaliczył dwie bardzo ważne straty, to jednak pokazał, że nie można go już skreślać. Drużyna z Teksasu może liczyć także na Danny'ego Greena, który dzięki rekordowej ilości rzutów za trzy przeszedł do historii finałów NBA i w przyszłym roku powinien już udźwignąć nawet największą presję, czego nie zrobił w dwóch ostatnich spotkaniach z Heat. Wielkim graczem zaczyna być za to Kawhi Leonard. 21-latek po doskonałym występie we wtorek powtórzył ten wyczyn w Game 7 (19 punktów, 16 zbiórek), dzięki czemu wyrasta na jedną z największych gwiazd NBA. I nie zmieni tego przestrzelony rzut osobisty w końcówce szóstego meczu. Wierzę więc, że Spurs i Gregg Popovich mają jeszcze w sobie te resztki paliwa, które pozwolą im na jeszcze jedną próbę w przyszłym roku.


Ta seria przejdzie do historii jako jedna z najlepszych w finałach NBA. Niesamowite zwroty akcji, historyczne występy i emocje do ostatniej minuty. O losach tytułu decydowały pojedyncze zagrania i błędy. Po meczu właściwie każdy z obozu Heat rozpoczynał swoją wypowiedź od gratulacji dla pokonanych, natomiast w całej serii nie zanotowaliśmy ani jednego ostrego spięcia czy przewinienia technicznego. To pokazuje, jak pięknym widowiskiem dla światowego sportu były w tym roku finały NBA. Sportu, w którym tylko jeden może być mistrzem.

Kategoria: Koszykówka
Komentarze (0)