Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Koszykówka Dwight Howard wybrał Houston! Jaka przyszłość Lakers?

Dwight Howard wybrał Houston! Jaka przyszłość Lakers?

Koszykówka | 06 lipca 2013 18:34 | Przemysław Drewniak
Po nieudanym sezonie Dwight Howard opuszcza Los Angeles Lakers
fot. wikipedia.org
Po nieudanym sezonie Dwight Howard opuszcza Los Angeles Lakers

Najgorętsza tego lata saga transferowa w NBA już zakończona. Dzisiejszej nocy czasu polskiego Dwight Howard ogłosił, iż nie przedłuży swojego kontraktu z Los Angeles Lakers i podpisze czteroletnią umowę z Houston Rockets. Decyzja ta oznacza, że w Konferencji Zachodniej wyrósł kolejny poważny kandydat do mistrzowskiego tytułu, podczas gdy Jeziorowców czeka w przyszłym roku wielka przebudowa. A całe zamieszanie potwierdziło, że Howard to największa primadonna dzisiejszej koszykówki.


Ten, kto śledził Twittera w nocy z piątku na sobotę, był świadkiem istnego pandemonium. Z pierwszą bombą wyskoczyli dziennikarze USA Today, którzy poinformowali, że Howard podjął wreszcie decyzję i wybrał ofertę Rockets. Chwilę później Adrian Wojnarowski zacytował słowa agenta koszykarza, według których ten miał jeszcze się wahać, gdyż niełatwo mu było zrezygnować z 30 milionów dolarów więcej oferowanych przez Lakers. Po kilku godzinach otrzymywania wzajemnie wykluczających się informacji z obozu Dwighta, w końcu przeczytaliśmy: - Zdecydowałem, że przechodzę do Houston Rockets, bo czuję, że to aktualnie najlepsze miejsce dla mnie. Dziękuję wszystkim kibicom w Los Angeles i życzę im wszystkiego najlepszego – zatweetował 27-letni koszykarz.


Grając w Lakers Howard mógł zarobić 118 milionów dolarów przez pięć lat, w Houston zainkasuje 88 milionów przez cztery. Zrezygnował więc z części pieniędzy, by wraz z Jamesem Hardenem utworzyć nową siłę na mapie NBA i grać pod wodzą Kevina McHale’a. Jak twierdzą źródła bliskie Howardowi, Dwight nie widział dla siebie perspektyw z trenerem Mike’iem D’Antonim, co miało duży wpływ na jego ostateczną decyzję. – Mam wrażenie, że Rockets mają jeden, wyznaczony kierunek – jest tam wielu młodych zawodników i bardzo dobry trener, który pozwoli mi się odpowiednio rozwinąć. To dlatego podjąłem taką decyzję – argumentuje Dwight. Ale czy rzeczywiście Howard stwierdził, że Rockets dają mu większe szanse na zdobycie mistrzowskiego tytułu od Lakers? Czy naprawdę to było przyczyną jego decyzji? Nie wydaje mi się.


Przez ostatni rok Howard zmierzył się z ogromną presją, z jaką nie miał do czynienia w swojej dotychczasowej karierze. Na własnej skórze przekonał się, co to znaczy grać dla tak utytułowanej drużyny jak Lakers i tak wielkim mieście jak Los Angeles, gdzie co roku oczekuje się od klubu walki o mistrzostwo. W Orlando na przestrzelone dunki, airballe i cegły z linii rzutów osobistych patrzono z przymrużeniem oka. Gra w Mieście Aniołów sprawiała, że były one głównym tematem wieczornych wiadomości sportowych w całej Ameryce.


Howard odczuwał jednak największą presji nie ze strony mediów, a Kobe’ego Bryanta, z którym od początku nie potrafił znaleźć wspólnego języka. Opanowanie, zimna krew i poważne podejście do zawodu 34-letniego weterana spotkało się z fikuśną opaską, uśmiechem od ucha do ucha i humorystyczną osobowością Dwighta. Okazało się, że pięciokrotny mistrz NBA jest dla Howarda zbyt wymagającym partnerem. Na spotkaniu, podczas którego delegacja Lakers przekonywała zawodnika do pozostania w klubie, Kobe miał powiedzieć: - Ktoś musi ci pokazać, jak się to robi. Zostań z nami, a pokażę ci, jak wygrać mistrzostwo. Howard najwyraźniej stwierdził, że nie potrzebuje już żadnych lekcji od lidera Lakers.


Dwight dostał w Los Angeles wszystko. Klub chciał, by to on przejął pałeczkę po Bryancie i został nowym koszykarskim przywódcą złoto-purpurowych. Howard miał nawiązać do poprzednich największych centrów w historii Lakers (Mikan, Abdul-Jabbar, O’Neal) i zbudować tam swoją własną markę. Ich buty okazały się jednak za duże. Dwight zrezygnował z tej drogi, wybierając grę dla mniej wymagającego rynku w Houston. Przestraszył się? A może nie chciał już grać u boku Bryanta? Wymowne zdają się być jego słowa dla serwisu ESPN: - Wydaje mi się, że to nie jest dla mnie odpowiedni czas na to, by grać w LA. Może gdybym trafił tutaj dwa lata wcześniej, albo dopiero za dwa-trzy lata… - zastanawia się Howard. A te trzy lata to właśnie czas, jaki dzieli Bryanta od zakończenia kariery.


Jeszcze większy niesmak budzi zaś sposób, w jaki Howard podejmował ostateczną decyzję. Czy dochodzimy do czasów, w których największe gwiazdy NBA nie potrafią w normalny sposób poinformować opinii publicznej o dokonywanym transferze? Poprzez wahanie się, zmiany zdań i podawanie niepewnych informacji dziennikarzom, Howard zakpił sobie z kibiców i klubów, dla których jego decyzja miała kluczowy wpływ na ich przyszłość (Rockets, Lakers, Mavericks, Hawks, Warriors). Nie tego oczekuje się od gościa, który chce zostać jednym z najlepszych środkowych w historii tej gry.


Być może kiedyś wszyscy krytycy Dwighta Howarda (a w tym także i my) będą musieli ugryźć się w język. Na razie jednak 27-letni center ucieka od stojących przed nim wyzwań i nie potrafi znaleźć swojego miejsca i drużyny, z którą mógłby święcić sukcesy. Czy uda się to w Houston? Rakiety mają teraz silny, młody, dynamiczny zespół i potencjał, by zagrozić San Antonio Spurs w walce o prymat w Teksasie. Pozyskanie Howarda spowodowało jednak jeden problem – dotychczasowy pierwszy środkowy Omer Asik już zdążył wyrazić swoje niezadowolenie. Zawodnik, który poczynił w ubiegłym sezonie wielki postęp, nie zamierza być zmiennikiem dla Dwighta i najprawdopodobniej będzie chciał zmienić klub.


A co odejście Howarda do Houston oznacza dla największych poszkodowanych w całej sytuacji? Los Angeles Lakers stracili zawodnika, na którym opierała się nie tylko nadzieja na zdobycie co najmniej jeszcze jednego pierścienia dla Bryanta, ale także przyszłość całego klubu na następne kilka lat. Skutki tej sytuacji na sytuację Jeziorowców można jednak rozpatrywać dwojako.


Negatywnie w tym sensie, że właściwie już teraz wiadomo, że Lakers mogą spisać następny sezon na straty. Zespół nie ma obecnie środków na to, by pozyskać jakąś gwiazdę, a na rynku wolnych agentów nie ma nazwisk, których pozyskanie przywróciłoby Jeziorowców do walki o mistrzostwo. Kolejne rozgrywki Lakers zaczną bez leczącego się Bryanta, a więc może czekać ich podobnie słaby start, jak jesienią 2012 roku. Czas mija nieubłaganie, a okno Kobe'ego na zdobycie upragnionego, szóstego mistrzowskiego tytułu powoli się zamyka.


Kibice Lakers nie muszą jednak załamywać rąk. Dlaczego? Po pierwsze: to są Lakers. Klub, który i tak w końcu znajdzie kiedyś drogę na szczyt, niezależnie od okoliczności. Po drugie: czy Dwight Howard rzeczywiście był tym kimś, na kim szesnastokrotni mistrzowie NBA mogli oprzeć swoje losy? Ostatni rok pokazał, że nie do końca. I wreszcie po trzecie: Jeziorowcy zaoszczędzą około 80 milionów, jakie musieliby wydać na podatek od luksusu. Po raz pierwszy od wielu lat rodzina Bussów będzie mogła mówić o zaoszczędzeniu części pieniędzy. A już latem 2014 roku Lakers będą mogli zacząć wielkie kupowanie. Wtedy to kontrakty skończą się wszystkim zawodnikom drużyny (z wyjątkiem Steve’a Nasha), a na rynku wolnych agentów mogą być takie nazwiska jak LeBron James, Carmelo Anthony, Dwyane Wade, Chris Bosh, Zach Randolph czy Rudy Gay. Wygląda więc na to, że władze Lakers unikną teraz gwałtownych ruchów po to, by przeczekać następny sezon i całkowicie przebudować drużynę w przyszłym roku.
 

Za to my już nie możemy się doczekać bezpośrednich starć Lakers i Rockets w sezonie regularnym. Znając życie, termin pierwszego z nich NBA ustali na Boże Narodzenie. A jak na całą sprawę zareagował Kobe Bryant? Wstawił na Instagramie swoje zdjęcie z Pau Gasolem, opatrzył go kilkoma hashtagami (#vamosjuntos #lakercorazon #vino) i... przestał śledzić Dwighta Howarda na Twitterze.

Kategoria: Koszykówka
Komentarze (0)