Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Moto Nowa liga Vettela

Nowa liga Vettela

Moto | 24 września 2013 17:55 | Michał Kozera

fot. Pirelli

Sebastian Vettel udowodnił w Singapurze, że on i jego Red Bull nie ścigają się w Formule 1, a w lidze, która jest o niejeden krok przed resztą stawki. Na nieszczęście dla Niemca, jego liga jest wyjątkowo nudna i przewidywalna, a kibiców nieszczególnie cieszy jego obecność na tych samych zawodach, na których ściga się 21 innych bolidów. Gwizdy podczas dekoracji, choć niesprawiedliwe, to nikogo już nie dziwią.


Na palcach zliczyć mogę fanów i kibiców Sebastiana Vettela. Ci w swoich gustach mogliby nazywać się hipsterami Formuły 1, bowiem miażdżąca przewaga kibiców zmian na najwyższym stopniu podium ciągle rośnie, lecz niestety wraz z nimi rośnie szansa, że to właśnie trzykrotny mistrz świata kolejny wyścig wygra.


GP Singapuru uchodzi za wyścig trudny, długi, wymagający zarówno od kierowców, jak i od bolidu. Uliczna pętla przywodziła na myśl wyścigi w Monako czy na Hungaroringu, gdzie skutecznie o zwycięstwo walczyły Mercedesy, które i teraz zapowiadały skopanie tyłków austriacko-niemieckiemu dominatorowi. Jak pokazał wyścig – szans na to nie było najmniejszych, bo poza świetnym startem Rosberga, Srebrne Strzały nie pokazały nic. W zasadzie takie stwierdzenie jest niesamowicie krzywdzące, bo ciężko już wymagać i złościć się czy to na Ferrari, Lotusa lub właśnie Mercedesa za tempo nie pozwalające na walkę o zwycięstwa. Na to nie ma już praktycznie szans. Praktycznie, bo po tak nudnym i przeprowadzonym w dominującym stylu zwycięstwie Vettela nikt już raczej nie wierzy, że jest realna szansa na pokonanie tego imponującego duetu człowieka i maszyny. Teoria natomiast niczego nie wyklucza, bo mamy w zanadrzu takie sytuacje jak awarie, błędy, wypadki czy czynniki pogodowe.


Zauważcie, co by się działo, gdyby wyścig potoczył się swoim torem, ale bez tego jednego, fioletowego bolidu gdzieś tam hen, na pół długości okrążenia przed Alonso. Hiszpan jechałby po zwycięstwo, ale z przewagą już znacznie mniejszą i na dodatek kto wie – może wówczas decyzje podjęte zostałyby zupełnie inaczej. Bo o ile Grand Prix było ogólnie nudne, o tyle końcówka wyścigu zapewniła nam nie lada emocje. Raikkonen pokonał Buttona, który zaczął sukcesywnie tracić pozycje, czwarty odnalazł się Rosberg, a to wszystko i wiele więcej zapewniła nam neutralizacja. Ileż więcej emocji odczuwalibyśmy oglądając te walki, gdyby nieświadomość, że kwestia zwycięstwa jest ustawiona od zgaśnięcia świateł na starcie?


Warto też zwrócić uwagę, że ta fajna prawidłowość dominatora dotyczy tylko bolidu z numerem 1. Ciężko zarzucać słabsze osiągi Webberowi, podczas gdy ten musi zmieniać biegi wcześniej a ostatnie okrążenie kończyć w połowie, gasząc bolid. Jeżeli Red Bull potrafi przygotować tak perfekcyjnie wymuskany, gotowy i bezawaryjny jeden bolid, to dlaczego, do diaska, nie może zrobić tak z drugim?


Przecież – każdy jest tego świadom – Webber ma non stop coś popsute. Jak nie KERS, to skrzynia, silnik, DRS. Przecież mechanicy Australijczyka dawno powinni polecieć na twarz z Red Bulla, a Kangurowi należałaby się uwaga większa niż Vettelowi, który przecież nie musi jechać nawet na 100%.


Ach tak, naturalnie. Kierowca numer 2. Przyszły emeryt.


O Vettelu, który nawet na taką dominację nie musi pracować w pocie czoła, mówią już i kierowcy. Lewis Hamilton przyznał, że Seb nie sprawiał wrażenia, jakby jechał na limicie. To nie była ucieczka przed resztą stawki i 61 okrążeń jazdy na 100% osiągów. Vettel nie musiał tego robić, bo bolid pozwalał mu zachować limit wystarczająco duży, by jechać i z właściwym tempem, i bez specjalnego stresu. Widać to było, gdy na jednym okrążeniu Vettel zrobił czas o 3 sekundy lepszy od Alonso. Niemiec miał świeże opony i zapewne chciał dać sygnał Andrei Stelli, że nakazywanie jego podopiecznemu pogoni za nim mija się z celem. W ten sposób mógł spokojnie dowieźć do mety zwycięstwo wraz z najlepszym czasem.


A na podium posłuchać niezadowolenia kibiców.

 

P.S. – Jest wtorek, a od wyścigu minęły dwa dni. Wypadałoby dzielić się przemyśleniami po wyścigu na świeżo lub przynajmniej w poniedziałek, jednak poziom emocji i rozrywkowości GP Singapuru pozostawił dość wyraźną pustkę w mojej głowie. Co tu poradzić – było naprawdę nudno. Ale… całą winę zrzucę na Seba ;)

Kategoria: Moto
Komentarze (0)