Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Moto GP Kanady: Wyścig jak żaden inny

GP Kanady: Wyścig jak żaden inny

Moto | 09 czerwca 2014 21:29 | Michał Kozera
Jest park, są bolidy - mamy więc park maszyn. Ewentualnie skład złomu.
fot. Pirelli
Jest park, są bolidy - mamy więc park maszyn. Ewentualnie skład złomu.

W momencie gdy moja niechęć do wydarzeń na torze sięgała już zenitu (a może bardziej dna), Formuła 1 postanowiła agresywnie przypomnieć, że to sport stworzony do bycia atrakcyjnym. I choć o tych założeniach niemal wszyscy powoli zapomnieli, w niedzielę widzieliśmy kawał dobrego ścigania się. W zasadzie – wszystko, co charakteryzuje dobre GP.

 

Zapowiadało się fatalnie
Już sobota pokazała, że niedzielny wyścig może podzielić fatalny scenariusz reszty sezonu. Renault zapowiadało nadrobienie braków względem do silników Mercedesa, nie zmieniło się jednak nic. Największe szanse na pokazanie pełnego potencjału francuskich motorów miały bolidy Red Bulla, te jednak zostały totalnie zdeklasowane. Szansę na świetny wynik miały natomiast Williamsy, które będąc napędzane Mercedesem mogły pozwolić sobie na wiele więcej na prostych odcinkach, jednak to Sebastian Vettel zachował miejsce „best of the rest”, a Bottas okazał się lepszy od Massy. Fatalnie – czyli jak zawsze źle i z biegiem czasu coraz gorzej – pokazały się Ferrari. 7. i 10. miejsce. Szkoda słów. Ciekawym smaczkiem było natomiast zwycięstwo Rosberga nad Hamiltonem – już bez udziału żółtych flag.

 

Bombowy początek
Zawrzało na dzień dobry! Dużo lepiej wystartował Lewis Hamilton i próbował w T1 od zewnętrznej objechać Rosberga, ten jednak wywiózł go dość mocno i Brytyjczyk musiał się ratować wizytą na poboczu oraz spadkiem na 3. miejsce. Bardzo ciekaw byłem, czy usłyszymy nagranie rozmów, gdzie Lewis skarży się na swojego już-nie-kolegę. O dziwo, obyło się.


Brakowało nam kraks? Po Monako przyszła kolej na drugi uliczny tor w kalendarzu, który nie zawiódł. W sekwencji zakrętów 3-4 zderzyli się kierowcy Marussi. Ciężko powiedzieć czyj był to błąd, jednak efektem zderzenia był duży dzwon oraz… pierwszy nieukończony wyścig Chiltona w historii jego startów w F1. Szkoda, że tak świetna seria została zakończona, bez względu na to, że nawet cofający bolid Bianchiego bywał szybszy niż pojazd Chiltona i ten drugi dostał karę po wyścigu, stając się oficjalnym winnym zdarzenia.

 

„Bianchi pomógł Ci nie tylko z oponami, ale też hamulcami i paliwem."
Takie słowa skierowane w stronę zawodników Mercedesa nie tylko sugerowały (jak się okazuje dość mylnie) winowajcę incydentu, ale też dawały ogrom nadziei na prawdziwe, nielimitowane (lub limitowane trochę lżej) ściganie. Kilka okrążeń spędzonych za Safety Carem pozwoliło na mniejsze zużycie hamulców oraz opon, a limit paliwa na godzinę był napoczęty o wiele mniej. I dobrze – na czele wciąż był Rosberg, jednak za Vettelem czaił się bez wątpienia gotujący się Hamilton, który wiedział, że nie tylko ma bolid szybszy na prostych o tyle, by pewnie łyknąć Red Bulla, ale również aspirował do zyskania pierwszej pozycji, chcąc pokazać Rosbergowi kto jest lepszy. Niestety, to co Lewis zyskał dzięki Safety Carem, stracił co do joty w walce.

 

Przełamanie
Wreszcie, stało się! Po sześciu GP w sezonie, po pięciu wyścigach dominacji Mercedesa i, w zasadzie, znów sześciu wyścigach utrzymanych z dala od naszego obrazu idealnego widowiska, nadszedł moment, gdy zaczęło się dziać to, czego tak mocno wyczekiwaliśmy. Kłopoty liderów.

 

Za pierwsze symptomy nadchodzącego widowiska winnym okazała się być jednostka kontrolująca pracę jednostki napędowej. Jej awaria dotknęła w tym samym momencie oba bolidy, które tym samym bezpowrotnie straciły ERS. Nie dało się już zrestartować systemu i odzyskać dodatkowych 160KM niezbędnych na torze o tak długich prostych. Potem jednak czarne chmury zaczęły coraz intensywniej zbierać się nad głowami kierowców Mercedesów. Problemy z hamulcami w przeciągu zaledwie kilku okrążeń zmusiły liderów mistrzostw do jazdy bardziej asekuracyjnej, „byle do mety”.

 

W najgorszej sytuacji znalazł się Hamilton. Musiał użyć 110% możliwości swoich i bolidu by objechać Vettela i zbliżyć się do Rosberga. To kosztowało go większe zużycie, a jazda w tunelach aero obu kierowców zaczęła prowadzić do postępowania awarii. Niestety – tunel aero nie jest różą bez kolców – zmniejszony opór powietrza „rozbijanego” przez poprzedzający bolid powoduje wypełnienie luki w dużej mierze spalinami i powietrzem opływającym rozgrzaną maszynę. Brak „czystej” strugi powietrza dość mocno działa na chłodzenie – o czym przekonał się Hamilton. Pościg skończył się dla niego awarią hamulców, Rosberga zaś uratowała przede wszystkim pozycja lidera, chociaż… nie tylko.

 

Na skróty
Nico do tego czasu moment grozy, gdy przed ostatnią szykaną do wyprzedzania podchodził jego zespołowy kolega. Hamilton zdążył na dohamowaniu znaleźć miejsce obok drugiego z Mercedesów, jednak w szykanie ciężko zmieścić dwa bolidy, stąd Rosberg ratował się jej ścięciem. Przy okazji zyskał ok. sekundy, co pozwoliło mu pozostać na pozycji lidera i delikatnie odjechać Hamiltonowi. Ten zaś kilka okrążeń później zrobił ponownie, jednak tym razem zwolnił i poczekał, oddając pozycję zyskaną na ścięciu.

 

Jak na to wszystko spojrzeli sędziowie? Rosberg został upomniany za pośrednictwem swojego pitwall, otrzymując pierwsze i ostatnie ostrzeżenie. Prawdopodobnie po części tyczyło się to całego zespołu, dlatego gdy Hamilton zrobił to samo, zdecydował się nie ryzykować. Gdyby jednak Rosberg nie ściął szykany, to on mógłby być tym, który odpadł z GP. Gdyby Hamilton nie oddał pozycji, mógł do końca dojechać.

 

Inną sprawą jest, że w momencie obu incydentów Hamilton miał już za sobą ciężki dla bolidu okres, gdy gonił Vettela i Rosberga. Kto wie, czy już wtedy nie był skazany na DNF, dlatego gdyby jeszcze Rosberg znalazł się za nim, mogliby nie ukończyć obaj. Czy zatem lepiej, że chociaż jeden z bolidów Mercedesa ukończył GP?

 

Takich finiszów nam potrzeba
Działo się pod koniec co niemiara! Rosberg bronił się jak mógł przed atakami Sergio Pereza i Daniela Ricciardo, którego gonić próbował też Vettel. Ledwie przejechała ta czwórka, niemal od razu pojawiała się kolejna. Co ciekawe, gdy ujrzycie poniższe zdjęcie z transmisji, wśród ośmiu kierowców nie widać Jensona Buttona. Skąd on się wziął na 4 miejscu? Jego świetny pościg pozostał w cieniu walki o zwycięstwo. Tam emocji było nareszcie tyle, ile potrzeba. Nico Rosberg mimo, że nie miał dodatkowych 10km/h na prostej, nadal pewnie mógł bronić się przed Perezem tym bardziej, że kierowca jadący wyścig życia zaczynał mieć problemy z hamulcami (i znów jazda w tunelu). W końcu do pracy wziął się Massa, który wyłamał się z drugiej czwórki i szybko dogonił walczących o zwycięstwo. Przed nim było około 6 okrążeń w ciągu których musiał wyprzedzić 4 bolidy i patrząc na jego tempo, było to wykonalne.

 

 

Niestety, Felipe po dojeździe do reszty się nieco spalił. Najpierw zepsuł nawrót i wyjście na prostą, przez co musiał nadrabiać stracone ułamki sekund, zamiast już wyprzedzać. Stracone okrążenie (bo jadącego przed nim Vettela nie sposób było wyprzedzić inaczej, niż na prostej) zamieniło się w kolejne i znów w następne, a Felipe do końca wyścigu nie zyskał już pozycji.

 

Problemy dopadły na dobre Pereza. Meksykanin odpuścił gonitwę za Rosbergiem, szukając czystego powietrza z dala od Mercedesa przed nim. Na dohamowaniach również prowadził się lżej, co zaczęły wykorzystywać Red Bulle, wyprzedzając go jeden po drugim.

 

Po trupach do mety
Kulminacyjny moment przyszedł na koniec. Emocje rosły stopniowo, nieuchronnie zmierzając ku końcówce wyścigu. Już przez chwilę myślałem, że GP Kanady wygra Rosberg mimo problemów, a na tablicy wyników znów ujrzymy Mercedesa. To by był niedosyt. Na szczęście sprawy w swoje ręce wziął Ricciardo. Gdy Checo nie był w stanie obronić swojej pozycji, Daniel wykorzystał to jak najszybciej i pognał w pogoń za liderem. Warto było i już wkrótce kierowca Red Bulla, stanowiący wyjątek od reguły znienawidzenia austriackiego zespołu, objął pewne prowadzenie.

 

Kawałek dalej działo się jeszcze więcej. Na przedostatnim kółku Vettel poradził sobie z Perezem i również mógł już odjechać, a do Meksykanina dojechał mógłbym-wreszcie-coś-wyprzedzić Massa. Brazylijczyk był już na ogonie rywala po ostatniej szykanie i w myśl problemów bolidu Force India nie chciał tracić czasu i zaatakować już w T1. Jak się to skończyło – wiecie doskonale – ogromny dzwon, oba bolidy na bandzie i po raz kolejny już niesamowite szczęście Vettela, którego oba sunące wraki ominęły. Natychmiastowa żółta flaga i Safety Car zakończyły rywalizację nieco przed czasem, ale tego już nie żałuje nikt.

 

Wina Pereza!
W internecie zawrzała burza, w której gromy ciskali sympatycy Massy i Pereza. Nie było jasne, kto zawinił w tej sytuacji. Na pierwszy rzut oka spalił się Felipe, który nie wziął pod uwagę słabszych hamulców rywala i zbyt mocno opóźnił hamowanie, jednak już chwilę po wypadku SkySports rzuciło nieco światła na sprawę pokazując, że wina może leżeć po stronie uderzonego. Potwierdziła to decyzja sędziów, nagradzająca Pereza karą przesunięcia o 5 miejsc na starcie GP Austrii. Skąd decyzja taka a nie inna? Wszystko rozwiewa szczegółowa analiza, którą zobaczyć możecie na obrazku poniżej.

 

 

W skrócie: kluczem w całej sprawie jest linia jazdy Vettela, który ustawił się do zakrętu prawidłowo. Pierwotnie tak samo zmierzał Perez, a Massa jechał bliżej środka jezdni, chcąc zaatakować Meksykanina. Ten jednak w pewnym momencie odbił od krawędzi toru w kierunku środka – być może chcąc pokazać się w lusterkach Vettelowi. Sam jednak nie sprawdził swoich, w związku z czym nie zauważył Massy już atakującego go, zajeżdżając mu tym samym drogę. Brazylijczyk nie mógł wiele zrobić.

 

Magiczna Kanada
Tor pod Montrealem znów okazał się sprawcą ogromnych emocji. To tutaj wygrywał po praz pierwszy nie tylko Robert Kubica, ale też Lewis Hamilton. To ogromny wypadek miał Robert Kubica (spowodowany w podobny sposób co niedzielna kolizja na koniec) dzięki czemu w USA szansę dostał Sebastian Vettel. To tutaj pierwsze zwycięstwo odniósł Daniel Ricciardo, znów pokazując wyższość nad zespołowym kolegą. Vettel zresztą pokazał klasę na podium, w krótkiej wypowiedzi dając do zrozumienia, że w zespole panują dobre relacje i przykład z niego może brać Lewis Hamilton. Zaskoczył Button, który nagle, znikąd pojawił się 11s za zwycięzcą, na czwartym miejscu. Prawdziwym bohaterem jest jednak tutaj Rosberg – gdy pojawiły się problemy i odpadł już Lewis Hamilton, Niemiec usłyszał „jedź dalej Nico, nawet P3 jest w zasięgu”. Udało się zachować drugie pole.

 

Mam nadzieję, że to nie koniec emocji w Formule 1. Walka do końca, awarie, wypadki – zobaczyliśmy wszystko to, czego wymagamy od F1. Przed nami GP Austrii i liczę na to, że będzie to udany powrót na ten świetny tor. Chciałbym też dalej pisać po każdym wyścigu – do tej pory bowiem nie potrafiłem znaleźć i odtworzyć wartych uwagi wspomnień z tego, co zobaczyłem. W niedzielę się to wreszcie udało! Oby tak dalej, F1!

Kategoria: Moto
Komentarze (0)