Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Moto Jednego zakrętu historia…

Jednego zakrętu historia…

Moto | 30 sierpnia 2014 01:44 | Mateusz Ziubiński
Nico Robserg nie należy do najgrzeczniejszych kierowców.
fot. Facebook
Nico Robserg nie należy do najgrzeczniejszych kierowców.

Kiedy emocje już opadły, a sporo osób nawet już o nich zapomniało, warto na spokojnie przyjrzeć się niesamowitym wydarzeniom, które miały miejsce w zakręcie Les Combes zeszłej niedzieli. Naturalnie chodzi o kolizję pomiędzy duetem aktualnie najlepszego zespołu F1, w wyniku której: Nico Rosberg został wygwizdany podczas dekoracji zwycięzców, Lewis Hamilton przez ponad godzinę prosił zespół o możliwość wycofania się z wyścigu, Mercedes stracił bardzo prawdopodobny dublet, a Toto Wolf otrzymał twardy orzech do zgryzienia…


Sama kolizja była bardzo niewinna, jednak jej skutki mogą totalnie odmienić przebieg tego sezonu. Od startu w Australii byliśmy świadkami następującej tendencji: Nico Rosberg wiedział o tym, że jest po prostu słabszy od Hamiltona i jego jedyną przewagą jest zimniejsza głowa i wykorzystywanie do perfekcji wszelkich nadarzających się okazji. Hamilton natomiast często miał problemy z bolidem, jednak gdy wszystko szło dobrze nie zostawiał swojemu koledze z ekipy złudzeń, co do tego, kto w tym teamie jest lepszy. W początkowej fazie sezonu imponowała mi perfekcja Rosberga i to, w jaki sposób znajdował obszary, w których może doskoczyć do swojego kolegi z ekipy. Dzięki temu i problemom Hamiltona, Nico z mniejszą lub większą przewagą utrzymywał się na pozycji lidera klasyfikacji generalnej. Stosunkowo chwiejny emocjonalnie Lewis próbował na Nico gierek psychologicznych, jednak Niemiec nie wyglądał na wzruszonego tymi działaniami. Sam natomiast zapoczątkował swoją anty-hamiltonowską kampanię w Monako, gdzie to po „błędzie” uniemożliwił Lewisowi poprawienie czasu w kwalifikacjach, czym ułatwił sobie wygraną w wyścigu. Tamto zagranie zostało całkiem skutecznie zatuszowane, ale sporo osób wciąż twierdziło (i nadal twierdzi), że przestrzelenie punktu hamowania na dojeździe do Mirabeau wyglądało na tyle dziwnie, że nie można było mówić tutaj o przypadkowości. Po tym weekendzie temperatura powoli zaczynała rosnąć. Coraz częściej powracały wątki o przyjaźni między naszymi bohaterami, przeplatające się z informacjami o narastającym konflikcie między nimi. Chyba największym problemem w tej sytuacji była postawa zespołu, który twardo trzymał się przy opcji utrzymywania dwóch kierowców numer jeden w składzie…


W trakcie kolejnych Grand Prix odnotowywaliśmy kapitalne wyścigi Lewisa po startach ze środka lub końca stawki (wynikających z awarii bolidu w czasówkach), trochę problemów w jednym lub obu bolidach (awaria obu bolidów w Kanadzie, nieukończony wyścig Nico na Silverstone, późniejsze awarie u Hamiltona (właśnie w kwalifikacjach do GP Niemiec i Węgier), a w przypadku Nico można było zaobserwować stopniowo rozwijające się zgubienie koncentracji i tej perfekcji, którą błyszczał na początku sezonu. Rosberg po prostu zaczął „puchnąć”, co było widać chociażby w trakcie GP Węgier, gdzie po starcie z Pole Position (pomijając oczywiście warunki na torze i karuzelę, jaką one nam serwowały) ukończył wyścig za Lewisem, który to startował z końca stawki. GP Węgier było także ciekawe dla rywalizacji tej dwójki ze względu na coś dziwnego, co wydarzyło się za pośrednictwem kierownictwa zespołu. W pewnym momencie wyścigu Hamilton dostał polecenie przepuszczenia Rosberga, co miało ponoć pomóc w uzyskaniu większej liczby punktów przez zespół. Hamilton odmówił wykonania polecenia (co powinno być jego sporym przewinieniem w świetle jazdy zespołowej), jednak później zespół można powiedzieć, że nawet przepraszał za takie polecenia i usprawiedliwiał się panującym na torze ogólnym chaosem. Sytuacja była bardzo dziwna, jednak nie wiem, czy przypadkiem to ona mocno nie wpłynęła na późniejsze wydarzenia ze SPA.


Wyścig o GP Belgii był bardzo długo wyczekiwany, bo odbywał się dopiero po wakacyjnej przerwie, od początku weekendu wszyscy emocjonowali się jazdą po tym cudownym torze oraz liczyli na to, że inne ekipy (szczególnie Williams) będą mogły zaskoczyć Mercedesa i w końcu go złapać. Kwalifikacje jednak szybko rozwiały wątpliwości, kiedy to w mokrych warunkach kierowcy teamu z Brackley odstawili trzeciego Sebastiana Vettela na, bagatela, dwie sekundy… Wyścig miał być formalnością dla zespołu. Zdobycie 43 punktów znacznie zbliżyłoby stajnię do tytułu mistrzowskiego w klasyfikacji konstruktorów. Stało się jednak inaczej.


Dobro zespołu zostało przyćmione przez walkę pomiędzy kierowcami. Nico Rosberg zaliczył stosunkowo słaby start i dał się objechać zarówno Lewisowi, jak i Sebastianowi Vettelowi (który zaraz potem szybko wrócił na swoje miejsce w szeregu, po żałośnie przeprowadzonym ataku na lidera…). Nico nie dał sobie w kaszę dmuchać i już na drugim kółku, prezentując ponoć dużo lepsze tempo od prowadzącego Hamiltona przypuścił na niego mocno optymistyczny atak od zewnętrznej na wejściu w sekcję Les Combes. Atak od razu był z kategorii tak zwanych „straszaków”, jednak to co wydarzyło się chwilę potem było zaskakujące. Nico znajdując się z tyłu za Lewisem nie próbował szukać jak najlepszej nitki przejazdu przez nadchodzące zakręty celem ataku np. w zakręcie Rivage. Zamiast tego postanowił wciskać się Hamiltonowi pod łokieć w następnym zakręcie, czego Hamilton nawet nie próbował przewidzieć i sądząc, że atak na jego osobę się skończył po wejściu w prawy zakręt, lewy zakręt zaczął pokonywać idealną linią jazdy. Właśnie w tamtym miejscu bolidy naszych bohaterów spotkały się… Nico stracił stosunkowo pokaźną porcję lotek z przedniego skrzydła, Lewis natomiast stracił powietrze z lewego tylnego koła. Jakie były dalsze losy tego wyścigu – wszyscy wiemy.


Trudno natomiast jednoznacznie stwierdzić, co działo się w głowie Nico w momencie, kiedy w zasadzie z premedytacją zderzył się z kolegą z ekipy. Skarżący się prasie Hamilton przyznał, że na zamkniętym spotkaniu zespołu po wyścigu Nico powiedział, iż doprowadził do kolizji „aby coś udowodnić”. Co? Według mnie to, że należy się z nim liczyć. Na Węgrzech Hamilton go nie puścił, a we wcześniejszych gierkach psychologicznych przedstawiał go jako zawsze słabszego zawodnika. Rosberg pękł do końca, a z jego perfekcji i zimnej krwi niewiele już zostało. Dlatego teraz chciał udowodnić, że nie można nim pomiatać, a sposób, w jaki spróbował tego dokonać był bardzo radykalny.


Wszyscy zastanawiali się, co teraz będzie. Jakie działania zostaną podjęte przez zespół, któremu to najbardziej zależy, aby jego kierowcy nie odbierali sobie wzajemnie punktów. Parę dni po wyścigu doszło do spotkania „za zamkniętymi drzwiami”, w którym to uczestniczyli Toto Wolff, Paddy Lowe oraz oczywiście główni bohaterowie zamieszania. Po zapewne bardzo interesującej pogawędce strony doszły do następujących wniosków:

1) winę za incydent ponosi Nico,
2) Nico przyznaje się do winy i okazuje skruchę,
3) zespół nie pójdzie drogą wprowadzenia Team Orders (kierowcy dalej będą mogli ze sobą walczyć),
4) Lewis Hamilton i Nico Rosberg przybili piątkę na zgodę i znów są przyjaciółmi.


Efekty tego spotkania wyglądają trochę jak wizyta dwóch kolegów po bójce u Pani Wychowawczyni, po której to chcieli, czy nie, muszą za rączkę wrócić do klasy, jednak nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co tak naprawdę wydarzyło się w siedzibie Mercedesa i jakie decyzje tam zapadły. Nie możemy przewidzieć, czy incydent z niedzielnego popołudnia był punktem kulminacyjnym rywalizacji pomiędzy tymi zawodnikami, czy punkt kulminacyjny batalii dopiero przed nami… Prawdopodobnym jest, że zespół po cichutku będzie starał się ograniczać momenty, w których kierowcy będą ścigali się koło w koło, na przykład wpływając na ich wyścigowe strategie. W ten sposób polecenia zespołowe nie będą tak mocno kłuły w oko, a swoje cele będą osiągać. Prędzej, czy później jednak wulkan znowu wybuchnie, a nam pozostaje czekać, kiedy to nastąpi. Może już na Monzie?

Kategoria: Moto
Komentarze (0)