Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Moto Gdy statek zaczyna tonąć...

Gdy statek zaczyna tonąć...

Moto | 14 listopada 2014 14:25 | Mateusz Ziubiński
Co tym razem wymyśli FIA, by (nie)ratować F1?
fot. Flickr
Co tym razem wymyśli FIA, by (nie)ratować F1?

Nie trzeba być za bardzo obeznanym w temacie, aby być w stanie odnieść wrażenie, że w F1 dzieje się źle. Od początku wielkich zmian po sezonie 2008 większość ważnych dla F1 wskaźników zaczęła wędrować ku dołowi. What’s happened?

 

Kilka lat temu nad świat nadciągnął tajemniczo brzmiący kryzys gospodarczy. Dla zwykłego człowieka był on praktycznie nieodczuwalny, jednak dla ogromnych firm i korporacji oznaczał nieprzerwane palpitacje serca. Musiał on odbić się także w jakiś sposób na F1, która jak wiemy jest zasilana przez niebotyczne sumy pieniędzy. No i się odbił. Kiedy włodarze serii przestraszyli się groźby kataklizmu zaczęli nieporadnie działać. Zaczęto zmieniać przepisy, nakładać nowe obostrzenia regulaminu. Wydawać się mogło, że decyzje o kolejnych zmianach były podejmowane chaotycznie i w znacznym stopniu bez większego sensu.


Wynikiem efektu kryzysowego bolidy straciły swoje kosmiczne kształty, zespoły straciły możliwość testowania w trakcie sezonu, a nawet próbowano nałożyć odgórne limity budżetowe dla ekip. Niestety nie pomyślano nad tym, że zmieniany regulamin u samych podstaw jest zbyt niejasny, aby mógł się sprawdzać. Ogromna liczba luk i wysoka nieprecyzyjność konkretnych przepisów (powstała za czasów Maxa Mosleya) pozwoliła w 2009 roku wymyślić Brawnowi wielopoziomowy dyfuzor, w 2010 roku McLarenowi kanał F, sezon 2011 został zdominowany przez dmuchane dyfuzory przez spaliny, a w 2012 roku mimo zakazu wykorzystywania spalin w okolicach dyfuzora, dalej dyfuzory były dmuchane przy wykorzystaniu słynnego efektu Coanda. W między czasie FIA zastanawiała się, czy projektowany przez Lotusa system balansowania hamulców jest legalny, czy nie. Gdy ekipa miała go już wprowadzić, jednak zdecydowano się go im zakazać. O bezradności Federacji świadczy fakt, że wszystkie wymienione przeze mnie wynalazki były zakazywane najczęściej w trakcie trwania sezonu. A wiadomym jest, że zespoły w trakcie projektowania nowych ulepszeń stale kontaktują się z FIA upewniając się, że ich rozwiązania są legalne. Niestety jak widać wszystko jest legalne tylko do czasu.

 

Jednak zmiany w regulaminie to nie tylko zakazy. Są też mniej lub bardziej dziwne pomysły. Na tej zasadzie w 2009 roku mieliśmy pierwszą wzmiankę o hybrydowej przyszłości F1 (wdrożenie systemu KERS), w 2010 roku zakazanie tankowania w trakcie wyścigu, w 2011 roku ułatwiający wyprzedzanie system DRS. W ramach prób poprawiania bezpieczeństwa na torze, w sezonie 2012 nakazano ekipom obniżyć nosy w bolidach. Niestety przepisy nie określiły kilku spraw (a w zasadzie określiły wymaganą maksymalną wysokość nosa w dwóch miejscach w osi wzdłużnej bolidu) i większość ekip wykonała schodkowe przejścia w swoich bolidach. W 2013 roku próbując ratować sytuację dopuszczono drobne operacje plastyczne polegające na zakryciu szpetnych schodków poprzez specjalne pokrywy.

 

Wszystko to jednak to była tylko przygrywka do zmian na sezon 2014. Wymyślono, żeby zmienić mocno przestarzałe technologicznie silniki. W pierwszych planach była mowa o… cztero cylindrowych jednostkach 1.4 litra! Ostatecznie stanęło na jednostkach V6 1.6, oczywiście z turbo doładowaniem. Do tych silników dorzucony został mocny system hybrydowy ERS i kilka innych skomplikowanych w rozszyfrowaniu skrótów. Zmniejszono także maksymalne dopuszczalne obroty silnika do 15 000 obr/min. Okazało się jednak, że przepis ten jest niepotrzebny, bo wymyślono inny, dużo bardziej tragiczny.

 

Nowa Formuła 1 miała stać się… ekonomiczna! To sformułowanie brzmi co najmniej śmiesznie w zestawieniu ze słowem motorsport, ale jednak. Ekonomiczność formuły polegać miała na niskim zużyciu paliwa (określonym przez maksymalny godzinowy przepływ paliwa przez przepływomierz) oraz wysoką żywotnością elementów układu napędowego. W ten sposób, żeby wszystko to było osiągalne, producenci jednostek napędowych zmaksymalizowali ich osiągi przy zabójczych 12 000 obr/min, a ściganie teraz polega na odpowiednim zarządzaniu zużyciem paliwa i jednostki napędowej (zużycie opon będące hitem ostatnich lat w ten sposób odeszło w cień).
Niestety na przestrzeni ostatnich lat, wraz ze spadkiem zużycia paliwa, jednostek napędowych i oszczędzonym dzięki temu wielu lodowcom na biegunie północnym, spadać zaczęła także oglądalność i popularność Formuły 1. Prawdopodobnie mocno przyczynił się do tego Red Bull, który poprzez dostarczanie Sebastianowi Vettelowi nieporównywalnie do innych szybkiego bolidu przyczynił się do czteroletniego monopolu Niemca w Mistrzostwach. Wiadomym jest, że największe emocje związane z wyścigami to walka kierowców o wygraną. A gdy zwycięzca jest praktycznie wyłoniony już przed startem wyścigu… to po co ten wyścig oglądać?

 

Okręt ochrzczony imieniem Formuła 1 tonie. Przestraszeni kryzysem włodarze sami zaczęli osłabiać burty poprzez coraz to dziwniejsze restrykcje. Gdy odkryli, że może to być za sprawą Red Bulla, starali się ich osłabiać poprzez coraz to większe obostrzenia w zakresie aerodynamiki i blokowanie ich rewolucyjnych rozwiązań, jak na przykład dmuchane dyfuzory (w sprawie których równych sobie Red Bull nie miał, a nikt inny nie umiał tej broni tak wykorzystać jak właśnie Sebastian Vettel). Ponoć największe zmiany w całej historii Formuły 1, które zostały wdrożone wraz ze startem tego sezonu wiele chyba nie pomogły.

 

Niewielu potrafi zrozumieć fakt, że człowiek, który zbudował wielką potęgę komercyjnej F1, teraz jest prawdopodobnie głównym sprawcą uderzenia statku w górę lodową. Bernie Ecclestone w jednym ręku trzyma cały formułowy świat. Niestety wydaje się on być zaślepiony poprzez pieniądze i tylko one w tym całym biznesie go interesują. Sport zszedł na drugi plan już jakiś czas temu. Niebotyczne haracze ściągane od właścicieli torów za zorganizowanie GP przekładają się na ogromne ceny biletów dla kibiców (którzy dodatkowo są niezadowoleni z niskodecybelowych wyścigówek). Zespoły ponoszą gigantyczne koszty związane ze startami, a dostają nieporównywalnie niską działkę w zyskach z transmisji i organizacji wyścigów.

 

Już teraz powstają nowe dziwne pomysły, mające na celu ratować F1. W związku z bankructwem dwóch kulejących od samego początku zespołów, Pan Ecclestone zaproponował, aby dopuścić do F1 ekipy GP2 z ulepszonymi silnikami (byłoby to tzw. Super GP2). To byłoby dosyć ryzykowne posunięcie, bo jest wysoko prawdopodobne, że takie bolidy byłyby dużo szybsze od np. tegorocznej konstrukcji Saubera (bo przecież w tym sezonie kilkukrotnie zdarzało już się, że bolidy GP2 są szybsze od najwolniejszych bolidów F1). Inny pomysł to ponowny powrót do silników V8 (najbardziej durny, jaki usłyszałem).

 

Wiadomo, że tonący brzytwy się chwyta. Nie wiem jaka najbliższa przyszłość czeka nas i królową sportów motorowych. Trzeba łudzić się nadzieją, że kiedyś pieniądze odejdą na drugi plan i znowu zdarzy się tak, że wygra sport i prawdziwa rywalizacja. Wygra prawdziwy sens wyścigów, czyli wykrzesanie ostatnich potów z konstrukcji bez ograniczenia zużycia elementów i płynów eksploatacyjnych. Wrócą czasy żyłowanych do limitów silników przez półtorej godziny rywalizacji w niedzielę. Wrócą czasy, gdy opony będą wytrzymywały jazdę na limicie przez więcej niż jedno okrążenie pomiarowe. Wrócą czasy, gdy z przystosowania bardziej do wyścigów długodystansowych, F1 znów stanie się niepodważalnie najszybszą serią na świecie. Przewrót musi kiedyś nadejść. Musimy żyć nadzieją, że do tej pory statek utrzyma się jeszcze na wodzie.

 

Subiektywny i zaniepokojony,
Mateusz Ziubiński

@Ziubson

twitter.com/Ziubson


Zobacz również
Ferrari przyszłość nieciekawa...
12-lis-2014

 

 

 

 

 

Kategoria: Moto
Komentarze (0)