Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Moto F1: Inauguracyjna wtopa

F1: Inauguracyjna wtopa

Moto | 23 marca 2015 13:58 | Michał Kozera
Raikkonen się wyłamał - w jego przypadku zawinił czynnik ludzki.
fot. Pirelli
Raikkonen się wyłamał - w jego przypadku zawinił czynnik ludzki.

Zaledwie 15 z 20 bolidów na starcie wyścigu i tylko 11 na mecie. Jedna kontuzja, dwie awarie na okrążeniu wyjazdowym oraz zespół widmo. Do tego wypadek po starcie i kolejne trzy usterki. Na czele absolutna dominacja, z dala od reszty. Ewolucja Formuły 1 chociaż zapowiadała się pozytywnie, zadebiutowała w wielkich bólach i kłopotach. Czy australijska sytuacja to tylko jednorazowa wtopa?


Tydzień i dzień temu o godzinach zaskakująco (dla naszych organizmów) porannych Formuła 1 rozpoczęła rywalizację. Minęło już 8 dni od inauguracyjnego GP, a wciąż ciężko oprzeć się wrażeniu, że był to najgorszy początek sezonu od lat. Nikt nie spodziewał się takich rozstrzygnięć na torze Albert Park. Owszem – pewniakami wydawały się Mercedesy, a ogon stawki typowano McLarenowi. Czy jednak aż w takim wydaniu? Niekoniecznie.


Co się stało z ekipą Manor, która na niespełna miesiąc przed startem sezonu triumfalnie ogłosiła swój powrót i planowaną gotowość bolidu na wspólny samolot do Australii? Niektórzy spekulowali, że team Johna Bootha zjawił się w Albert Park wyłącznie w celu odhaczenia obecności i zgarnięcia w ten sposób nagrody za poprzedni sezon, gdy Marussia zdobyła 9 miejsce wyprzedzając Saubera i Caterham. Niewiele mylili się tworzący teorie spiskowe, bowiem żaden z dwóch bolidów nie wyjechał w weekend na tor, w czym oficjalnie przeszkodził brak map silnika, które przepadły podczas likwidacji Marussi. Teoretycznie zespół mógłby skorzystać z oprogramowania dostarczanego przez dostawcę swoich silników – Ferrari, jednak Włosi nie byli skorzy do wolontariatu i zażądali opłaty za dodatkową usługę. Na to ekipa licząca każdy grosz nie mogła sobie pozwolić. Z 20 maszyn, do startu pozostało 18.

 

Kiedy Manor dokonywał ostatnich przymiarek do sezonu i pakował swoje części do transportu interkontynentalnego, swój czas spędzony na przymusowym urlopie planował Fernando Alonso. Hiszpan kiepsko zakończył testy na ojczystym torze Catalunya i wskutek kolizji z bandą musiał odpocząć na dłużej. Testy medyczne przed GP Malezji wypadły pozytywnie i kierowca powróci już w ten weekend, zwalniając z obowiązków Kevina Magnussena. Duńczyk bez wątpienia cieszył się z szansy, jaką otrzymał w McLarenie, niestety jego przygoda zakończyła się jeszcze przed stawieniem się na polach startowych. Maszyna z Woking nie wytrzymała okrążenia wyjazdowego i tym samym uszczupliła stawkę z 18 do 17.

 

Niespodziewanie podobne problemy dopadły Daniiła Kwiata, który również został zmuszony zostawić swój bolid na torze jeszcze przed wyścigiem. O ile problemy McLarena są szeroko znane i jakakolwiek awaria w ich przypadku nie dziwi, o tyle Red Bull wydawał się przygotowany na start, korzystając z całego sezonu doświadczeń i rzekomo poprawionej jednostki Renault. Jak się okazało, nic z tych rzeczy. Pozostało 16 bolidów.

 

Cofnijmy się nieznacznie do australijskiej nocy po kwalifikacjach. Ponownie niespodziewane problemy dopadły kierowcę w bolidzie w pełni gotowym do jazdy i, co ważniejsze, rywalizacji i wyższe cele. Tym razem na drodze do niego stanęło zdrowie – Valtteri Bottas narzekał na ból pleców podczas pokonywania australijskich zakrętów, co niestety w dużym stopniu nasiliło się po sesji kwalifikacyjnej. Ból i ryzyko poważniejszej kontuzji zmusiły Fina do absencji w pierwszym GP sezonu i do dziś nie jest pewny jego udział w Malezji. To może być fińska przypadłość, dwa lata temu operację pleców przechodził Kimi Raikkonen – możliwości jego organizmu wyczerpał trudny i wyboisty tor w Singapurze i zmusił wówczas kierowcę Lotusa do opuszczenia kilku finalnych weekendów sezonu. Dla niego czas rekonwalescencji po operacji wynosił cztery tygodnie, oby Bottas nie potrzebował tak drastycznych środków. A w Australii stawka zmalała do 15 maszyn na samym starcie.

 

Już 1/4 maszyn nie zdołała ruszyć spod świateł, a na pierwszym zakręcie z walką pożegnała się kolejna z nich. Kolizję (niezawinioną) miał Pastor Maldonado, którego bolid poszusował w stronę bandy i na dobre się przy niej zatrzymał. Okrążenie później, przejazdu pod wodzą Safety Cara nie wytrzymał bolid Romaina Grosjeana, którego silnik zanotował duży spadek mocy, kończąc dość optymistyczny występ Lotusa. Stajnia z Enstone co prawda nie wybiła się jeszcze na wyżyny swoich możliwości, ale po zeszłorocznej klapie wyraźnie przyspieszyła, budząc nadzieje na całkiem przyzwoitą kampanię. Na pewno mieliby z kim walczyć, a ekipom środka stawki przybyłby nowy rywal. Tym razem jednak bolidów pozostało już tylko 13.

 

Kolejnym pechowcem okazał się młody i ponoć najbardziej obiecujący kierowca w stawce Formuły 1 – Max Verstappen. I w jego przypadku zawiódł silnik, zmuszając Holendra do postoju na poboczu trzeciego sektora. Kolejny niespodziewany DNF ze strony tym razem Toro Rosso, których maszyna wydawała się bardzo dobrym efektem pracy projektantów i mechaników podczas zimowej przerwy. Tym bardziej żal jest debiutanta, gdyż wszystko zapowiadało pierwsze punkty i solidny wyścig w jego wykonaniu. Niestety, stał on się piątym kierowcą uwzględnionym w wynikach, który GP Australii nie ukończył. Pozostało zaledwie 12 uczestników.

 

Szóstym pechowcem stał się Kimi Raikkonen. Fin chociaż taktycznie przegrał walkę z Vettelem, to radził sobie dobrze i pokazywał wraz z Niemcem spory progres w wykonaniu Ferrari. Konstrukcje z Maranello przyspieszyły na tyle, by liczyć się w walce o pozostałe za Mercedesami pozycje, co zapowiada ciekawą rywalizację z Williamsem. Póki co jednak ciężko było wyciągnąć jasne wnioski, która z ekip jest górą, w momencie gdy stawka została zdziesiątkowana przez najróżniejsze przyczyny. Iceman dodał nową – niedokręcone właściwie lewe, tylne koło. Nieobecnych było już tyle, ze pozostało 11 kierowców.

 

To oznaczało, że w wyścigu będzie już tylko jeden pechowiec. Jeden kierowca, który nie znajdzie się w pierwszej dziesiątce gwarantującej punkty. I wiecie co było żenujące? Że był nim Jenson Button.

 

Owszem, wszyscy spodziewaliśmy się słabego startu Hondy. Wiedzieliśmy, że japoński dostawca mimo roku nauki i doświadczeń nie zdołał zaoferować brytyjskiej ekipie konkurencyjnej jednostki napędowej. Testy nastawiły nas na obraz walczącego z samym sobą McLarena, jednak nie oczekiwałem i nie chciałem widzieć tego jak Jenson Button przegrywa ze wszystkimi. Jest tego oczywiście proste wytłumaczenie – McLaren ma ciągotę do awarii a ich silniki nie są jeszcze w stanie znieść tempa wyścigowego na maksymalnych obrotach. W tym celu zespół pozwolił na maksymalne osiągi, które nie groziły awarią i pozwalały na dojechanie do mety. Button się w tym GP nie ścigał – jego zadaniem było dowieźć bolid do mety, dotoczyć się i liczyć na łut szczęścia, jedną więcej awarię. Do tego nie doszło, efektem czego McLaren nie tylko dojechał ostatni, ale znalazł się w dodatkowym cieniu jako jeden, jedyny niepunktujący bolid na torze. 11.

 

No dobra, miało być 20, wystartowało 15, dojechało 11. Stawka została przetrzebiona głównie przez awarie, niewydolność jednostek napędowych i problemy techniczne. To pierwsze GP i mimo testów, miało prawo zebrać swoje żniwo. Ja jednak jestem mocno zniesmaczony – ten sezon miał być lepszy – otrzymaliśmy ładne nosy, silniki miały zyskać na wydajności i, wskutek doświadczenia producentów, na niezawodności. Inauguracja sezonu pokazała coś zupełnie innego i mam nadzieję, że to tylko wypadek przy pracy, bowiem nie chcę śledzić całego sezonu w takiej formie. A obawiam się, że powtórka może się zdarzyć. Bo jeśli w Australii, gdzie temperatura powietrza sięgała maksymalnie 21 stopni McLaren wolał zwolnić o kolejne 3 sekundy na okrążeniu by w ogóle dojechać do mety, to co zrobią w Malezji, w klimacie wilgotnym i niezwykle gorącym?

Kategoria: Moto
Komentarze (0)