Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Moto F1: Vettel utarł niejednego nosa.

F1: Vettel utarł niejednego nosa.

Moto | 30 marca 2015 13:42 | Michał Kozera

fot. Pirelli

Po rozczarowującym początku sezonu wreszcie można było nacieszyć się kawałem dobrego ścigania i co najważniejsze – nie procesją, a walką o zwycięstwo. Ta okraszona była błędami Mercedesa oraz świetną jazdą Ferrari i Vettela, który utarł nosa nie tylko swoim wciąż licznym przeciwnikom, ale również byłemu zespołowi czy… Fernando Alonso.


GP Malezji to wyjątkowy wyścig w kalendarzu mistrzostw. Tor co prawda nie należy do legendarnych czy oferujących wyjątkowe miejsca, jest jednak po prostu ciekawą pętlą, która pozwala na dobre ściganie się. Swoje dorzuca do tego klimat, który w Kuala Lumpur jest niezwykle upalny i wilgotny. Takie warunki są ciężkie zarówno dla maszyn, jak i kierowców. Niesamowicie rozgrzany asfalt (od 53 do aż 61 stopni podczas wyścigu!) silnie oddziaływał na siedzących bardzo nisko w kokpicie kierowców, a ze względu na równie trudną temperaturę otoczenia (ok. 34 stopnie, przypomnijcie sobie jak ciężko jest funkcjonować w takim ukropie podczas wakacji!) zbiornik z płynem ekspresowo nagrzewał się uniemożliwiając schładzanie organizmu, a pot obficie lał się z czoła (z czym Rosberg poradził sobie wsuwając podpaskę pod kominiarkę) oraz pozostałych części ciała, mocno okrytych ognioodpornymi tworzywami. Same jednostki napędowe traciły również swoją efektywność, chłodziły się bardzo słabo i dystans wyścigu stanowił dla nich ogromny wysiłek. Do tego dodać trzeba wysokie zużycie opon i trudności z utrzymaniem ich we właściwej temperaturze, by otrzymać całkiem sporo czynników, mogących dać ciekawe widowisko.

 
I tak było. Ferrari cały weekend pokazywało, że ma aspiracje na coś więcej niż tylko miejsca 3-4. Szybkość miał zarówno Sebastian Vettel, jak i Kimi Raikkonen, Fin jednak stał się ofiarą kolejnego czynnika niejednokrotnie robiącego w Malezji show – pogody. Kwalifikacje zostały naznaczone solidną burzą, jedną z tych które w tym gorącym kraju niosą za sobą bardzo intensywne opady deszczu. Iceman nie zdołał na czas wykręcić odpowiedniego okrążenia i nie dostał się do Q3, w którym honoru Ferrari bronił Vettel. I zrobił to bardzo dobrze, rozdzielając duet dominatorów z Mercedesa wskoczył na drugą pozycję i zapowiedział walkę o wygraną w wyścigu.

 
Niemiec słów na wiatr nie rzucał. Na starcie do prawda nie wykonał szaleńczego ataku, ale zaszkodziło mu w tym ustawienie po brudnej stronie toru. Okazji nie wykorzystał natomiast Nico Rosberg, który w porównaniu do Hamiltona został w tyle i w pierwszych zakrętach musiał rywalizować z czerwonym bolidem. Mistrz świata natomiast zrobił swoje – wystrzelił z pola startowego z zamiarem samotnej drogi ku zwycięstwie.

 

Plany pokrzyżował Safety Car, wywołany w pozornie amatorski sposób przez Ericssona. Mercedes postanowił ściągnąć swoich kierowców na zmianę opon z pośrednich na twarde (przy okazji każąc Rosbergowi poczekać chwilę na zakończenie i tak ekspresowej wymiany u Hamiltona). Na tej sytuacji skorzystał Vettel, obejmując prowadzenie pod nieobecność duetu z Brackley i mając okazję do spokojnej jazdy bez zmartwień. Te natomiast dopadły pozostałych pretendentów do zwycięstwa, którzy po zakończeniu okresu neutralizacji utknęli za innymi bolidami. Ok, może słowo „utknęli” nie jest zbyt trafione, bowiem wyprzedzanie szło dość sprawnie, jednak wciąż generowało ono straty w porównaniu do sytuacji, w której można było jechać swoim tempem, mając przed sobą czysty tor. Czy Mercedes myślał, że Vettel również pojawi się w boksach w trakcie neutralizacji? Być może, bowiem Niemiec również startował na używanej, pośredniej mieszance.


Hamilton i Rosberg postanowili podjąć inną taktykę niż lider wyścigu i podczas gdy Vettel z używanych medów przesiadł się na tę samą, lecz świeżą mieszankę, duet Mercedesa jechał już na oponach typu hard. Hamilton w okolicach 24 kółka (7 później niż Vettel) ponownie skoczył na mediumy, natomiast 2 okrążenia dalej Rosberg powtórzył stint na hardach. Obaj jednak ponieśli tego cenę – drugi postój wcześniej niż na półmetku wyścigu nie dawał szans finiszu na tych samych zestawach, które, mimo że najtwardsze, to w upalnych warunkach ekstremalnie szybko się zużywały. Vettel natomiast swój występ robił coraz lepszym, pokonując na świeżym zestawie gum pośrednich aż 20 kółek (tylko Bottas zdołał pojechać dłużej – o jedno okrążenie). Na 37. pętli przyszedł czas na wizytę w boksach, po której Niemiec wyjechał na hardach mających bezpiecznie dowieźć go do mety, Hamilton natomiast miał wówczas za sobą 13 okrążenie na mediumach i zerowe szanse na finisz na tym zestawie. Zgodnie z powszechnymi zasadami strategii wyścigowej Brytyjczyk na następnym okrążeniu również zjechał, by nie kusić losu powiększaniem się straty do lidera w miarę zużycia obecnego kompletu. Musiał jednak Hamilton być mocno zaskoczony, kiedy mając przed sobą 18 okrążeń, które na przykładzie Vettela można było pokonać przy użyciu pośredniej mieszanki, otrzymał od zespołu twardszy komplet w sytuacji, gdy w przeciągu pozostałego dystansu do odrobienia miał około 15 sekund do lidera.

 
Podczas GP Australii ta sztuka mogłaby się mistrzowi świata udać. Mercedes był tam kolosalnie szybszy od każdego innego zespołu na torze, w Malezji jednak sytuacja się zmieniła. Po 5 okrążeniach strata zmalała do zaledwie 13,9 sekundy, po 8 było to już tylko lub aż 11,4 sekundy. Cztery okrążenia przed końcem różnica między liderem i drugim miejscem wskazywała 10 sekund i Vettel mógł już być pewien, że ten czynnik nie zagrozi już jego wygranej. Ostatnie okrążenia w tych warunkach i w zaledwie drugim wyścigu nowego sezonu warto było poświęcić na nieco oszczędniejszą jazdę (kto wie, czy nie robił tego już wcześniej), efektem czego Niemiec na metę wjechał mając 8,5 sekundy przewagi i ten jeden, niezwykle kluczowy pit-stop mniej.

 
Chociaż to na strategii skupiłem swoją uwagę, kluczowym czynnikiem w zwycięstwie Sebastiana Vettela były osiągi bolidu. Ferrari fantastycznie odrobiło pracę domową między Australią i Malezją, swoim tempem nie tylko zapracowując sobie na wygraną, ale także na sympatię i drugi oddech Formuły 1. Fantastycznie jest, zwłaszcza w tym samym czasie gdy zawiedziony Red Bull straszy odejściem, widzieć ekipy, które są niezrażone swoją niemocą oraz niepowodzeniami i wciąż pracują na sukces. Ferrari to idealny tego przykład, bowiem na zwycięstwo czekali od GP Hiszpanii w 2013 roku. Red Bull rok temu wygrywał i, jak widać, perspektywa posuchy podczas jednego tylko sezonu jest dla nich nie do przełknięcia. Bez wątpienia większość kibiców nie będzie za nimi płakać. Mogą bowiem cieszyć się pracą innego zespołu, nawet jeśli realizowana ona jest przez znienawidzonego dotychczas Vettela.

 
Mercedes popełnił wiele błędów i jest teraz świadom obecności ekipy, która umie to bezwzględnie wykorzystać. Ciężko jednoznacznie stwierdzić jaki czynnik spowodował porażkę Srebrnych Strzał. W zasadzie ciężko mówić tutaj o nawaleniu na całej linii – przepadło w końcu jedno, chociaż najważniejsze, miejsce, jednak nadal ekipa z Brackley obie swoje maszyny dowiozła na podium. Teraz maja duży bodziec do poprawy – jeśli w Australii bezapelacyjnie dominowali i mogli sobie pozwolić na zajechanie do McDrive’a, o tyle w Malezji Hamilton musiał już się napocić (jakby i tak każdy się tam mało pocił). Lewis zresztą zdecydowanie był zdekoncentrowany – zwraca na to uwagę chociażby jego rozmowa z pit-wall, kiedy wykrzyczał „Nie mówcie do mnie gdy jestem w środku zakrętu, prawie wyleciałem!”. Być może zadziałała temperatura, tak na Lewisa jak i na Mercedesa, który nie mógł jechać swoim tempem. Przede wszystkim jednak nie mógł dobrze zarządzać oponami – niewykluczone, że mimo oszczędności ze względu na częściowo mokre kwalifikacje, Hamiltonowi zabrakło kluczowych tutaj opon typu medium albo przez użycie ich właśnie w kwalifikacjach (mimo, że pokonał tam tylko 6 okrążeń na suchym torze), albo (co bardziej prawdopodobne), jego bolid nie radził sobie ze zużyciem obu mieszanek, efektem czego niemożliwe było osiągnięcie takiej długości i efektywności stintu, co w przypadku Vettela.

 
To pokazuje słabości, słabości których tak brakowało w obrazie Mercedesa. A kiedy te się pojawiają, wystarczy by miał kto je wykorzystać. Wczoraj zrobiło to Ferrari i zapewne wynik byłby jeszcze dosadniejszy, gdyby Kimi Raikkonen nie przebił opony na samym początku, nie musiał zjechać na dodatkowy pit-stop a potem przebijać się przez resztę stawki. Mimo to ukończył czwarty, co pokazuje jak wiele mogło Maranello wczoraj ugrać. A Vettel… cóż – Niemiec utarł nosa Red Bullowi, zostawiając ich w swojej żałosności i depresji, zrobił też na złość Alonso, który opuścił Ferrari wtedy, gdy to zaczęło jeździć na miarę oczekiwań. Oczywiście, dopiekł też Mercedesowi. Przede wszystkim jednak Sebastian od momentu opuszczenia Red Bulla w bardzo pozytywny sposób uciera nosa wszystkim jego hejterom (w tym również mi) pokazując, że potrafi być bystry, sympatyczny i przede wszystkim szybki w zespole i bolidzie innym, niż opiekuńczy i stający dla niego na głowie Red Bull. Kto wie, może dołączenie nie do zespołu, a do rodziny Ferrari sprawi, że niedługo będzie to jeden z bardziej dopingowanych gości w trakcie GP?

 

Obserwuj mnie na Twitterze:

@KozeraM
 

Kategoria: Moto
Komentarze (0)