Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Moto Quo vadis, Kimi?

Quo vadis, Kimi?

Moto | 20 sierpnia 2013 21:28 | Michał Kozera

fot. Pirelli

Sympatyczny (na swój sposób) fiński kierowca stał się niekwestionowanym motorem napędowym sezonu ogórkowego tego lata. Domniemane romanse z Red Bullem, Ferrari, dobroduszne wizyty w GP3 oraz coraz mniej widoczne relacje zawodnika z obecnym teamem stawiają Raikkonena na topie wszelkich mediów mówiących o Formule 1. Ciężko zatem pozostać w tyle.

 

Krok po kroku, dzień po dniu, news po newsie – Kimi oddalał się od Lotusa. Fiński mistrz świata ma ponoć dość obecnego tempa ekipy i chciałby wreszcie zacząć wygrywać. Sukcesy przeplata się szeroko z chęcią potencjalnie większych zarobków, których zaoferować nie może borykający się ze (znów rzekomymi) problemami finansowymi Lotus. W takiej sytuacji pierwszym i naturalnym chętnym na pozyskanie usług Icemana był Red Bull. Po tym, jak z Austriakami dał sobie spokój sportowo „poniżany” Webber, wolne miejsce stało się faktem, bardzo kuszącym zresztą. Ekipa mistrzowska miała w zanadrzu wychowanka, od początku przygotowywanego na start w ekipie macierzystej, jednak wielu osobom ciężko było znieść fakt, że do Red Bulla poszedłby uległy i… mało interesujący Ricciardo.


Kimi negocjował z Red Bullem i jak się okazuje, jest to fakt, nie wymysł mediów. Niestety, temat jest już zakończony i nie ma co się dziwić, bo już wcześniej pisałem, że Kimi i Red Bull się po prostu nie dogadają. Nie te mentalności. I chociaż Helmut Marko mówi dziś, że w Belgii potwierdzenia nowego kierowcy nie otrzymamy, to poza Kimim nie ma już wartych uwagi kandydatów. A przynajmniej media takowych nie wyłapały, w związku z czym numerem jeden w wyścigu do drugiego kokpitu pozostaje Ricciardo. Nie zmienia to jednak faktu, że Kimi z Red Bullem rozmowy zakończył i w grze pozostają już dwie opcje. Dwie znane.

 

Po co Kimi miałby iść do Ferrari – nie wiem. Ekipa raz dała mu kopniaka, chcąc ściągnąć Alonso. A wówczas odsyłała z kwitkiem gracza, który zapewnił im wcześniej mistrzostwo świata. Teraz z niewiadomych przyczyn Fin chce wrócić, tym bardziej na miejsce obok Alonso. Sytuacja ciut podobna do tej z Red Bulla, chociaż naturalnie nigdy nie oskarżę Ferrari o faworyzowanie kierowcy na taką skalę. Z punktu sportowego, wizerunkowego, marketingowego – Raikkonen i Ferrari to hit. Zwłaszcza teraz – Fernando jest liderem ekipy, mam jednak wrażenie, że zbyt mocno w nawyk weszło mu marudzenie. Ma ku temu niekwestionowane powody, podobnie jak rok temu – inna sprawa, że wtedy widać było, jak Hiszpan działa cuda, teraz już chyba szczęście się wyczerpało. Gdyby przyszedł Kimi, Alonso musiałby znów wspiąć się na wyżyny umiejętności, by nie stracić w oczach Formuły 1. Mielibyśmy walkę dwóch świetnych kierowców, dwóch mistrzów świata. Coś ekstra.

 

Tylko po co? Raikkonen nie ma żadnego interesu w pomocy Alonso. Ferrari skusić go może… no właśnie, czym? Szybkim bolidem, pewnym zapleczem? Może to drugie faktycznie jest w ich posiadaniu, niestety nie wynika z niego pierwsze. A passa trwa od… ostatniego sezonu Kimiego we Włoszech. Potem przyszedł Alonso, ale też dominacja Vettela, a ostatnie 3 lata to mimo wszystko klapa. Stawia to zupełnie niekorzystnym świetle Scuderię. Kryzys formy, w dodatku nowy sezon z nowymi zasadami. Ruletka, w którą widocznie zagrać chce Iceman porzucając Lotusa, który może pochwalić się solidnymi rezultatami mimo głośnych problemów finansowych. Znów więc mamy pytanie – po co? By zgarnąć więcej kasy, uzyskać rozgłos? A może idąc w ślady Jamesa Allisona, o którym wspomina się, jako o ojcu dobrych osiągów Lotusa? Nie wiadomo. Dokąd więc zmierza Kimi?

Kategoria: Moto
Komentarze (0)