Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Wielkie święto w Krakowie. Brożek znów pogrążył Legię!

Wielkie święto w Krakowie. Brożek znów pogrążył Legię!

Piłka nożna | 06 paździenika 2013 21:05 | Przemysław Drewniak
Brożek przypomniał o sobie piłkarzom Legii i mistrz wyjechał z Krakowa bez punktów
fot. x-news / T-Mobile Ekstraklasa
Brożek przypomniał o sobie piłkarzom Legii i mistrz wyjechał z Krakowa bez punktów

Wisła Franciszka Smudy nie przestaje zaskakiwać. „Biała Gwiazda” w jedenastym meczu tego sezonu wciąż nie znalazła pogromcy, pokonując po golu Pawła Brożka warszawską Legię. Jeszcze bardziej niespodziewany wynik odnotowaliśmy w drugim niedzielnym spotkaniu – Widzew pod wodzą tymczasowego trenera Rafała Pawlaka pokonał Lechię Gdańsk 4:1 i dzięki temu wydostał się ze strefy spadkowej.


Wisła Kraków 1-0 Legia Warszawa
Brożek 82’


Jedenaście meczów, pięć zwycięstw, zero porażek i aż siedem spotkań bez straty bramki – tak wyglądają dokonania Wisły Kraków Franciszka Smudy w ekstraklasie. Na „Białą Gwiazdę” nie znalazł sposobu nawet mistrz Polski – Legia Warszawa przez większość meczu przy Reymonta przeważała, ale tak jak z Apollonem nie zdołała strzelić bramki. W końcówce stołecznej drużynie przypomniał o sobie jej dawny kat, Paweł Brożek, notując decydujące trafienie.


Pierwsza połowa nie wskazywała jednak na to, że komplet 33 tysięcy widzów w Krakowie będzie po końcowym gwizdku świętował zwycięstwo. W grze Wisły widoczny był respekt wobec Legii, która miała zdecydowaną przewagę w posiadaniu piłki i zepchnęła gospodarzy do obrony. Inna sprawa, że niewiele z tego wynikało. Dopiero w 23. minucie goście stworzyli sobie groźną okazję pod bramką Michała Miśkiewicza. Świetne podanie pod nogi Michała Żyry zaserwował Daniel Łukasik, z piłką po drodze minął się Łukasz Burliga, ale pomocnik Legii mając przed sobą tylko bramkarza Wisły strzelił wprost w niego. Chwilę później bramkę sezonu dziesięciolecia w ekstraklasie mógł strzelić Tomasz Brzyski. Lewy obrońca warszawian otrzymał długie podanie z rzutu rożnego i niepilnowany zdecydował się na efektowny strzał nożycami zza pola karnego. Futbolówka zmierzała tuż pod poprzeczkę, ale dużym refleksem popisał się Miśkiewicz.


Wisła sporadycznie przedostawała się w pole karne Legii. Gospodarzom nie zazębiały się akcje ofensywne, bo w środku pola niewiele dawał drużynie Michał Chrapek, a skrzydeł nie mógł rozwinąć Emmanuel Sarki. Obaj zeszli z boiska na początku drugiej połowy.


Goście nadal dominowali, ale podobnie jak w czwartek popisywali się dużą nieudolnością przy wykończeniu. Najwięcej akcji Legii zepsuł Wladimer Dwaliszwili. Gruzin przegrywał pojedynki z bezbłędnym w kolejnym spotkaniu Arkadiuszem Głowackim, a także z potężniejszym Osmanem Chavezem. A gdy już dochodził do sytuacji, to albo uderzał zbyt słabo, albo niecelnie. Gdyby na jego miejscu wystąpił napastnik w dobrej formie, Legia mogłaby strzelić pod Wawelem co najmniej trzy bramki.


Podczas gdy legioniści bili głową w mur, Wisła wysłała im pierwsze poważne ostrzeżenie. Po rzucie rożnym piłkę głową zgrał Głowacki, a Rafał Boguski z pięciu metrów załadował w poprzeczkę. Przed meczem zapowiadało się, że w obliczu kontuzji Brożka to właśnie Boguski wystąpi od pierwszej minuty w roli wysuniętego napastnika. „Broziu” przez cały tydzień walczył z naciągniętym mięśniem dwugłowym, a treningi wznowił dopiero w piątek. Z Legią zaliczył wytrzymał jednak pełne 90 minut, cały czas nękając obrońców rywala, aż w końcu dopiął swego. W 82. minucie traumę przeżył Żyro, który drugi raz w ciągu czterech dni zaliczył fatalną w skutkach stratę. Piłkę na połowie Wisły przejął Łukasz Garguła, znalazł prostopadłym podaniem Brożka i napastnik „Białej Gwiazdy” z charakterystycznym dla siebie stoickim spokojem uderzył obok interweniującego Miśkiewicza i posłał piłkę do siatki. Tym samym napastnik Wisły z sześcioma golami wraz z Marco Paixao i nieobecnym w niedzielę Miroslavem Radoviciem znalazł się na czele klasyfikacji strzelców.


Zwycięstwo Wisły spłaszczyło czołówkę tabeli, w której Legia ma dwa punkty przewagi nad Górnikiem i trzy nad zespołem Smudy. Może jednak walka o mistrzostwo nie będzie w tym sezonie taka jednostronna?


Widzew Łódź 4-1 Lechia Gdańsk
Leimonas 45’, Lafrance 45’, E. Visnakovs 49’, Bruno 90’ – Pietrowski 39’ (k)


O ile przewidzieliśmy zwycięstwo Wisły nad Legią, kompletnie pomyliliśmy się w przypadku drugiego spotkania. Widzew Łódź niespodziewanie rozgromił Lechię Gdańsk i choć wynik nieco zakłamuje obraz gry, bo gospodarze wcale nie mieli miażdżącej przewagi, to Rafał Pawlak może spać spokojnie. Cztery punkty zdobyte w dwóch meczach pod jego wodzą prawdopodobnie oznaczają, że tymczasowy szkoleniowiec łodzian pozostanie na stanowisku dłużej, niż wcześniej się spodziewano.


Jeśli ktoś włączył transmisję z tego meczu w okolicach 40. minuty, to niczego nie stracił. Wcześniej zawodnicy obu drużyn raczej parodiowali grę w piłkę. Wyglądało to tak, jakby podanie po ziemi było dla nich próbą najwyższych lotów, bo futbolówka częściej znajdowała się w powietrzu. Jak dobrze, że miejscowi kibice odpalili race i zmusili Marcina Borskiego do przerwania tych męczarni na kilka minut. Odetchnęliśmy z ulgą.


Nikt się jednak nie spodziewał, że pod koniec pierwszej połowy w Łodzi dojdzie do zatrzęsienia goli. Ale po kolei. Najpierw w polu karnym łodzian faulowany był najlepszy w barwach gości Patryk Tuszyński. Do piłki podszedł Marcin Pietrowski i technicznym strzałem w środek bramki dał prowadzenie swojej drużynie. Wydawało się, że Lechia kontroluje przebieg gry i po zdobytej bramce zaznaczy się jej przewaga. Tymczasem Widzew pokazał, że dobrze opanowane stałe fragmenty to w polskiej lidze już połowa sukcesu. Gospodarzom z trudem przychodziło wymienienie kilku dobrych podań z akcji, ale wystarczyło, by z wolnego dobrym dośrodkowaniem popisał się Veljko Batrović, a chwilę potem jego wyczyn z narożnika boiska powtórzył Mariusz Rybicki, by łodzianie wyszli na prowadzenie. Piłkę do bramki głową kierowali Povilas Leimonas i Kevin Lafrance, którzy w obu sytuacjach wykorzystali błędy w kryciu lechistów.


Jeszcze na dobre nie rozpoczęła się druga połowa, a Widzew już prowadził… 3:1! Tym razem gospodarze wyprowadzili kontrę po stracie przed polem karnym Pawła Buzały. Fatalnie zachowała się w defensywie cała drużyna Lechii, pozostawiając rywalom mnóstwo miejsca do rozegrania akcji. Alen Melunović znalazł dokładnym podaniem Eduardsa Visnakovsa, a ten uderzył z pierwszej piłki, czym zaskoczył Sebastiana Małkowskiego i piłka przeleciała między nogami interweniującego bramkarza gdańszczan.


W drugiej połowie w grze obu drużyn było więcej jakości, ale dla Lechii było jej zdecydowanie za mało, by myśleć o zmianie rezultatu. Gdańszczanie w niczym nie przypominali zespołu, który efektownym futbolem zachwycał nas na początku sezonu. Podopiecznym Michała Probierza brakowało przede wszystkim skutecznego napastnika – Buzała zgubił ostatnio formę, a Adam Duda znów dał popis nieudolności. Napastnik Lechii miał idealną piłkę na zdobycie kontaktowego gola, ale będąc niepilnowanym w polu karnym uderzył z woleja tak, że piłka opuściła stadion przy Piłsudskiego.


Widzew zaimponował skutecznością, niezłą grą w obronie (kolejny solidny występ Lafrance’a i Pereza) i agresywną postawą w środku pola. Krystian Nowak i Povilas Leimonas, do których dołączył później Princewill Okachi bardzo dobrze odbierali piłki w okolicach koła środkowego, czym uniemożliwiali Lechii przeprowadzanie składnych akcji. W samej końcówce dzieła zniszczenia dopełnił strzałem z dystansu wprowadzony na boisko kilka minut wcześniej Alex Bruno. Dzięki wygranej, Widzew opuścił strefę spadkową i z podniesionymi głowami może udać się na reprezentacyjną przerwę.


Tego samego nie można powiedzieć o Lechii, która z meczu na mecz prezentuje się coraz gorzej. Oprócz Tuszyńskiego i może Deleu, właściwie każdy zawodnik biało-zielonych zagrał w Łodzi słabo. Być może dwutygodniowa przerwa pomoże Michałowi Probierzowi we wprowadzeniu odpowiednich poprawek, bo absencja Matsuiego nie może wszystkiego tłumaczyć. Mecz z Widzewem był dla lechistów już szóstym kolejnym bez zwycięstwa i aktualnie jest to najdłuższa taka seria w T-Mobile Ekstraklasie.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)