Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Zawisza wbija szóstkę Piastowi, Korona wygrywa z Lechem

Zawisza wbija szóstkę Piastowi, Korona wygrywa z Lechem

Piłka nożna | 03 grudnia 2013 23:08 | Przemysław Drewniak
Michał Masłowski to murowany kandydat na gracza kolejki
fot. x - news / T-Mobile Ekstraklasa
Michał Masłowski to murowany kandydat na gracza kolejki

We wtorkowych meczach 19. kolejki T-Mobile Ekstraklasy nie zabrakło emocji i zaskakujących rozstrzygnięć. Największą niespodziankę sprawiła Korona, która pokonała u siebie grającego niemal przez cały mecz w dziesiątkę Lecha Poznań. Wystrzałowy mecz rozegrali piłkarze bydgoskiego Zawiszy, aplikując aż sześć goli fatalnie dysponowanej obronie Piasta. Górnik wreszcie zagrał prawie tak, jak pod wodzą Adama Nawałki i bramce w końcówce zwyciężył u siebie nad łódzkim Widzewem.


Górnik Zabrze 3-2 Widzew Łódź


W Kielcach, mimo niezłej gry w pierwszej połowie i objęcia prowadzenia, Widzew przedłużył swoją passę wyjazdowych porażek do ośmiu i spadł na ostatnie miejsce w tabeli. Podopieczni Rafała Pawlaka jeszcze więcej zrobili w Zabrzu, gdzie na boisku wicelidera znów jako pierwsi trafili do siatki, a potem zdołali nawet strzelić drugiego gola. Nie wystarczyło to jednak do wyrwania choć jednego punktu Górnikowi, który znów wygrał u siebie 3:2, zdobywając decydującą bramkę w końcowych minutach.


Piłkarze Ryszarda Wieczorka wyszli na wtorkowy mecz z mocnym postanowieniem poprawy po porażce w prestiżowym starciu z Piastem (0:2). Górnik udowodnił, że spotkanie w Gliwicach było jedynie wypadkiem przy pracy, bo przeciwko Widzewowi przypominał momentami świetnie pracującą maszynę, jaką do niedawna dyrygował Adam Nawałka. Najbardziej była widoczna różnica w grze Prejuce'a Nakoulmy, który w sobotę był zupełnie niewidoczny, ale teraz znów napędzał ataki swojej drużyny.


To jednak nie gospodarze, a Widzew jako pierwszy objął prowadzenie. Drużyna z Miasta Włókniarzy nie potrafiła przeprowadzić jednej składnej akcji na połowie rywala, więc jedynych szans mogła upatrywać w stałych fragmentach gry. W 21. minucie Marcin Kaczmarek zaskoczył zabrzan szybkim rozegraniem do boku rzutu wolnego, Piotr Mroziński idealnie dośrodkował przed pole karne do niepilnowanego Krystiana Nowaka, który dobrze dostawił głowę i wpakował piłkę do siatki.


Górnik nie zraził się straconą bramką i nadal grał swoją piłkę. Za odrabianie strat wzięli się najlepsi na boisku Nakoulma i Mateusz Zachara. Reprezentant Burkina Faso wyrównał jeszcze przed przerwą, a dziesięć minut po wznowieniu gry w drugiej połowie asystował przy trafieniu 23-letniego napastnika.


Mimo widocznej różnicy jakości między obiema drużynami, Widzew ambitnie walczył o zmianę rezultatu. Pierwszym ostrzeżeniem dla gospodarzy była sytuacja Eduardsa Visnakovsa, ale pojedynek sam na sam z łotewskim napastnikiem wygrał jego rodak, świetnie dysponowany tego dnia Pavels Steinbors. Chwilę później bramkarz Górnika nie miał już jednak nic do powiedzenia, bo po kolejnym rzucie rożnym wykonywanym przez Kaczmarka piłkę skierował głową do siatki Alen Melunović.


W końcówce Widzew skupił się na obronie korzystnego rezultatu, podczas gdy Górnik sprawiał wrażenie, jakby z każdą minutą miał coraz mniej wiary w zdobycie kompletu punktów. Zabrzanie znów mogli jednak liczyć na indywidualny błysk swoich najlepszych zawodników. Nakoulma zagrał przed pole karne do Zachary, który świetnie przytrzymał piłkę i zagraniem piętą otworzył drogę do bramki Wojciechowi Łuczakowi. Zdezorientowani obrońcy Widzewa nie zdążyli z interwencją i rezerwowy dał gospodarzom cenną wygraną.


Wszystko wskazuje na to, że Widzew zakończy rundę jesienną w roli czerwonej latarni Ekstraklasy. Łodzianom pozostają w tym roku do rozegrania mecze ze Śląskiem u siebie i Jagiellonią na wyjeździe. Podopieczni Rafała Pawlaka grają ambitnie, brakuje im nieco szczęścia, ale i tak trudno będzie im w tych spotkaniach o jakąkolwiek punktową zdobycz. Górnik zaś dał nieco oddechu swojemu trenerowi i zrehabilitował się za niepowodzenie w derbach. Drużyna z Górnego Śląska umocniła się na pozycji wicelidera i wygląda na to, że w ostatnich dwóch kolejkach powalczy z Legią o miejsce na czele tabeli.


Zawisza Bydgoszcz 6-0 Piast Gliwice


Mecze rozgrywane przy pustych trybunach nie są zazwyczaj ciekawymi widowiskami. Grającym w ciszy piłkarzom brakuje energii, entuzjazmu i chęci do walki, a spotkania te często kończą się bezbramkowymi remisami. Tym większym zaskoczeniem jest rezultat potyczki Zawiszy z Piastem, który trzy dni po wygranych derbach Śląska kompletnie skompromitował się w Bydgoszczy i do Gliwic wrócił z bagażem sześciu goli.


Są takie mecze, kiedy wychodzi po prostu wszystko. Wcześniej podobne spotkanie rozegrała w tym sezonie Jagiellonia (także 6:0 z Ruchem), teraz ta sztuka udała się podopiecznym Ryszarda Tarasiewicza. Beniaminek zagrał koncertowo. Już do przerwy prowadził 3:0, ale nie spoczął na laurach i w drugiej połowie podwoił swój dorobek bramkowy. Cztery gole strzelił rewelacyjny Michał Masłowski, dwukrotnie pokonując Dariusza Trelę strzałem głową. Po jednej bramce dołożyli Igor Lewczuk i Piotr Petasz, którzy zaliczyli także po jednej asyście. A gdyby sędzia nie zauważył minimalnego spalonego Luisa Carlosa, „Zetka” dobiłaby w tym meczu do siódemki.


Piast zupełnie nie przypominał drużyny, która w sobotę całkiem przyzwoicie grała przeciwko Górnikowi. Ruben Jurado, Kamil Wilczek czy Matej Izvolt byli w Bydgoszczy kompletnie niewidoczni. Przez 90 minut Piast zupełnie nie istniał. Gospodarze bezlitośnie zaś wykorzystywali fatalne błędy dwójki stoperów – Mateusza Matrasa i Csaby Horvatha.


Dzięki efektownej wygranej, Zawisza umocnił się w czołowej ósemce i jeśli podtrzyma dobre tempo na początku rundy wiosennej, nie powinien mieć większych problemów z zakwalifikowaniem się do grupy mistrzowskiej. Piast nadal ma teoretycznie bezpieczną przewagę nad strefą spadkową (11 punktów), ale powinien pamiętać przykład Pogoni Szczecin, która w zeszłym sezonie miała na półmetku sezonu większy handicap, a jeszcze w maju musiała drżeć o utrzymanie. Jeśli zimą w Gliwicach nie dojdzie do przewietrzenia szatni, runda wiosenna może być dla Piasta bardzo trudna.


Korona Kielce 1-0 Lech Poznań


Kluczowym momentem meczu w Kielcach była sytuacja z 8. minuty meczu. Wtedy to bardzo nieodpowiedzialnie zachował się na własnej połowie Marcin Kamiński, który przegrał walkę o pozycję z Maciejem Korzymem, a następnie ratował się faulem na napastniku Korony. Sędzia nie miał innego wyjścia i pokazał stoperowi Lecha czerwoną kartkę.


Zamiast iść za ciosem i wykorzystać osłabienie rywala, Korona przez następne 80 minut od święta zagrażała bramce Macieja Gostomskiego. Gra gospodarzy była szarpana, niedokładna, a zmarzniętym kibicom przy Ściegiennego najwięcej emocji fundowały pojedynki Serhija Pyłypczuka z Manuelem Arboledą (ten pierwszy powinien dostać czerwoną kartkę za celowe uderzenie w głowę Kolumbijczyka). Zamiast szybkiej i kombinacyjnej gry, podopieczni Pachety niemal przez cały mecz grali „na aferę”. Efekt? Aż 43 dośrodkowania wykonane przez Koronę w całym spotkaniu! Co zdumiewające, toporny styl gry gospodarzy w końcu przyniósł efekt. W 88. minucie Pyłypczuk zacentrował z lewej strony na głowę Daniela Gołębiewskiego, a rezerwowy napastnik kielczan wykorzystał nieporozumienie Arboledy z Gostomskim i umieścił piłkę w siatce. Powtórzyła się zatem historia z poprzedniej kolejki, gdy po golu w samej końcówce Korona także sięgnęła po komplet punktów (2:1 z Widzewem).


Lechici to mistrzowie wymówek. Trzy dni wcześniej ledwo zremisowali u siebie z Zagłębiem Lubin (1:1) i tłumaczyli, że za ich słabą grę odpowiadał fatalny stan murawy przy Bułgarskiej. Po meczu z Koroną podopieczni Mariusza Rumaka pewnie powiedzą, że grając w dziesiątkę bardzo ciężko było im o wywalczenie jakiegokolwiek punktu. Zgoda, nie jest to łatwa sztuka, ale w Kielcach Lech nie podjął walki. Mając przed sobą zespół z dolnych rejonów tabeli, drużyna o mistrzowskich aspiracjach powinna nawet w osłabieniu stworzyć sobie kilka sytuacji do zdobycia bramki. Tymczasem Zbigniew Małkowski przez cały mecz mógł czuć się niemal niezagrożony. Wyglądało to tak, jakby goście liczyli, że nieudolność Korony zagwarantuje im zdobycie jednego punktu. Poza Barrym Douglasem, który z konieczności zagrał na środku obrony i spisywał się bardzo dobrze, żaden z lechitów nie zasłużył na wyróżnienie. Najgorzej grał Gergo Lovrencsics. Węgier notował stratę za stratą i nie dawał nic ofensywie swojego zespołu. Niech nierówna murawa w Poznaniu i gra w osłabieniu przez cały mecz w Kielcach nie przysłaniają faktu, że w ostatnich dwóch spotkaniach „Kolejorz” zagrał bardzo słabo. I zamiast odrobić dystans do Legii, Lech redukuje swoje szanse na walkę o ścisłą czołówkę.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)