Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Paixao i dziesięć koszulek

Paixao i dziesięć koszulek

Piłka nożna | 29 grudnia 2013 19:52 | Hubert Błaszczyk
Marco Paixao mógł najczęściej tylko rozkładać ręce w geście bezradności.
fot. Marcin Karczewski/ Superstar.com.pl
Marco Paixao mógł najczęściej tylko rozkładać ręce w geście bezradności.

Śląsk Wrocław to największe negatywne zaskoczenie rundy jesiennej T-Mobile Ekstraklasy. Wrocławianie grali fatalnie, wygrywając zaledwie 5 meczów w 21. potyczkach. Jedynym zawodnikiem, którego można było wyróżnić w ekipie Stanislava Levy’ego był Marco Paixao, ale nawet Portugalczyk zaciął się w drugiej części rozgrywek.


We Wrocławiu apetyty zostały rozbudzone dwumeczem w eliminacjach Ligi Europy z Club Brugge. Śląsk pokonał Belgów u siebie po efektownym trafieniu Sebino Plaku i zremisował na wyjeździe 3:3, awansując do kolejnej rundy. Pokonanie wyżej notowanego rywala okazało się jednak przekleństwem i tak naprawdę zamazaniem realnej klasy zespołu.


Po dwumeczu z zespołem z Brugii właśnie do Belgii odszedł Waldemar Sobota. Przebojowy skrzydłowy zdołał jeszcze zagrać w Sevilli, gdzie Śląsk przez 60 minut pokazał, że może być równorzędnym rywalem dla klubu z Primera Division. W rewanżu zawodnicy Levy’ego przegrali już 0:5 – to był początek problemów Śląska.


Po odejściu Soboty, czeski szkoleniowiec miał problemy ze znalezieniem naturalnego lidera. Reprezentant Polski wchodził w najlepszy wiek dla piłkarza i na początku sezonu był w fantastycznej formie. Tego nie można powiedzieć o Sebastianie Mili i Przemysławie Kaźmierczaku. Obaj w tej rundzie zawodzili, a miejsce w Śląsku mają jeszcze chyba przez zasiedzenie.


Oprócz Paixao, który we wszystkich rozgrywkach strzelił 16 bramek, próżno szukać jasnego punktu wrocławian. W pierwszych spotkaniach udanie prezentowali się Dudu Paraiba i Rafał Gikiewicz. Obaj jednak obniżyli formę, a ten drugi po konflikcie z Przemysławem Kaźmierczakiem już nie podniósł się z ławki.


Problemem staję się też powoli osoba samego Stanislava Levy’ego. Czech preferuje ofensywny futbol, co może cieszyć kibica, ale nie przekłada się to na zdobycze punktowe. Śląsk potrafił w tej rundzie we frajerski sposób tracić punkty. Najdobitniejszym tego przykładem był mecz w Zabrzu, gdzie w doliczonym czasie gry wrocławianie stracili dwie bramki i zamiast z trzema punktami wracali do stolicy Dolnego Śląska z niczym. W każdym normalnym klubie po tak rozczarowującej rundzie Levy pakowałby już walizki. We Wrocławiu nikt nie podejmuje jednak żadnych ruchów, licząc, że problemy rozwiążą się same.


Tymczasem na to szybko nie można liczyć, zwłaszcza że atmosfera wokół Śląska jest słaba. Co prawda, miasto przejęło pakiet większościowy od Zygmunta Solorza-Żaka, ale zobowiązania finansowe nie zmieniły się. Klub zalega piłkarzom nie tylko z pensjami, ale przede wszystkim z premiami. W dodatku na mecze Śląska potrafi przyjść zaledwie pięć tysięcy fanów – wpływy z dnia meczowego są więc żadne.


Wrocławian od grupy mistrzowskiej dzieli 5 punktów. To niby niedużo, ale na wiosnę zostanie rozegranych tylko 9 kolejek, a to oznacza, że aby liczyć się w walce o ósemką Śląsk musiałby odnieść 5-6 zwycięstw, a przecież zaledwie pięć razy zawodnicy Levy’ego wygrywali jesienią. Bez odpowiednich wzmocnień to scenariusz nierealny. Skąd więc wziąć kasę na wzmocnienia, skoro klub ma same zobowiązania?


HUBERT BŁASZCZYK
TWITTER: @hubertblaszczyk

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)