Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Niedziela dla gospodarzy! Zdeklasowany Górnik, wejście smoka Teodorczyka

Niedziela dla gospodarzy! Zdeklasowany Górnik, wejście smoka Teodorczyka

Piłka nożna | 16 lutego 2014 20:50 | Sebastian Ibron
Jiri Bilek był pewnym punktem swojej drużyny
fot. T-Mobile Ekstraklasa / x-news
Jiri Bilek był pewnym punktem swojej drużyny

Po piątkowych wybrykach, które ciężko nazwać grą w piłkę i przyzwoitej piłkarskiej sobocie, przyszedł czas na niedzielne mecze. Można było liczyć na przyzwoite widowiska. Ruch chciał wziąć odwet za blamaż 0:6 w Białymstoku, Zagłębie będzie zażarcie walczyło o utrzymanie, Górnik o puchary, a mecz Lecha ze Śląskiem siłą rzeczy musi zapowiadać się ciekawie. Co więc dziś się wydarzyło?


Ruch Chorzów - Jagiellonia Białystok 1:0 (0:0)
Zieńczuk 57'

Podopiecznym Jana Kociana udał się rewanż za druzgocącą porażkę z Białegostoku. Po golu Marka Zieńczuka z rzutu wolnego Ruch pokonał Jagiellonię, ale swoją grą nikogo nie zachwycił. Na inaugurację rundy wiosennej obie drużyny zaprezentowały się znacznie gorzej, niż w meczach pod koniec zeszłego roku.


O pierwszej połowie można by napisać w zasadzie tylko tyle, że się odbyła. Pogoda, niskie ciśnienie, wczesna pora...? Ciężko określić, co tak uśpiło zawodników obu drużyn, ale terapeuci śmiało mogą korzystać z fragmentów tego spotkania w leczeniu bezsenności. Nie mogło być zresztą inaczej, skoro Filip Starzyński i Dani Quintana, a więc zawodnicy, od których w grze obu zespołów zależy najwięcej, kompletnie zawiedli. Rozgrywający Ruchu przykładał się do gry w obronie, ale chyba zapomniał, że jego podstawowym zadaniem jest kreowanie ofensywy Niebieskich. Quintana z kolei zanotował jeden z tych meczów, który pokazuje, dlaczego w swojej ojczyźnie grywał tylko w III lidze. Pasywny Hiszpan trochę lepiej wyglądał pod koniec spotkania, ale było to zdecydowanie za mało.


Nie tylko Quintana wyglądał przy Cichej tak, jakby dopiero co przyjechał z ciężkiego obozu przygotowawczego. Bardzo przeciętnie grał Rafał Grzyb, Bekim Balaj nie mógł sobie poradzić z 38-letnim Marcinem Malinowskim, a Dawid Plizga spisywał się tak mizernie, że Piotr Stokowiec zmienił go już w przerwie. Nic ciekawego nie pokazali też debiutanci w barwach Jagiellonii - Joel Perovuo, Sebastian Rajalakso i wprowadzony za Plizgę Roberts Savalnieks.


Ruch wygrał zasłużenie, bo szczególnie w drugiej połowie prezentował się z piłką dojrzalej i przede wszystkim potrafił oddać kilka celnych strzałów na bramkę Jakuba Słowika. Jagiellonia miała w końcówce swoje okazje, ale ostatecznie ani razu nie zmusiła do interwencji Michała Buchalika.


Zwycięstwo zagwarantował Niebieskim Marek Zieńczuk, który co prawda też nie rozgrywał udanych zawodów, ale wykazał się dużym sprytem przy wykonywaniu rzutu wolnego w 57. minucie. Pomocnik chorzowian uderzył piłkę tak, że ta przeleciała tuż nad murem i wkręciła się w krótki róg bramki Jagiellonii. W tej sytuacji nie popisali się przede wszystkim piłkarze stojący w murze, którzy zamiast zablokować strzał... schowali się przed piłką. Więcej zrobić mógł także interweniujący Słowik, choć następnym razem powinien zacząć od zastąpienia swoich kolegów manekinami. A jak doszło do rzutu wolnego, po którym Zieńczuk przesądził o losach meczu? Źle ustawiony Michał Pazdan pociągnął za koszulkę przy linii pola karnego wychodzącego do prostopadłej piłki Grzegorza Kuświka. To była jedna z wielu sytuacji stanowiących przykład, że stoper białostoczan również zagrał w tym meczu zdecydowanie poniżej poziomu z rundy jesiennej.


Dzięki wygranej, Ruch zostawił Jagiellonię daleko za swoimi plecami i jest już bardzo blisko podium. Jak jednak przyznał w pomeczowym wywiadzie z reporterem Canal+ Łukasz Surma, jego drużyna musi w następnych meczach grać znacznie lepiej, by zasłużyć sobie na miejsce czołówce tabeli.

 

Zagłębie Lubin – Górnik Zabrze 3:0 (3:0)
Abwo 14’, Błąd 19’, Abwo 21’

Drugie z niedzielnych starć to pojedynek – przynajmniej dotychczas – lubińskiego finansowego eldorado z drużyną, która pod przewodnictwem Adama Nawałki wspinała się na maksimum swych możliwości, natomiast pod dowództwem Ryszarda Wieczorka jest sporą niewiadomą.


Nie spodziewaliśmy się tego raczej, ale należy pochwalić przede wszystkim Davida Abwo. Nigeryjczyk wreszcie wyzbył się syndromu swojego byłego kolegi z drużyny – Dardvydasa Sernasa. Skrzydłowy Zagłębie zdobył pierwszą, napoczynającą rywali bramkę. Asystował mu za to inny gość, którego również warto pochwalić, Arkadiusz Piech. Jeśli już chwalimy tych dwóch ananasów, to należy też kogoś zganić. Kibicom „Miedziowych” zapewne już nie brakuje Michała Gliwy – chociaż w sumie kto wie, przynajmniej ten gość potrafił humor polepszyć. Znalazł się odważny, który postanowił im o losach tego bramkarza przypomnieć. W jego rolę wcielił się Norbert Witkowski, który przepuścił pomiędzy rękami strzał Adriana Błąda z około dwudziestu metrów. Klasyczny „Michałek” autorstwa bramkarza zabrzan.


To nie wszystko. W 21 minucie można było sobie zadać jedno, ale bardzo ważne pytanie: o co chodzi? Górnicy przyjechali rozdawać prezenty do Lubina? Dzień dobroci dla zwierząt? Nie wiemy. Goście przegrywali już 0:3, a kolejny gwóźdź do ich trumny wbił David Abwo. Zagłębie polskim Liverpoolem? Jeśli tak, to Górnik jest polskim Arsenalem. Hmm… A i owszem. Nie ta liga, nie ten poziom, nie ten styl, ale rzeczywiście można znaleźć analogię między tragikomicznymi 20 minutami Arsenalu na Anfield a 21 minutami podopiecznych trenera Wieczorka w Lubinie. Lubińskim Sterlingiem Abwo? W Internecie określa się to mianem seems legit. Niemniej, trzy szybkie ciosy i Górnicy na łopatkach.


Druga część spotkania raczej nie obrodziła nam w sytuacje bramkowe. W zasadzie, wyróżnić takowe można jedynie dwie. Setkę Piecha oraz okazję Pandży po rzucie rożnym. Zagłębie poszło na fajrant, a Górnik był bezradny. Obie drużyny solidaryzowały się z bohaterami piątkowych wygibasów i uznały, że już swoje odbębniły. Szkoda, bo mogło być ciekawie. Piłkarzem meczu na pewno David Abwo, zdobywca dwóch bramek, lecz też całkiem nieźle spisał się Arkadiusz Piech, który dwukrotnie asystował przy bramkach partnerów.

 

Lech Poznań – Śląsk Wrocław 2:1 (1:1)

Hamalainen 12', Teodorczyk 70' - Paixao 28'
I przyszedł czas na podsumowanie hitowego starcia – tak trzeba to określać. Na ulicy Bułgarskiej w spotkaniu „Kolejorza” z „Wojskowymi” zwyciężył Lech. Śląsk wielkiego oporu nie stawiał, jednak zwycięstwo nie przyszło bezproblemowo.


Z początku to bardziej przypominało przypadkowe kopanie się po kostkach na betonowym boisku. No dobra, może lekka przesada. Niemniej, pierwsze minuty były raczej nijakie. Lech próbował, lecz nie konkretyzował swoich akcji, a Śląsk rzadko podchodził pod pole karne „Kolejorza”, a jeśli już to robił, to wiadomo z jakim skutkiem. Gospodarze otworzyli wynik spotkania, a cudownym dośrodkowaniem z rzutu wolnego popisał się Barry Douglas. Głowę dołożył Kasper Hamalainen, tym samym posyłając piłkę pomiędzy nogami słowackiego bramkarza. Pierwsza okazja (bądź też pół okazji) Śląska, będąca jedyną w tej częście gry, została wykorzystana. Piłka po bilardzie w polu karnym znalazła się koło Paixao, a ten fartownie umieścił futbolówkę w bramce Gostomskiego. Ten gol, podobnie zresztą jak pierwszy oraz większość w Ekstraklasie wiosną – padł ze stałego fragmentu gry. Pierwszą część spotkania – pomimo dwóch goli można podsumować tak: 6 żółtych kartek przy przeciętnym tempie gry. Czyli mocno średnia połówka.


Za to w drugiej części było żwawiej, z czymże bardziej chaotycznie. Czas sobie powoli leciał, a obie drużyny stopniowo coraz częściej gościły pod polem karnym rywala, lecz bez jakichkolwiek efektów. Wszystko zmieniło wejście Teodorczyka. Napastnik Lecha wszedł, a kilka minut po wejściu mocnym uderzeniem w długi róg nie dał najmniejszych szans Kelemenowi. Wraz z upływem minut, na boisku tworzyło się więcej miejsca, więc i częściej mieliśmy groźne kontry. Wolną przestrzeń na boisku próbowali wykorzystać głównie zawodnicy Lecha, zwłaszcza że po bramce Teodrorczyka Śląsk opadł z sił, lecz bez skutku.


Po tym meczu na pewno można powiedzieć, że bliżej Lechowi do walki o mistrzostwo, niż Śląskowi do pierwszej ósemki. Wrocławianom brakowało argumentów i to było widoczne, zwłaszcza gdy opadli z sił, a na boisko wchodziły takie ananasy, jak debiutant Zieliński, czy Lubos Adamec. Ciężko w drużynie gości wyróżnić kogokolwiek poza Paixao, który notabene wiele nie zdziałał poza zdobytą z przypadku bramką. W Lechu należy pochwalić postawę bloku defensywnego, który był dość szczelny dziś i oczywiście jokera, Łukasza Teodorczyka. Dla Lechitów ten mecz to niezły prognostyk przed pozostałą częścią sezonu, dla Śląska przyszłość rysuje się w nieco ciemniejszych barwach.
 

SEBASTIAN IBRON
TWITTER: @sebastianibron

WSPÓŁPRACA: PRZEMYSŁAW DREWNIAK

 

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)