Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Niedziela w T-ME. Święta Wojna dla Wisły, emocjonująca końcówka we Wrocławiu

Niedziela w T-ME. Święta Wojna dla Wisły, emocjonująca końcówka we Wrocławiu

Piłka nożna | 23 lutego 2014 20:00 | Sebastian Ibron
Arkadiusz Głowacki to legenda Wisły. Otworzył w meczu derbowym wynik spotkania.
fot. T-Mobile Ekstraklasa/x-news
Arkadiusz Głowacki to legenda Wisły. Otworzył w meczu derbowym wynik spotkania.

Ciekawie było dzisiaj w T-Mobile Ekstraklasie. I piszę to bez przekąsu, bo można było wysiedzieć przy dzisiejszych meczach. Najpierw mieliśmy rozgrzewkowo – usypiające starcie w Kielcach, później danie główne i kulminację emocji, czyli "Świętą Wojnę", a na koniec dobry mecz Ruchu we Wrocławiu. Zapraszam do przeczytania podsumowania oraz wniosków po dzisiejszych spotkaniach.

 

Korona Kielce – Zagłębie Lubin 1:1 (1:0)
Skandaliczna pora. Mecz o 13 w niedzielę to godzina godna okręgówki. Ta pora nie przeszkadzała jednak Davidowi Abwo, który po raz kolejny trafił do siatki. Już w ósmej minucie Kamil Sylwestrzak wspomógł przyjezdnych i w banalny sposób odpuścił walkę o futbolówkę ze skrzydłowym Zagłębia, a ten w efektowny sposób przelobował Małkowskiego z dość ostrego kąta. Zresztą, od początku defensorzy Korony, delikatnie ujmując, nie zasługiwali na miejsce w jedenastce kolejki, oczywiście za wyjątkiem Golańskiego. Pierwsza połówka nas nie mogła raczej zachwycić, gdyż mecz rozpoczęliśmy jednym groźnym strzałem, który notabene zakończył się golem, a zakończyliśmy ją uderzeniem głową Korzyma. Negatywne oceny sobie opuśćmy, mogła podobać się tylko ambicja Davida Abwo oraz refleks Silvio Rodicia. Druga część gry musiała być lepsza. Całe szczęście dla widowiska, kontra Zagłębia nie została wykorzystana przez Piecha, a za chwilę przenieśliśmy się pod drugą bramkę, a gola zdobył – ze sporą dozą farta, po rykoszecie – Jacek Kiełb, więc można było mieć nadzieję na chociaż kawałek porządnej piłki. Cóż. Może kompromitacji nie było, ale raczej nie oszaleliśmy z nadmiaru emocji.


„Spała efekt” to przeżytek
Przykład Abwo pokazuje, że wcale nie trzeba wyjeżdżać do Spały oraz na obóz zagraniczny, by grać nieźle od początku wiosny. Nigeryjczyk zdobył bramkę dla Zagłębia, zresztą w niesamowicie efektowny sposób – przelobował on Zbigniewa Małkowskiego. To pokazuje, że „Spała efekt” wcale mieć miejsca nie musi, by być najlepszym strzelcem drużyny w drugiej części sezonu i przez dość długi czas ambitnie walczyć o kolejne trafienia. Drugi mecz wiosną, trzecia bramka.


Ukryte zdolności Curto
Manuel Curto ma za to pewną – nomen omen – ukrytą umiejętność, o której mogli nie wiedzieć włodarze Zagłębia. Otóż pomocnik „Miedziowych” potrafi znikać na krótszy lub dłuższy okres. Raczej jednak, niestety dla trenera, korzysta z tej drugiej możliwości. A nawet jeśli już się pojawia, to prezentuje taką delikatną niefrasobliwość, cechującą gros zawodników rodem z czarnego lądu, czyli często brak odpowiedzialności za rozegranie piłki od tyłu. Owszem, czasem bywa to efektowne, ale w końcu zdarzy się, że ten zawodnik będzie ostatnim, a piłkę przejmie przeciwnik. Ciekawe co wtedy? Niemniej, ciężko było nawet go znaleźć na ekranie telewizora. Portugalczyk wprawdzie w pierwszej połowie był dość aktywny, ale w drugiej części gry może z raz, czy dwa komentatorzy wymienili jego nazwisko. Został zmieniony w 74 minucie.


Robot Golański

Prawy obrońca Korony kolejny raz pokazuje, że nie trzeba być wirtuozem piłki, by grać w każdym meczu niemal bezbłędnie. Wprawdzie tym razem nie dołożył się bezpośrednio do zdobytej bramki, ale kolejny raz lewoskrzydłowy przeciwników sobie nie pohulał. Ten doświadczony zawodnik gra bardzo elegancko. Klasa i solidność – to cechuje Golańskiego, nawet jeśli nie zdobywa bramki, ani nie zalicza asysty. Kto powie, kiedy Golański popełnił ostatnio błąd, który stworzył rywalom dobrą okazję do zdobycia gola?


Małkowski odżył po śnie zimowym

Zagłębie było groźne. Nie raz próbowali zaskoczyć golkipera drużyny gospodarzy. Próbował aktywny Piech, próbował dynamiczny Abwo, próbował efektownie Rymaniak, ale żaden z nich nie był w stanie pokonać Zbigniewa Małkowskiego. Ich starania najwidoczniejsze były zwłaszcza w końcówce, kiedy dążyli do zwycięstwa. Bramkarz był jednak nieugięty, nie dał się już pokonać i pomimo straconej bramki na początku spotkania, można swobodnie uznać go za najlepszego zawodnika tego spotkania.


Wisła Kraków – Cracovia 3:1 (2:0)
Było oczywiste, że faworytem tego meczu była Wisła. Lepsza forma, swój stadion, dużo krótsza lista kontuzjowanych. To przemawiało na korzyść gospodarzy, lecz dobrze wiemy, jak to bywa z tymi derbami w Polsce. Często te mecze są nie najciekawsze i nie obfitują w mnóstwo sytuacji bramkowych. Pomimo tego, można było spodziewać się dobrego meczu. Z początku tylko „Pasy” potrafiły kontrolować futbolówkę, a Wiśle trochę czasu zajęło, zanim trochę pograli piłką. Przez długi czas w drużynie gospodarzy środek pola niemalże nie istniał. Gra nie szła zupełnie, na próżno było szukać dogodnych okazji. Wtedy z pomocą przyszedł Arkadiusz Głowacki. W wykonywaniu rzutu wolnego Stjepanovicia zastąpił Semir Stilić. Znakomita wrzutka spod linii bocznej i w 36 minucie, dzięki główce Głowackiego, Wisła wyszła na prowadzenie. I trzeba powiedzieć, że była to bramka zasłużona. W 39 minucie do asysty Stilić dołożył i swojego gola. Nawinął obrońcę na tzw. raz i piłka drugi raz trafiła do siatki. W drugiej połowie wreszcie zaczęli grać goście. Nie mieli już nic do stracenia i ich ataki przyniosły zamierzony efekt. Ładna asysta Kity, ale wykończenie Ntibazonkizy – majstersztyk! Ostatni kwadrans zapowiadał się fascynująco. I był. Obie strony atakowały, ale to Wisła podwyższyła wynik. Autorem bramki okazał się Łukasz Garguła, który zdobył wręcz parodystycznego gola. Niesamowicie dziwny strzał znalazł miejsce w siatce bramki strzeżonej przez Pilarza.


Stilić is back

To jest doprawdy symptomatyczne. Semir Stilić to zawodnik, który dobrze radzi sobie tylko w naszej Ekstraklasie. Dobry na naszą ligę, za słaby na inną. Bywa. A jeśli nie jest w stanie zaistnieć zagranicą, to niech chociaż nas raczy swą grą, najlepiej taką jak dziś. W pierwszej połowie Bośniak dograł piłkę na nanometry na głowę Arkadiusza Głowackiego, by chwilę później samemu trafić do siatki, po uprzednim przełożeniu obrońcy na zamach. Pokazał on sporą klasę i wydaje się, że będzie istotnym zawodnikiem w układance Franciszka Smudy, pomimo gorszej drugiej połówki.


Głowacki królem pola karnego (nie tylko swojego)
Swobodnie można wprowadzać juniorów do pierwszego składu mając w składzie kogoś takiego, jak „Głowa”. Dziś pokazał on umiejętności, cwaniactwo – w pozytywnym tego słowa znaczeniu – oraz po prostu doświadczenie. W obronie był jak skała, jak Konfucjusz medytujący siódmą godzinę, jak tafla wody w bezwietrzny dzień. Ani Boljević, ani Kita, ani Rakels nie byli w stanie zagrozić Miśkiewiczowi. Głównie dzięki stoperowi Wisły. Poza tym, dorzucił też ładną bramkę. Jego uderzenie głową było idealnie wymierzone, a sytuacja łatwa nie była. Klasa – tak najkrócej można ocenić grę Głowackiego.


Obrona bez Kosanovicia nie przypomina obrony

Wydawało się, że priorytetem transferowym musi być wzmocnienie bloku defensywnego, a już tym bardziej, gdy do Mechelen odszedł Kosanović. Niby przyszedł Mikolić oraz Wawrzynkiewicz, ale żaden z nich nie grał w tym meczu. Na pozycji stoperów grali przesunięty z defensywnego pomocnika, Dąbrowski oraz nominalny prawy obrońca, Krzysztof Nykiel. Nazwiska nie powalają, a już zwłaszcza w perspektywie środka obrony. Gra defensywna „Pasów” była mocno przeciętna, więc trzy stracone gole dziwić nie mogą. Woda na młyn dla Wiślaków. Przynajmniej do następnej „Świętej Wojny”, w Krakowie będzie trwała hegemonia Wisły.

 

Śląsk Wrocław – Ruch Chorzów 2:3 (0:2)
Od mocnego akcentu rozpoczęli goście. Niebywale zabawił się Grzegorz Kuświk. Zgarnął futbolówkę, wykonał fantastyczną ruletę i zmieścił piłkę obok rozgrywającego setne spotkanie w Ekstraklasie Mariana Kelemena. Drugi napastnik Ruchu nie zamierzał zadowolić się asystą przy bramce Kuświka. Znakomitą wrzutkę Dziwniela wykorzystał Jankowski, idealnie mierząc w górny róg. Drugi gol i ewidentnie znów nie popisali się stoperzy. W pewnym momencie zainterweniował Levy, który…Przesunął Kokoszkę na pozycję stopera, a Gavisha przeniósł tam, gdzie stworzy mniej zagrożenia pod własną bramką, na środek pomocy. Śląsk później próbował kreować sytuacje bramkowe, ale bez większego efektu, w związku z czym mieliśmy 2:0 do przerwy. Śląsk wychodził na drugą połówkę z jednym celem – doprowadzić chociaż do remisu. Ich cel spalił na panewce, gdyż trzecią bramkę dla chorzowian zdobył Maciej Jankowski i po godzinie gry było już 3:0. Mimo tego, Śląsk się poderwał. W 70 minucie Zieliński świetnie wrzucił piłkę w pole karne, a tam znalazł się Paixao, który dopełnił formalności. Gdy wydawało się, że tu już nie ma prawa się nic wydarzyć, bramkę zdobył Lubos Adamec, uderzając na pustą bramkę. Ciekawa końcówka, lecz Ruch nie dał odebrać sobie zasłużonych trzech punktów.


Kuświk grać jednak potrafi
O tym napastnik Ruchu stara się przekonywać nas od jakiegoś czasu, ale dziś? Nie można mieć już wątpliwości, że potrafi więcej niż tylko kopnąć prosto piłkę. Dziś, napastnik urodzony w Ostrowie Wielkopolskim, zdobył swoją ósmą bramkę w tych rozgrywkach, a nie zanosi się, by miał nagle przestać strzelać. Jego współpraca ze Starzyńskim oraz Jankowskim wygląda naprawdę solidnie i cała ta trójka ma ogromny udział w grze ofensywnej chorzowian.


Gavish nie jest zbawcą obrony Śląska
Delikatnie mówiąc. Tę tezę idealnie potwierdza to, że został przesunięty na środek pomocy, a w jego miejsce powędrował Kokoszka, ale zostawmy go. Zjedzą go inne media.


Że też Levy’ego nie wywieźli na taczce?
Cierpliwość się kończy, a jeśli jeszcze nie, to nie jest ona nieograniczona. Trener Levy na pewno ma skład predestynowany do walki o pierwszą ósemkę, lecz zamiast zajmować się wykorzystywaniem posiadanego potencjału, zajmuje się narzekaniem na krótką ławkę, murawę, piłkarzy, whatever. Panie Stanislavie, niech pan spojrzy prawdzie w oczy. Zniszczył pan drużynę, która jeszcze w tym sezonie walczyła o Ligę Europy.


Z pustego i Salomon nie naleje?
Może i nie, ale Kocian i owszem. Całkiem szczerze – kogo trener Ruchu ma do dyspozycji? Bramkarz, który w Lechii specjalnie nie zaistniał, czwórka obrońców, którzy na dobrą sprawę jakiś poziom osiągnęli tylko w Ruchu, pomocników, których słowacki szkoleniowiec wykorzystuje optymalnie, w szczególności Zieńczuka i Starzyńskiego oraz dwóch napastników. Jeden zapowiadał się na świetnego snajpera, ale gdzieś zaginął oraz Kuświk, któremu zawsze bliżej było do niższych lig, aniżeli do regularnego strzelania w Ekstraklasie. To, co z tymi zawodnikami zrobił Kocian jest wręcz niesamowite. Szkoleniowiec doskonale wykorzystuje stosunkowo niewielki potencjał chorzowian. Należy mu się wielki szacunek. Śląsk został pokonany, a ogromna w tym zasługa trenera.
 

SEBASTIAN IBRON
TWITTER: @sebastianibron

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)