Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Pięć do zera: Przyszły król, stracony ząb i wąsy, które opuszczają ligę

Pięć do zera: Przyszły król, stracony ząb i wąsy, które opuszczają ligę

Piłka nożna | 25 lutego 2014 17:00 | Mateusz Michałek
Stanislav Levy
fot. x - news / T-Mobile Ekstraklasa
Stanislav Levy

Tym razem m.in. o przyszłym królu strzelców, dziwnych rzeczach, które dzieją się w defensywie Górnika Zabrze i Stanislavie Levym, za którym pewnie wielu już tęskni.
 

Pięć do zera... Taki byłby wynik konfrontacji Marcina Robaka z Lechem Poznań, ale wszystko zepsuł Dawid Kownacki. Robak zmiótł gości z Wielkopolski z powierzchni ziemi. Owszem, świetnymi podaniami obsłużyli go Rudol, dwukrotnie Akahoshi, Murayama i Lewandowski, ale jednak nie każdy potrafiłby wykorzystać je wszystkie w jednym meczu. Ba, znalazłoby się pewnie paru rodzimych snajperów, którzy nie potrafiliby popisać się podobną skutecznością w całym sezonie. Najbardziej za swój występ w Szczecinie może wstydzić się Hubert Wołąkiewicz, którego napastnik Pogoni parę razy „przejechał” w identyczny sposób. A przypomnijmy, że chodzi o gościa, który rozegrał blisko 150 spotkań na poziomie Ekstraklasy. Robak z miejsca stał się głównym kandydatem do korony króla strzelców. Przed nami jeszcze podział na grupy, więc pewnie uda mu się przekroczyć liczbę 20 bramek. Nawałka nie miał innego wyjścia, musiał powołać go na towarzyski mecz ze Szkocją.


***


Pięć bramek, tyle, że dwóch meczach zdobył w tym roku Patryk Tuszyński. Ogromne zaskoczenie. Po pierwszej tegorocznej kolejce byłem pewny, że dwa gole z... Pogonią to jednorazowy wybryk. A tutaj proszę, hat-trick napastnika Lechii Gdańsk pozwolił wywieźć drużynie Michała Probierza trzy punkty z groźnej Bydgoszczy. Tuszyński mówił mi kilka dni temu, że trener „Bobo” Kaczmarek latem powiedział mu wprost, że nie ma szans na grę i dlatego odszedł na wypożyczenie do I ligi. Jak widać wyszło mu to na dobre. Kaczmarka w Gdańsku dawno już nie ma, Michał Probierz mu zaufał, a Tuszyński właśnie zanotował kapitalny początek roku. Pamiętajmy jednak jedno! Niech nikt nie próbuje nazywać go młodym, perspektywicznym zawodnikiem. On ma już 24 lata na karku.


***


Gola w meczu z Jagiellonią Białystok strzelił pomocnik pomocnik Podbeskidzie Bielsko-Biała, Piotr Malinowski. Ostatecznie przyczynił się on do wywiezienia przez „Górali” jednego punktu z Podlasia. Dla „Maliny” to druga bramka w historii występów w Ekstraklasie. A występów zanotował już blisko 100! Patrząc na to, że dość często przebywa w okolicach bramki rywali, tych goli powinien mieć co najmniej z pięć razy więcej. Może dość często w swojej karierze pełnił on rolę rezerwowego, który wchodzi na boisko po przerwie, ale o dziwo w jego przypadku to powinien być pozytyw. Jego jedynym atutem jest szybkość, czyli najgroźniejsza broń w walce z podmęczonym rywalem. „Malina” zawsze robi dużo szumu, ale nic (!!) z tego nie wynika. Z całą sympatią, bo to nie jego wina, że nie otrzymał talentu do gry w piłkę, nie rozumiem, jakim sposobem gra tak długo w najwyższej klasie rozgrywkowej.


***


Przedziwnych zdarzeń w polu karnym Górnika Zabrze ciąg dalszy. W poprzedniej kolejce fatalnie w meczu z Zagłębiem zaprezentowali się bramkarz Norbert Witkowski i obrońca Błażej Augustyn. Tego pierwszego w spotkaniu z Legią Warszawa zastąpił Pavels Steinbors. Łotysz bronił bez zarzutu, ale fatalne zderzenie z własnym kolegą, Antonim Łukasiewiczem skończyło się dla niego złamaną kością jarzmową. Prócz tego, golkiper stracił jedynie zęba. Jedynie, bo mogło być o wiele gorzej. Ale na potwierdzenie tego, że w defensywie Górnika źle się dzieje, przywołać trzeba jeszcze występ Borisa Pandży. Niedoszły gracz Glasgow Rangers zaliczył dwie „asysty” przy bramkach rywali. Drugiej być nie powinno, bo arbiter Paweł Pskit nie dał mu (a powinien) kolejnego „żółtka” za faul na Henriku Ojamie.
 

***


Ta chwila musiała w końcu nadejść. Najpopularniejsze wąsy Ekstraklasy opuściły polskie boiska. Śląsk Wrocław Stanislava Levego przegrał w tym roku z Lechem Poznań i Ruchem Chorzów, a w sumie, nie wygrał w ośmiu ostatnich spotkaniach. Czech przybył do Wrocławia we wrześniu 2012 roku, i od tamtej pory zdobywał średnio 1,3 pkt na mecz. Marna średnia. Abstrahując od tego, jakim Levy jest szkoleniowcem i jak grał jego zespół, trzeba powiedzieć, że polska Ekstraklasa traci kogoś wyjątkowego. Sympatyczny i bardzo naturalny w swoim zachowaniu Czech doczekał się własnego fanpage'a. „Stanislav Levy, legenda za życia, trener, wieloletni smakosz fioletowej ambrozji na kościach”. Bez wątpienia jeszcze długo będzie się o nim mówiło. A wcale nie jest powiedziane, że kiedyś nie wróci do polskiej ligi. Fani, trzymajcie kciuki!

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)