Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Gracies, El Cor de Lleó

Gracies, El Cor de Lleó

Piłka nożna | 06 marca 2014 22:05 | Jakub Kacprzak


Futbol ma to do siebie, że kocha tworzyć legendy. Legendy, w których zakochują się kibice, a media barwnie opisują dodając dodatkowego kolorytu. Są w piłce nożnej postacie, które zapadają w pamięć na lata. Jednak niewiele jest takich zawodników jak on. Bohater tego artykułu osobą jest niezwykłą. Trudno znaleźć drugiego takiego we współczesnej piłce. Gdy zawodnicy prześcigają się w coraz to śmielszych fryzurach, kolorowych butach, kupują najdroższe samochody, spotykają się co chwilę z nowymi partnerkami i brylują na czerwonym dywanie, on przemawia swoją grą. Gdy zaczynał w 1999 roku, Leo Messi miał 12 lat. Barcelona na swoim koncie tylko jedno zwycięstwo w Pucharze Mistrzów (dziś Liga Mistrzów) i 16 mistrzostw Hiszpanii. Dziś Messi ma 27 lat i uznawany jest za najlepszego piłkarza na świecie, a Duma Katalonii 22 mistrzostwa kraju i cztery wygrane w Lidze Mistrzów. Panie i Panowie. Z wielkim zaszczytem piszę te słowa. Słowa o żywej Legendzie – Carlesie Puyolu.


Hiszpan, urodzony w malutkiej miejscowości La Pobla de Segur na północy Katalonii, którą zamieszkuje obecnie ledwo nieco ponad 3 tysiące osób, szybko został dostrzeżony jako niezwykły talent. Z rodzinnej mieściny trafił do stolicy Katalonii i jednego z największych hiszpańskich miast – Barcelony. Miał zaledwie 17 lat. Mogło się wydawać, że taki przeskok może spowodować, iż młodemu chłopakowi uderzy do głowy sodówka. Na polskie warunki zrobił taki przeskok jakby ktoś z miejscowości Michałowo (woj. wielkopolskie) trafił nagle do Poznania. Jednak jemu zależało na ciężkiej pracy. Nie oddał się uciechom nocnego życia w Barcelonie i ciężko nad sobą pracował. To właśnie ambicja, mocny charakter i zamiłowanie do ciężkiej pracy sprawiły, że stał się tak dobry. Aby zrozumieć skąd wzięła się jego nieustępliwość, twardość i zaangażowanie, musimy z powrotem cofnąć się do La Pobla de Segur. W rodzinnej miejscowości Carles zaczynał przygodę z piłką od... stania na bramce. W jednym z wywiadów przyznał, że nie bał się rzucać nawet na betonie. Z tego też powodu zaczął mieć problemy z kręgosłupem. I kto wie jak potoczyłyby się losy El Capitano gdyby nie lekarz, który powiedział mu, że jeśli dalej chce grać w piłkę, musi zmienić pozycję. Młody Puyol nie chciał o tym słyszeć, ale jego mama zabrała mu rękawice. Zmuszony więc do zmiany Carles zdecydował się na to, by być... napastnikiem. Dopiero gdy dołączył do La Masia trenerzy odkryli w nim talent do gry na obronie. Grał jako prawy obrońca i miał ku temu świetne warunki fizyczne. 178 cm wzrostu, dobra budowa ciała. Jednak nie była to ostatnia zmiana pozycji, na jakiej Hiszpan miał zagrać.


W 1999 roku zadebiutował w seniorskiej drużynie Barcelony. Trenerem był wówczas Luis van Gaal, który postanowił uczynić z Carlesa środkowego obrońcę. Wielu wtedy pukało się w głowę i twierdziło, że zawodnik o takim wzroście nie nadaje się na rządzenie w centrum defensywy. Jednak bardzo szybko Puyol udowodnił im, że się mylili. Rok później stał się ważnym ogniwem olimpijskiej kadry, która w Sydney zdobyła srebrny medal. Jednak mało kto wie, że niewiele brakowało, by jego kariera potoczyła się zupełnie inaczej. Barcelona na początku XXI wieku miała problemy finansowe i myślała nad sprzedażą Carlesa. Zainteresowany nim był Manchester United. Do transferu jednak nie doszło, a w 2003 roku obrońca stał się kapitanem Blaugrany. Co ciekawe funkcję tą wybrali mu koledzy z drużyny. Jak sam stwierdził, nigdy nie przyjąłby opaski kapitańskiej od trenera czy prezydenta klubu, gdyż to jego koledzy z zespołu powinni decydować o takich rzeczach. Mimo to, w szatni Barcelony nikt nie miał wątpliwości, że to on zasługuje na miano bycia kapitanem. Trzeba przyznać, że wybór ten nie dziwi w żaden sposób. Carles swoją postawą na boisku i poza nim udowodniał, że jest odpowiednią osobą do kierowania zespołem. Nie dał się nawet przekonać Van Gaalowi do ścięcia bujnej czupryny, dzięki której jest tak rozpoznawalny. A przecież holenderski szkoleniowiec znany jest z tego, że nie lubi gdy się mu sprzeciwia. Tutaj jednak znowu wielką rolę odegrała jego mama, która od samego początku namawiała swego syna, by ten zawsze był sobą i nie zmieniał w sobie niczego, bo chce tego ktoś inny.


Ciekawe jest to, że mama Carlesa nigdy nie obejrzała żadnego meczu syna. Nie chce bowiem patrzeć jak jej pociecha ryzykuje na murawie. Sam Puyol po każdym meczu dzwoni do niej i opowiada o wyniku. Zresztą jest on niezwykle przywiązany do rodziny. Mówi, że jednym z ważniejszych momentów w jego karierze była możliwość wzniesienia pucharu Ligi Mistrzów, gdy na stadionie był jego ojciec, który zmarł tragicznie kilka miesięcy później. Pamiętny finał przeciwko Arsenalowi był ostatnim meczem, w którym Josep Puyol obserwował swego syna. Carles o śmierci swego taty dowiedział się w trakcie przygotowań do wyjazdowego meczu z Deportivo La Coruña. Na wieść o tragedii od razu wrócił, by być przy swej rodzinie. Nigdy nie był bohaterem skandali, a w tym roku wraz ze swoją partnerką Vanessą Lorenzo urodziła im się córeczka, o czym kapitan Dumy Katalonii poinformował na Twitterze. Sam też przyznaje, że jest typem domatora, który ceni spokój.


Swe cechy charakteru doskonale przenosi na murawę. Każdy z zawodników zaznacza jak wiele daje obecność Puyola na boisku. Gdy oficjalnie Carles zapowiedział, że po sezonie odejdzie z Barcelony, Gerard Pique napisał na swym Facebooku notkę, w której nazwał swego przyjaciela „Aniołem Stróżem”. Xavi, który gra z Puyolem od czasów La Masia stwierdził, że mając go za swoimi plecami zawsze staje się lepszym zawodnikiem. Szanują go wszyscy, nawet rywale z Realu Madryt. Cieszy się powszechnym poważaniem, a to zawsze znaczy więcej niż milionowe kontrakty reklamowe i występy na bankietach. Mówi się, że piłkarzy świetnych, od piłkarzy genialnych różni to, że ci pierwsi potrafią sami rozstrzygnąć losy spotkania. Genialni natomiast sprawiają, że wszyscy w drużynie stają się lepi. Tak też jest z Puyolem. Odkąd zaczął grać w pierwszym składzie Barcelony, prowadziło go dziewięciu szkoleniowców (dwukrotnie Luis van Gaal). Frank Rijkaard chciał osobiście mianować go kapitanem, ale Carles odmówił, bo jak już wyżej pisałem uważał, że to drużyna powinna wybrać swego lidera.


Oszałamiają jego sukcesy. Z samą Barceloną wygrał sześć mistrzostw kraju, trzykrotnie triumfował w Lidze Mistrzów, dwa razy wygrywał Klubowe Mistrzostwo Świata, dwa razy Superpuchar Europy, dwa razy Copa del Rey, sześciokrotnie Superpuchar Hiszpanii. Do tego był ważnym punktem reprezentacji, która w 2008 roku zdobyła złoty medal na Euro, a dwa lata później mistrzostwo świata. Stał się symbolem złotego pokolenia hiszpańskiego futbolu. Wszystko to dzięki niezwykle ciężkiej pracy, charyzmie, charakterowi i talentowi. Trudno sobie wyobrazić kogoś, kto równie dobrze obrazowałby jak powinien wyglądać kapitan piłkarskiej drużyny. Gdyby stworzyć w encyklopedii hasło „Kapitan piłkarskiej drużyny”, to zdjęcie Puyola powinno znaleźć się jako przykład idealny. Zaangażowany, zawsze zmotywowany i nie dający odpuścić swoim kolegom z drużyny. Przykład tego kim jest prawdziwy piłkarz Barcelony. Nie ma chyba nikogo, kto lepiej obrazowałby jakie cechy cenią w Dumie Katalonii.

Trudno jednak sobie wyobrazić klub bez niego. Gdy ogłosił na konferencji prasowej swe odejście po trwającym sezonie wielu miało łzy w oczach. Symbol, Legenda (tak, przez duże L), uosobienie tego, czym jest Blaugrana. Cytując znów słowa Gerarda Pique „Śmieję się gdy mówią, że będą szukać nowego Puyola. Bo nigdy go nie znajdą”. I jest w tym sama prawda. Nie ma zawodnika, który tak mocno odcisnąłby swe piętno na drużynie jak Carles. Nawet o Paulo Maldinim nie mówiono tak, jak mówi się o Puyolu. Nie ma drugiego takiego jak człowiek z „piątką” na plecach. Człowiek, który potrafił oddać moment wzniesienia pucharu Ligi Mistrzów swemu koledze, Ericowi Abidalowi, który w momencie, gdy jego klub zdobywał LM, walczył z nowotworem. Niewielu stać na taki gest, a Carles zrobił to bez chwili zawahania. Był to jeden z piękniejszych momentów w historii futbolu. Pokaz tego, że nie ważne jaką sprawujesz rolę, jak wielką postacią jesteś. Liczy się to jaką jesteś osobą. Puyol bez wątpienia jest osobą wielkiego serca.


Nie wiadomo co będzie gdy odejdzie z Barcelony. Czy zakończy karierę? Trener koszykarskiej drużyny Blaugrany, Xavi Pascual stwierdził, iż taki człowiek jak Puyol kariery nie powinien kończyć nigdy. Niestety seria kontuzji i mijające lata sprawiły, że ten moment nieuchronnie się zbliża. Trudno ocenić, czy „Lwie Serce” jak nazywany jest Carles postanowi grać gdzie indziej. Jednak oddać mu trzeba, że wie jak odejść z klasą. Nie próbuje na siłę trzymać się w zespole i odcinać kuponów od swej kariery. Nie żeruje na finansach klubu, choć z pewnością każdy z cules bez mrugnięcia okiem zgodziłby się na to, by Puyol otrzymywał dożywotnią pensję za to co zrobił dla zespołu i reprezentacji. Za to, że pomimo wielu kontuzji (w trakcie 15 lat kariery seniorskiej, odniósł aż 35 urazów!) wciąż wracał i grał na niezwykle wysokim poziomie.


Prawda jest taka, że nie da się go zastąpić. Ze smutkiem należy po prostu stwierdzić, że kończy się w Dumie Katalonii pewna epoka. Odejście Victora Valdesa nie poruszyło nas tak, jak wieść o tym, że po sezonie w szatni zabraknie Carlesa Puyola. Gdzieś w sercu tli się nadzieja, że może jednak zmieni zdanie, że jeszcze pogra. Ale jest on człowiekiem honoru i nie rzuca słów na wiatr. Dobrze wie, że jego czas na zakończenie kariery nadchodzi i nie chce go przeciągać w nieskończoność. Pewne jednak jest to, że do ostatniego swego spotkania będzie on w pełni zmotywowany i nie odpuści choćby na sekundę. To nie jest w jego stylu. Jego ostatni mecz w barwach Barcelony będzie dla sportu tym, czym ostatni występ Michaela Jordana w NBA. Nie wiem czy da się w 100% odpowiednio go pożegnać. Zasługuje na najwyższe zaszczyty. Za to kim jest, jak wykonuje powierzone mu zadania, ale przede wszystkim za to, że przez te wszystkie lata wciąż nam udowodniał, że w profesjonalnej piłce jest miejsce dla takich osób jak on. W przepełnionym pieniędzmi, skandalami i parciem na medialny sukces świecie, on pozostał sobą.


I tak jak jego życie jako czynnego zawodnika dobiega końca, tak i ten artykuł trzeba będzie zakończyć. Choć chciałoby się jeszcze tak wiele napisać. O meczach, niezapomnianych akcjach, umiejętnościach, tym jak chronił swych przyjaciół na murawie i poza boiskiem. Nie ukrywam, że mam łzy w oczach pisząc te słowa. Bowiem piłkarski świat straci Wielkiego Bohatera. Numer pięć w Barcelonie powinien zostać zastrzeżony bez dwóch zdań. Bowiem nie będzie nikogo, nie ważne jak dobrego, kto równałby się z „Lwim Sercem”. Wypada powiedzieć: Dziękujemy. Bo nieważne komu kibicujecie. Każdy kto kocha futbol wie, że Legenda odchodzi i należy mu się szacunek po wsze czasy. Gracias El Capitano!




Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)