Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Niezwykli Piraci z Madrytu

Niezwykli Piraci z Madrytu

Piłka nożna | 10 marca 2014 19:33 | Jakub Kacprzak


Futbol... 90 minut walki, pasji, wiary w zwycięstwo. Mieszanka potu, smutku, wściekłości i radości. Nic nie smakuje tak jak wygrana. Nic nie boli tak mocno jak porażka. Do tego piłka nożna ma do siebie to, iż kocha historie barwne i nieprawdopodobne. Kocha ustawiać obok siebie dwóch różnych bohaterów, których różni wszystko. Kontrast w naszej ukochanej dyscyplinie jest niekiedy tak duży, że trudno uwierzyć iż samo życie pisze niesamowite scenariusze. A jeśli zechcemy poszukać czegoś naprawdę wyjątkowego, wybrać musimy się do Hiszpanii. Konkretnie do jej stolicy. To właśnie tam, w Madrycie, mamy do czynienia z największym piłkarskim kontrastem, który jednocześnie jest przepiękny.


Mówisz Madryt – myślisz Real i Atletico. Drużyna Królewskich jest futbolowym hegemonem. Najdroższe transfery, przepiękny stadion, bijące się o skrawek miejsca reklamowego na ich koszulkach firmy. Najlepsi piłkarze na świecie, reprezentanci i kapitanowie swych krajów. Natomiast Los Indios, jak nazywa się piłkarzy Atletico to klub mniej utytułowany, lecz z równie bogatą historią i wielkimi nazwiskami. W momencie gdy piszę te słowa, Real w La Liga zajmuje pierwsze miejsce, a Atletico drugie. To o tym duecie mówi się najwięcej i nikogo zbytnio to nie dziwi. Jest jednak też trzeci klub, który całkowicie odstaje od piłkarskich norm panujących w stolicy Hiszpanii. Mowa tu o Rayo Vallecano. Zespołowi, który przez 90 lat swego istnienia nigdy nie wyszedł z cienia swych większych rywali. Klub, który w swej historii 15-krotnie grał w Primera Division, lecz zaledwie trzy razy udało mu się zająć miejsce w pierwszej dziesiątce. Ich najwyższa lokata to ósma pozycja w minionym sezonie.


Rayo odróżnia od dwójki madryckich potęg wszystko. W swej nazwie nie mają nazwy miasta, nigdy nie sięgnęli choćby po jedno trofeum. Ich największym sukcesem był awans do ćwierćfinału Pucharu UEFA w sezonie 01/02 i półfinał Copa del Rey w rozgrywkach 81/82. Grają na nieco ponad 14-tysięcznym obiekcie, a jeden z ich przydomków to Piraci, choć jak wiadomo Madryt dostępu do morza nie ma. Kolejną różnicą są kibice. Na Real przychodzi się, bo jest to wyznacznik pozycji społecznej, zamożności, a także cel turystycznych wycieczek. Natomiast Rayo to klub, który się po prostu kocha. Ich kibice są jednymi z najbardziej żywiołowych w Hiszpanii. Dla nich Rayo jest uosobieniem ich żyć. Klub znajduje się w robotniczej dzielnicy Madrytu, której nie zamieszkują bogacze i gwiazdy. Dla Vallecanos najważniejszy jest honor. Wybaczają porażki, a nawet wielkie klęski, ale nie wybaczą braku walki i honoru.


Sytuacja Rayo jest wyjątkowa. Mało kto zwraca na nich uwagę. Niedzielni kibice wolą oglądać Real czy Atletico. Vallecano jest na uboczu. Traktuje się ich poniekąd jako czarną owcę w madryckiej rodzinie futbolu. Nie stać ich na zakup głośnych nazwisk, wyróżniający piłkarze odchodzą do większych klubów. Mimo to, wciąż na stadion Campo de Futbol de Vallecas przychodzą wierni kibice. Na czym polega tajemnica tego, że klub, który nie ma szans w walce z hegemonami jest tak lubiany? Odpowiedzi jest kilka. Po pierwsze należy zwrócić uwagę na to, że Rayo gra swoim stylem. Zasługa w tym leży w osobie Paco Jemeza. Trener, który objął drużynę w 2012 roku. Ambitny, bezpośredni, szczery, a nawet nieco szalony. Pokochali go wszyscy kibice Rayo. Szkoleniowiec nie próbuje być gwiazdą. Wszelkie błędy i porażki bierze na siebie. Dla kibiców jest uosobieniem tego, jaki prawdziwy człowiek z Vallecano być powinien. Dał on Rayo styl, który wielu uznaje za samobójczy, jednak nikt nie odmówi im tego, że zespół nie ma charakteru i własnego stylu.


Dzięki najlepszemu wynikowi w swojej historii, pokochano Paco jak i całą drużynę jeszcze mocniej. Bez wielkich sponsorów, finansów pozwalających na zakup klasowych graczy, z kameralnym stadionem na uboczu Madrytu. Przedarli się oni do czołowej dziesiątki i gdyby nie to, że UEFA nie dała im licencji na grę w europejskich pucharach, to Vallecanos mieliby szansę na Ligę Europy. Pokazali wtedy, że choć to o Atletico i Realu mówi się więcej, to i oni potrafią o swoje walczyć. Są poniekąd jak wspomniani Piraci. Wciąż na uboczu, muszący wyrywać rywalom co im należne, ale jednocześnie pamiętający o swojej historii i tym kim są. To właśnie atmosfera na stadionie sprawia, że na meczu Rayo można poczuć się wyjątkowo.


Zaskakującym jest, że dla takiego zespołu jest jeszcze miejsce w światowej piłce. I to w lidze, o której zwykło się mówić, jako o jednej z najlepszych na świecie. Rayo jest uosobieniem niezwykłości. Klubem, który zyskał sobie mnóstwo wiernych fanów nie dzięki niesamowitej grze, sukcesom, głośnym nazwiskom czy skandalom. Vallecano pokazuje, że w świecie przepełnionym hipokryzją, pieniędzmi i chorą ambicją, jest miejsce na prawdziwe wartości. I choć teraz Rayo zajmuje przedostatnią pozycję w ligowej tabeli i jest jednym z faworytów do spadku, to jestem pewien, że kibice dalej dumnie będą chodzić na mecze i dopingować swych idoli. Bo takich klubów jak Rayo dziś już po prostu nie ma.




Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)