Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Wtorek w LM: Özil zawalił dwumecz z Bayernem. Gdzie zabrnie Atletico?

Wtorek w LM: Özil zawalił dwumecz z Bayernem. Gdzie zabrnie Atletico?

Piłka nożna | 12 marca 2014 00:53 | Przemysław Drewniak
Po dwumeczu z Bayernem Mesut Özil spotka się z ogromną krytyką
fot. Flickr/Ronnie Macdonald
Po dwumeczu z Bayernem Mesut Özil spotka się z ogromną krytyką

Choć na pierwszy rzut oka może wydawać się inaczej, to Diego Costę i Mesuta Özila łączy całkiem sporo. Obaj pochodzą z tego samego rocznika, urodzili się w odstępie zaledwie sześciu dni i są wschodzącymi gwiazdami europejskiej piłki - jeszcze tej drugiej kategorii, ale z aspiracjami ku temu, by już wkrótce sięgać po najwyższe trofea i zabłysnąć na najbliższym mundialu. Po wtorkowych spotkaniach rewanżowych 1/8 finału Ligi Mistrzów znajdują się jednak na przeciwnych biegunach - trzy gole Costy w dwumeczu z Milanem dały Atletico pierwszy od 17 lat awans do ćwierćfinału, zaś Özil nie sprostał roli lidera Arsenalu i po raz drugi kompletnie zawiódł w starciu z niepokonanym Bayernem.


Jeszcze nie jest liderem


Przykład Özila pokazuje, że powiedzenie "jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz" idealnie oddaje nastroje i osądy kibiców. Jeszcze na początku sezonu media niemal linczowały Real Madryt i Carlo Ancelottiego za wytransferowanie niemieckiego pomocnika do Arsenalu. Królewscy spisywali się wówczas w lidze bardzo przeciętnie, a Özil niemal z miejsca stał się gwiazdą i czołową postacią Kanonierów. Ale kto dziś o tym pamięta? Wśrod internautów już przewijają się komentarze, że transfer z udziałem Özila był w letnim okienku transferowym największym sukcesem... Realu.


25-latek sam jest jednak sobie winien. Od kilku tygodni nic nie daje swojej drużynie, a w dwumeczu z Bayernem pokazał, ze jeszcze nie dorósł do roli lidera zespołu Arsene'a Wengera. W Londynie zmarnował rzut karny, który mógł całkowicie odmienić dalsze losy rywalizacji, a później przeszedł obok meczu. Mimo to, Francuz zaufał mu i dał szansę gry od pierwszej minuty w Monachium, ale na drugą połowę wolał już posłać do boju Tomasa Rosicky'ego. Na Allianz Arenie Özil był bowiem kompletnie niewidoczny i znów okazał się jedynie cieniem znakomitego piłkarza z początku sezonu. A szkoda, bo gdyby znajdował się w swojej najlepszej dyspozycji, Arsenal nie byłby bez szans w starciu z najlepszą drużyną świata. Na dodatek Niemiec doznał kontuzji i najprawdopodobniej czeka go teraz pauza.


Nie do końca da się przed danym meczem przewidzieć, czego się spodziewać po obronie Kanonierów. W zdecydowanej większości spotkań tego sezonu Per Mertesacker i Laurent Koscielny spisywali się znakomicie, ale ostatnio zdarzyło im się kilka wpadek. W Monachium zobaczyliśmy jednak lepszą twarz defensywy Arsenalu. W pierwszej połowie, z wyjątkiem nielicznych sytuacji, londyńczycy bronili bezbłędnie. To Bayern dominował, podwajał, potrajał aż w końcu czterokrotnie przebijał rywali w liczbie wymienianych podań, ale Łukasz Fabiański nadal nie miał wielu szans, by się wykazać. Problem Arsenalu polegał jednak na tym, że do awansu cały czas potrzebował zdobycia dwóch goli. To zadanie niewykonalne, jeżeli oddaje się inicjatywe rywalowi i całkowicie odpuszcza atakowanie. 


Po zmianie stron Arsenal wyglądał w ataku znacznie lepiej. Posiadanie piłki z 30 wzrosło do 40% i pod bramką Manuela Neuera w końcu się coś działo. Do Alexa Oxlade'a-Chamberlaina, jedynego piłkarza gości, który w pierwszej połowie sprawiał gospodarzom jakiekolwiek kłopoty, dołączył wspomniany Rosicky i walczący Lukas Podolski. Szczególnie ten drugi wniósł do poczynań Kanonierów trochę świeżości i agresywności.


Bayern grał jednak swoje i obronie Arsenalu w końcu musiała przydarzyć się sekwencja błędów, po której Fabiański skapitulował. Dziurę w środku defensywy wykorzystał Bastian Schweinsteiger. Tym razem został nieco przyćmiony przez doskonale kierującego grą Bayernu Thiago Alcantary, ale to on zamienił akcję i podanie Francka Ribery'ego na gola przesądzającego o awansie Bawarczyków. Wprawdzie Arsenal odpowiedział błyskawicznie za sprawą trafienia Podolskiego, ale w tej chwili nie ma na świecie drużyny, która na wyjeździe mogłaby wbić drużynie Pepa Guardioli aż trzy gole. Tym bardziej, że w końcówce Arsenal był już zmęczony nieustannym gonieniem za piłką.


Mistrzowie nurkowania


Co jeszcze zapamiętamy z tego spotkania? Przede wszystkim obronę Łukasza Fabiańskiego, który popisał się jedną z bardziej efektownych interwencji przy rzucie karnym jakie ostatnio widział świat. Reprezentant Polski przez cały mecz wyglądał bardzo pewnie, przy golu nie miał nic do powiedzenia i możemy tylko żałować, że jego parada w doliczonym czasie gry nic już nie znaczyła. Fabiański w kolejnym spotkaniu zebrał jednak dobre noty i pokazał, że długie miesiące przesiadywania na ławce rezerwowych nie umniejszyły nic z jego wartości.


Bayern miał w tym meczu słabsze kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt minut po straconym golu, ale dla mnie i tak największą rysą na jego występie pozostaną żałosne "nurkowania" Arjena Robbena. To niepoważne, że jeden z najlepszych skrzydłowych świata dwa razy kładzie się przy zerowym lub znikomym kontakcie z którymś z rywali i jeszcze wychodzi mu to na sucho. Przy rzucie karnym też nie musiał upadać, choć akurat w tej sytuacji błąd popełnił Koscielny. W akcji bramkowej Podolskiego beznadziejnie zachował się zaś Phillip Lahm, przewracając się po pchnięciu byłego zawodnika Bayernu tak, jakby ziemska grawitacja przyciągnęła go z podwójną mocą. Przeciwnicy Barcelony Guardioli często narzekali na to, że piłkarze Blaugrany często symulują, a sędziowie dają się na to nabrać. Oby Bawarczycy nie szli tą drogą, bo jest im to zupełnie niepotrzebne.


Costa goni CR7


Mistrzowie Europy pewnie wkroczyli do ćwierćfinału, ale w nim zapewne chcieliby uniknąć starcia z Atletico. Los Colchoneros przechodzili ostatnio przez mały kryzys, ale wygląda na to, że wszelkie problemy mają za sobą i znów potrafią imponować tak, jak robili to jesienią. W lidze zremisowali po dobrym meczu z Realem, a w Champions League z kwitkiem odprawili legendę tych rozgrywek, AC Milan.


Inna sprawa, że obecny skład Rossonerich nijak ma się do zespołu, który w połowie poprzedniej dekady aż trzykrotnie meldował się w finale Ligi Mistrzów, dwukrotnie go wygrywając. Na Vicente Calderon tylko Kaka zdołał odnaleźć w sobie trochę magii i w pierwszej połowie dać swojej drużynie niespodziewane wyrównanie, które tchnęło trochę energii w drużynę z Mediolanu. W trzecim kwadransie drugiej połowy goście nawet przeważali i mieli nawet doskonałą okazję na objęcie prowadzenia, ale Brazylijczyk z największą ilością trafień w Lidze Mistrzów tym razem przestrzelił. Wkrótce potem Arda Turan uderzył zza pola karnego, piłka po rykoszecie zmyliła Christiana Abbiatiego i było już po meczu.


W drugiej połowie Atletico upokorzyło bardziej utytułowanych rywali, strzelając im kolejne dwa gole. Grało w swoim najlepszym stylu, przez całe spotkanie imponując swoim świetnie zsynchronizowanym, skutecznym pressingiem. Milan nie miał na niego odpowiedzi i w dwumeczu przegrał 1:5, a aż trzy gole strzelił mu niezawodny Diego Costa. Snajper Atletico ma już na swoim koncie siedem trafień w tej edycji LM, czyli tyle samo, co Leo Messi. Ustępuje w tej klasyfikacji tylko Cristiano Ronaldo i Zlatanowi Ibrahimoviciowi. Z tą trójką łączy go ogromny wpływ na grę drużyny, bo dziś chyba nikt nie wyobraża sobie zespołu Diego Simeone właśnie bez Costy. Drużyna z Madrytu wyrasta na czarnego konia rozgrywek i wśród pozostałej siódemki ćwierćfinalistów nikt nie będzie chciał na nią trafić. Obok Realu Atletico wciąż jest jedynym zespołem, który w Lidze Mistrzów jeszcze w tym sezonie nie przegrał.


We wtorek Milan nie miał szans nawiązać walki z Los Colchoneros i to pokazuje, w jakim miejscu są teraz Rossoneri. Choć jeszcze niedawno byłoby to nie do pomyślenia, to wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie Mediolan i San Siro czeka dłuższy rozbrat z Ligą Mistrzów.


PRZEMYSŁAW DREWNIAK
Twitter: @przemekdrewniak
 

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)