Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna „Z nieba do piekła” czyli Manchester United wrócił na swoje!

„Z nieba do piekła” czyli Manchester United wrócił na swoje!

Piłka nożna | 20 marca 2014 00:26 | Michał Kozera
Zdobywca hat-tricka, waleczny jednooki i weteran futbolu, wciąż jednak nieoceniony na boisku.
fot. Manchester United / facebook.com
Zdobywca hat-tricka, waleczny jednooki i weteran futbolu, wciąż jednak nieoceniony na boisku.

Do tej pory tylko jedna drużyna zdołała odrobić dwubramkową stratę z pierwszego spotkania, by w dwumeczu cieszyć się z awansu do 1/4 Ligi Mistrzów. Teraz udało się to Manchesterowi United, który hat-trickiem van Persiego zapewnił sobie grę w ćwierćfinale. Piłkarze uczynili to w momencie idealnym dla siebie, dla klubu i przede wszystkim dla trenera, który mógł ponieść ostatnią porażkę za sterami tego klubu. Nie poniósł, bo jego jedenastka na murawie zostawiła serce.

 

To było być albo nie być dla Davida Moyesa, który po sromotnej porażce z Liverpoolu ze wszystkich stron mógł usłyszeć głosy o swoim rychłym zwolnieniu. Sam trener jednak pewnie przyznał, że o posadę się nie boi i pewnie przygotowywał swój zespół do meczu o wszystko w Lidze Mistrzów, tej, w której byt stał w wielkim cieniu po wstydliwym 0:2 w Olympiakosie.

 

Szkot musiał skład ustalać uwzględniając nieobecność Juana Maty, który nie jest dopuszczony do reprezentowania barw United w LM. Była zatem luka do załatanie, na miejsce której spodziewano się Shinjiego Kagawy. Japończyk otrzymał podczas przedmeczowej konferencji zapewnienie, że czeka go rola do odegrania w tym meczu, a sam pomocnik może spodziewać się dalszych występów. Niestety, musiał poczekać, bowiem w wyjściowym składzie miejsca dla niego nie było. Pojawił się za to Giggs obok Carricka, wrócił Valencia a lewe skrzydło zajął Welbeck. Do obrony, obok Phila Jonesa, desygnowany został Rio Ferdinand. Z takim składem Moyes stawiał wszystko na jedną kartę – będzie świetnie lub fatalnie.

 

Pierwsze minuty nie były lekkie – Olympiakos, podobnie jak wielu już rywali, nie zląkł się Diabłów u siebie i nie poczuł presji Old Trafford. Nawet jeśli, to przyjął ją z podniesionym czołem już od pierwszego gwizdka, naciskając na Diabły bez kompleksów. Kibice drużyny z włókienniczego miasta musieli przeczekać groszy okres, bo z upływem minut gra Diabłów poprawiała się. Zaostrzało się też spotkanie, a żółte kartki sypały się w dość szczodrze. Boleśnie odczuł to Antonio Valencia, który ponad godzinę musiał grać z opuchniętym okiem, stając się niemal twarzą walki United o awans.


Od strony praktycznej walka rozpoczęła się już w 25. minucie, kiedy faulowany w polu karnym był Robin van Persie. Holender otrzymał jedenastkę i wreszcie się przełamał, wygaszając nieco falę krytyki, jaka (zupełnie słusznie) spływała na niego po kilku z ostatnich gier. Kompletnie uciszył złe opinie w momencie, gdy Olympiakos myślał już o zejściu do szatni. Zupełnie inne spojrzenie na upływające ostatnie minuty pierwszej połowy mieli gracze Manchesteru, którzy – co do nich w tym sezonie niepodobne – pod koniec zaatakowali i mogli świętować bramkę. Znów trafił van Persie, jednak co równie ważne – asystował mu Rooney. W ten sposób złamana został passa meczów, gdy między tymi zawodnikami wymiana piłek toczy się tylko przy „kick-offie”.

 

Po 7 minutach drugiej połowy Czerwone Diabły zstąpiły z niebios do piekieł na dobre, rozpalając ogień w kibicach znów za sprawą van Persiego – Holender ustrzelił hat-tricka po świetnie wykonanym rzucie wolnym z 18 metra! Jak zdobyto awans? Rzut wolny wywalczył w ładnym stylu Danny Welbeck, a do piłki podeszli Rooney i RvP. Długo się naradzali nad sposobem wykonania stałego fragmentu, jak się jednak okazało, to obecność tej dwójki przy piłce była kluczowa. Pierwszy ruszył Rooney, zamierzając się na prawą nogę by tylko przebiec nad piłką. Bramkarz odruchowo drgnął w prawą stronę bramki i to wystarczyło, by wówczas strzał na lewy słupek oddał Robin. Golkiper nie drgnął, a piłka wcale nie wylądowała w miejscu „nie do wyjęcia”.


Niestety, po zdobyciu 3:2 w dwumeczu gra usiadła. 11-stka Moyesa pozwoliła sobie na złapanie oddechu po szaleńczej pogoni. Trwało to dość długo i na tyle długo, by Olumpiakos coraz śmielej zaczął sobie poczynać na połowie gospodarzy. Z biegiem minut często na połowie Manchesteru widać było komplet czerwonych trykotów, które zajadle broniły fantastycznego wyniku. Nikt jednak nie odegrał w tym temacie tak wielkiej roli jak David de Gea. Jak niesamowity jest ten człowiek uświadomi sobie każdy, gdy tylko prześledzi kilka jego interwencji z tego meczu, a w szczególności tę, w której sparował piłkę w drugą stronę pola karnego, by natychmiast rzucić się i podeszwą zblokować strzał przy słupku. Ptak? Samolot? Nie, to jeden z najlepszych bramkarzy na świecie.

 

Zmiany następowały dość późno i ciężko ocenić, czy to minus tego spotkania czy przemyślane zagranie? Zabrakło Kagawy, który musi jeszcze poczekać. Być może wróci na murawę w obliczu kontuzji RvP, której ten doznał w ostatnich minutach spotkania? Bohater tego spotkania zakończył swój udział w spotkaniu opuszczając boisko na noszach, przy okazji kradnąc wiele czasu. Nie spodobało się to rywalom, którzy zaczęli protestować. W obronie honoru swojego kolegi ruszył Ferdinand, stanowczo odpychając interesantów od sztabu medycznego. Obaj zgarnęli żółtą kartkę, ale wliczone to było w ryzyko.


Plusem, niewątpliwym, jest wpuszczenie za RvP, na doliczony czas gry, Fellainiego. Belg dostał określone zadanie na boisku i pod tym kątem Moyes dokonał genialnego zagrania taktycznego – afro-czołg Manchesteru bezczelnie kradł ostatnie minuty meczu, używając wszystkich swoich fizycznych atrybutów by piłkę utrzymać w narożniku rywala, zamieniając walkę z rywalami na rożne (wykonywane krótko do niego) lub na faule. Na koniec goście wreszcie sięgnęli po piłkę i długim podaniem spróbowali raz jeszcze – interweniowali Jones, Rooney, piłkę przetrzymał de Gea, a sędzia w końcu gwizdnął. Tym samym United dokonał tego, z czego słynęła ta marka.


Gdyby podsumować pozytywy tego meczu, należy wyróżnić nastawienie piłkarzy – byli niewiarygodnie bojowi, oddali serce na boisku i zrobili wszystko, by odwrócić bieg spotkania. Trafiona okazała się również taktyka, chociaż nie wyróżnił się Welbeck, jednak strzałem w dziesiątkę był Giggs, który był współautorem pierwszych dwóch bramek dzięki swoim profesorskim, długim podaniom do nogi najpierw van Persiego, a potem Rooneya. Pozytywne były zmiany – wszedł Fletcher, który prawie zdobył asystę, oraz Fellaini, który na koniec dołożył cegiełkę do utrzymania rezultatu.

Zawiódł natomiast Young, który uporczywie wybijał piłki w kierunku bramki rywala, głównie wtedy, gdy nie było tam nikogo. Ot, zyskiwał kilka sekund oddając przy tym futbolówkę rywalowi. Nie wyszła też motywacja zawodników w drugiej połowie, którzy tylko de Gei i szczęściu zawdzięczają czyste konto po tak uporczywych atakach Greków, grających lepiej niż w pierwszym meczu.


Jeżeli David Moyes chce utrzymać posadę, musi utrzymać trend. United w roli Diabłów, groźni i oddani sprawie. Trener musi wynieść z tego lekcję i w kolejnych spotkaniach pokazać, że to nie był jednorazowy wybryk. Przed nim kolejny wielki mecz – z Manchesterem City. Co wówczas się wydarzy – nie wiadomo, jednak Manchester ma ludzi, którzy wiedzą jak wygrywać lokalne bitwy.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)