Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Byle zwolnić trenera

Byle zwolnić trenera

Piłka nożna | 14 maja 2014 16:01 | Michał Chmielewski
Probierz może śmiać się sam z siebie
fot. Flickr
Probierz może śmiać się sam z siebie

Karuzela transferowa trwa w Polsce w najlepsze. Ale bynajmniej nie chodzi o zawodników. To gra prezesów i lokalnych pseudoszkoleniowców.

 

Nie bardzo wiem, czy sytuację w polskiej lidze piłkarskiej bardziej porównać do półamatorstwa, czy po prostu do nieciekawego cyrku. Na poziomie lig lokalnych nikt raczej nie robi problemu, że w meczu 11. kolejki klub prowadzi Janusz Nowak, w 12. Piotr Kowalski, a w jeszcze kolejnej jego syn. Nie ma to tam znaczenia. Z kolei w nieciekawym cyrku, dzieci, które kupiły bilet za kilka złotych, też nie są zainteresowane strasznym klaunem (prezes), bandą łażących na szczudłach pajaców (piłkarze), i gitarzystą, który jeżdżąc na ślepym słoniu wygrywa im muzykę. Ostatnie porównanie dotyczy oczywiście trenera. Widowisko to smutne, przerażające i absolutnie traumatyczne. Nie tylko nie niesie ze sobą jakości na scenie. Brakuje mu podstawowej organizacji za kulisami. Czyli zupełnie jak w polskim futbolu.

 

Ten za tamtego, co kiedyś był tu

 

Od początku rozgrywek T-Mobile Ekstraklasy w sezonie 2013/14 posadę trenera straciło tylu szkoleniowców, co bokserów zęby. Probierz odpadł z Pucharu Polski z Lechią, więc poszedł do ekipy, która gdańszczan wyeliminowała. I z Jagą też odpadł. Aż dziwne, że nie poszedł później do Bydgoszczy, by w finale przegrać z dramatycznie grającym Zagłębiem. W Lubinie też mają wesoło. Do rozgrywek „miedziowych” przygotowywał Czech Pavel Hapal, ale już na samym ich początku rozwiązano z nim kontrakt na rzecz Adam Buczka. Ten jednak we wrześniu został zdegradowany do roli asystenta Oresta Lenczyka, który ściągnięty z emerytury miał uratować Lubin przed piłkarską żenadą. Niestety. Nie uratował i na finiszu roku znów oddał się emerytalnym przyjemnościom. Jego miejsce, jako czwarty już boss w sezonie, zajął Piotr Stokowiec. Znacie to nazwisko? Pewnie! Rudowłosy coach ma wciąż aktualną umowę z Jagiellonią, z której wyrzucono go na rzecz... Probierza. Michał, który przez 9 lat trenerskiej kariery pracował już w 9 klubach, ma natomiast stały przychód ze wspomnianej wcześniej Lechii. Mieszkająca na PGE Arenie ekipa, oprócz panującego teraz Ricardo Moniza, utrzymuje na tę chwilę jeszcze dwóch byłych współpracowników. Uff. Jakie to zagmatwane.

Obserwuj autora na twitterze: @chmielsoft

 

Gdyby tak wypisać wszystkie zawiłości związane z trenerskimi transferami, mielibyśmy gotowy materiał na komedię. To lepsze niż „Miś”, „Poranek kojota” i „Piłkarski poker” razem wzięte. Powiedziałbym nawet, że ta sytuacja, zamiast komediom, bliższa jest najlepszym tragediom Sofoklesa. Bo to, co wyprawia się w polskiej piłce, przechodzi granice przeciętnego rozumu.

 

Polski Ferguson pracuje dwa lata

 

Na konferencji prasowej po przegranym 0:2 meczu Lecha Poznań z legnicką Miedzią spytałem wprost Mariusza Rumaka o jego przyszłość. Na pytanie o koniec jego pracy w zdenerwowaniu rzucił: „ale to nie do mnie pytanie! Proszę pytać zarząd!”. A zarząd go zostawił, dał mu jeszcze jedną szansę. Dołujący „Kolejorz” tułał się tak po tabeli by nagle zacząć wygrywać. Ba! Walczyć o mistrzostwo kraju! Jak przyznał na łamach Wirtualnej Polski, zdaje sobie sprawę, że od żadnego prezesa w Polsce nie dostałby tylu szans, ile dostał od prezesa Lecha. Rumak dodał też, że wraz ze swoim sztabem chce stale udowodniać, że klub się nie pomylił. Związany z „niebieskimi” od wielu lat szkoleniowiec ma ogromne szczęście. Jest najdłużej pracującym bossem w polskiej Ekstraklasie.


Tego szczęścia nie mają inni trenerzy, których po kilkunastu kolejkach zarząd wyrzuca na bruk. To żenujące, że na szesnaście klubów jest jeden, w którym ktoś zdaje sobie sprawę, ile tak naprawdę trwa budowanie prawdziwej drużyny. Nie trwa to pół sezonu. A właśnie tyle mniej więcej czasu mają na to zadanie polscy futbolospecjaliści. Zanim z wrocławskiego Śląska zwolniono Ryszarda Tarasiewicza, ten w jednym z wywiadów przyznał, że marzy mu się kariera podobna do Sir Alexa Fergusona. W „lidze niecierpliwych” to marzenie rodem z innej planety.

 

Co tu robić?

 

Proceder, którego świadkami są wszyscy zainteresowani polską piłką, jest chory, brudny i szalony. Nie obowiązują w nim żadne prawa, a przynajmniej tak właśnie wynika z praktyki. Klub lekką ręką zwalnia przegrywającego trenera, by w jego miejsce wstawić innego, najczęściej świeżo zwolnionego z innej drużyny. Czy to naiwność włodarzy? Supercoach odpali talent u nas, chociaż wcześniej, dziwnym trafem, nigdy nie udała mu się podobna sztuka? Niejeden się już na tym sparzył. Ostatnia była białostocka Jagiellonia.

 

Inną sprawą są regulacje PZPN, który przecież nad całą polską piłką ma teoretyczną (?) kontrolę. Skoro w Lidze Mistrzów gracz nie może w jednej edycji bronić dwóch różnych herbów, dlaczego nie da się podobnej praktyki przełożyć nad Wisłę? Sezon to i tak w naszych realiach bardzo dużo. Wystarczyłaby runda. Zwolniony szkoleniowiec miałby czas przemyśleć efekty swojej pracy, a zarządy nie sięgałyby po ten sam niesprawdzony bubel. Bo tak właśnie trzeba nazwać połowę naszych Mourinhów.

 

Trzecim rozwiązaniem, po które warto sięgnąć podczas prowadzenia klubu, jest zaufanie i rozsądek. Mariusz Rumak kocha Lecha. Kocha „bułgarską” i cały Poznań. W swoją pracę wkłada maximum zaangażowania i wyniki drużyny są jego wynikami. Probierza miłość do barw można natomiast porównać do tej jednonocnej z kibla jakiegoś taniego lokalu. Niedojrzała, chwilowa i na drugi dzień najlepiej o niej zapomnieć. Czy nie warto dawać szansy komuś, kto (czasem mimo słabych wyników) ma jakąkolwiek wizję? Panowie prezesi, weźcie zimny prysznic. Inaczej nigdy nie zagramy Lidze Mistrzów.

Tekst pochodzi z autorskiego bloga "Chmielewski o sporcie"

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)