Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Najwięksi pechowcy Europy
Piłkarze Benfiki drugi raz z rzędu przegrali w finale Ligi Europy. Czy starczy im sił, by dojść do tej fazy za rok?
fot. wikipedia.org
Piłkarze Benfiki drugi raz z rzędu przegrali w finale Ligi Europy. Czy starczy im sił, by dojść do tej fazy za rok?

Najwięksi pechowcy Europy

Piłka nożna | 15 maja 2014 12:30 | Przemysław Drewniak

Trudno o przykład trudniejszej i bardziej wymagającej miłości, niż ta kibiców Benfiki Lizbona względem ich klubu. W środę fani z Estadio da Luz po raz kolejny w ostatnich latach przeżyli ogromne rozczarowanie, oglądając porażkę podopiecznych Jorge Jesusa w drugim z rzędu finale Ligi Europy. To nie miało prawa się zdarzyć - Portugalczycy przystępowali do tego meczu w roli faworyta i pomni doświadczeń z poprzedniego sezonu nie mogli wypuścić tej szansy z rąk. Na ostatniej prostej znów jednak zabrakło im szczęścia, a mieli je Hiszpanie, którzy w tym roku zdominowali europejską piłkę klubową.


Finały jakichkolwiek rozgrywek piłkarskich rzadko stoją na wysokim poziomie. Szykując się na starcie hiszpańsko-portugalskie mogliśmy wprawdzie oczekiwać pokazu ładnego, technicznego futbolu, ale stawka spotkania ograniczyła finezję w poczynaniach obu zespołów. Zamiast tego mieliśmy grę w kości - sędzia pokazał piłkarzom obu drużyn pięć żółtych kartek (choć mogło ich być zdecydowanie więcej), a sztaby medyczne nabiegały się tyle, co niejeden piłkarz polskiej ekstraklasy w trakcie całego meczu.


Choć przez 90 minut żadna ze stron nie odstawała poziomem, to jednak nieco lepsze wrażenie sprawiała Benfica. Lizbończycy często spychali do obrony Sevillę i mieli multum okazji do tego, by w końcu trafić do siatki rywala. Ale to nie był mecz dla zawodników z przednich formacji. W środowy wieczór na Juventus Stadium dominowali przede wszystkim defensywa. Trenerzy i młodzi adepci futbolu spokojnie mogliby wyciąć z tego spotkania kilkadziesiąt bloków, wślizgów i przykładów znakomitej współpracy w obronie. Po stronie Sevilli rywali zatrzymywali niczym ściana Federico Fazio, Nicolas Pareja i Stephane Mbia. Po drugiej stronie podobną rolę pełnili znakomicie uzupełniający się Luisao i Ezequiel Garay.


W turyńskim finale mogło się podobać coś jeszcze - filozofia gry obu drużyn. Choć był to finał, w którym nie ma miejsca na popisy techniczne i nonszalancję, zarówno Benfica jak i Sevilla starały się grać przede wszystkim ofensywnie. Na palcach jednej ręki moglibyśmy policzyć nic nie dające zagrania do tyłu czy w poprzek boiska. Piłkarze starali się grać przede wszystkim do przodu, a przy takiej intensywności nawet doskonale funkcjonująca defensywa zacznie popełniać błędy. Nie inaczej było tym razem, bo gdyby znakomite okazje wykorzystali Carlos Bacca, Jose Antonio Reyes czy Maxi Pereira, to pewnie nie mówilibyśmy tyle o grze obronnej obu zespołów. Gdy mecz rozkręcił się na dobre w drugiej połowie, aż trudno było uwierzyć, że przy tylu stuprocentowych sytuacjach wciąż mamy wynik bezbramkowy.


Ciężko było w to uwierzyć szczególnie piłkarzom Benfiki, którym aż trzy razy należał się rzut karny! Zdecydowanie negatywną postacią tego widowiska był sędzia Felix Brych. Niemiec pomylił się w kilku kluczowych momentach, a największy błąd popełnił pod koniec pierwszej połowy, gdy tuż przed bramką Sevilli w sytuacji sam na sam z bramkarzem faulowany był Nicolas Gaitan. Powtórki pokazały, że przewinienie było ewidentne, a wówczas obrońca Sevilli powinien był wylecieć z boiska.


Gdy po 120 minutach gry sędzia zarządził konkurs rzutów karnych, kibice Benfiki liczyli na to, że fortuna w końcu się do nich uśmiechnie. W końcu to głównie od losu zależy, kto okazuje się lepszy w serii jedenastek, choć tym razem było nieco inaczej. Znów zawalili sędziowie, nie zauważając, że broniąc strzał Oscara Cardozo Beto stał już trzy metry przed linią bramkową (kolejna sytuacja świadcząca o tym, że obecność arbitrów za bramkami nie ma najmniejszego sensu). Piłkarze z Lizbony byli jednak sami sobie winni, bo ich rywale wykonywali karne znacznie pewniej. Jan Oblak właściwie ani razu nie miał szans na skuteczną interwencję, a bohaterem po wybronieniu dwóch jedenastek został Beto, który... trafił do Sevilli głównie dlatego, że był tańszy od grzejącego ławę w PSV Przemysława Tytonia. Jeśli polski bramkarz oglądał turyński finał, to musiał odczuwać wielką niesprawiedliwość. Podobnie zresztą jak piłkarze Benfiki, którzy przez całą tegoroczną edycję Ligi Europy prezentowali się znakomicie. W półfinale wyeliminowali wielkich faworytów całego turnieju, podczas gdy Sevilla psim swędem "wślizgnęła" się do finału po niezwykle szczęśliwej bramce strzelonej Valencii w ostatniej minucie meczu. Sprawiedliwość to jednak ostatnia rzecz, na jaką można liczyć w życiu. W futbolu jest tak samo.


Na koniec jeszcze słowo o całej edycji Ligi Europy, która w tym roku potwierdziła, że produkt UEFA z roku na rok prezentuje się coraz ciekawiej. Znakomita oprawa meczu w Turynie sprawiła, że nawet hymn Europa League zabrzmiał przed meczem dumniej, niż dotychczas. Już poprzednia edycja zakończyła się sukcesem, i choć w tym roku w finale nie było już takiej marki jak Chelsea, to od fazy ćwierćfinałowej Liga Europy zaserwowała nam kilka niezwykle dramatycznych widowisk, które stały na wysokim poziomie. Miejmy więc nadzieję, że ta tendencja się utrzyma, a za rok w Warszawie będziemy świadkami znakomitego święta futbolu.

PRZEMYSŁAW DREWNIAK
Twitter: @przemekdrewniak

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)