Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Sadaev (prawdopodobnie) katem marzeń Lecha o mistrzostwie, Widzew coraz bliżej spadku
Zaur Sadaev, jeszcze bez imponującego zarostu
fot. wikipedia.org
Zaur Sadaev, jeszcze bez imponującego zarostu

Sadaev (prawdopodobnie) katem marzeń Lecha o mistrzostwie, Widzew coraz bliżej spadku

Piłka nożna | 16 maja 2014 22:52 | Sebastian Ibron

Ekstraklasa zaserwowała nam dwa całkiem strawne dania. Najpierw przyzwoity mecz w Łodzi, oczywiście jak na grupę spadkową, a późniejszym wieczorem mieliśmy mecz drużyn, których dyspozycja może predestynować do gry w europejskich pucharach.


Najpierw kilka słów o meczu Widzew – Jagiellonia.


Visnakovs jeszcze nie zdążył zmarnować żadnej stuprocentowej okazji, a Widzew otrzymał potężnego gonga. W siedemnastej minucie fantastycznym rajdem popisał się Maciej Gajos, ośmieszył Kasprzaka, a następnie efektowną podcinką umieścił piłkę w bramce Patryka Wolańskiego, który dość prędko został pozbawiony marzeń o czystym koncie.


Później mogliśmy zauważyć, iż Artur Skowronek nareszcie odnalazł jakąś pożyteczną funkcję dla Rafała Augustyniaka. Mianowicie „autowego”. Szkoleniowiec Widzewa postanowił, że ten stoper będzie odgrywał rolę polskiego Rory’ego Delapa. I odgrywał, ale raczej z mizernym efektem.


Widzew jednak wyrównał, w 43 minucie. W polu karnym Jagi mieliśmy zamieszanie jak na Ukrainie. Wrzucał Kaczmarek, strzelał Visnakovs, piłka odbiła się od słupka, Kasprzak dobijał, a nogę do piłki, już przy bramce, dołożył Alex Bruno. A był to gol do szatni. Szkoda, że tak późno, bo naprawdę zrobił się fajny mecz.


W pierwszej połowie kiedy Widzew grał, Jagiellonia strzeliła. Zaś kiedy Jagiellonia grała, Widzew strzelił. Mieliśmy nadzieję, że piłkarze nie dojdą do wniosku, jakoby korzystniej byłoby zwyczajnie czekać na okazje i oddać przeciwnikom inicjatywę. Co trzeba kopaczom oddać, mimo mokrej, bardzo mokrej pogody w drugiej połówce naprawdę starali się grać całkiem porządnie w piłkę. Tylko nic z tego wynikało. Było szybko, było dynamicznie, ale niestety nie zawsze w kierunku bramek.


Do momentu. Fenomenalnym prostopadłym podaniem popisał się Michał Pazdan, grający w końcówce na pozycji środkowego defensora. Z piłką minął się Augustyniak, który gonił Piątkowskiego, by ostatecznie sfaulować go przed polem karnym. I znów mecz się jeszcze bardziej ożywił w końcówce, jednak już żadnego gola nie dane było nam obejrzeć.


Widzew walczył jak lew, mimo osłabienia. Jagiellonia walczyła, nieco mniej ambitnie, lecz jednak. To był mecz walki, natomiast nie taki typowy, bo dało się go oglądać. Obie drużyny dzielą się punktami, co oznacza, że Cracovia może Widzewowi odskoczyć na siedem punktów, jeśli zwycięży w swoim starciu.


Drugim meczem, który okazję mieliśmy obserwować, to pojedynek Lecha z Lechią w Gdańsku.


Pierwsza połowa była zdecydowanie na miarę, nie tyle nawet Ekstraklasy, bo to określenie wcale nie musi być nacechowane pozytywnie, lecz na miarę europejskich pucharów. A konkretyzując, na miarę drużyn pretendujących do gry w ów pucharach. Zarówno Lechia, jak i Lech grały piłkę dynamiczną, efektowną, a co najważniejsze – efektywną.


Strzelanie rozpoczęła Lechia. W 23 minucie gola dla gospodarzy bramkę zdobył Zaur Sadaev, a zdobyciu bramki mocno przysłużyli się stoperzy Lecha, którzy przepuścili długą piłkę od obrońcy Biało-Zielonych. Gdańszczanie długo prowadzeniem się nie nacieszyli, gdyż już trzy minuty temu Teodorczyk fenomenalnie wypatrzył wbiegającego Możdżenia, zaś jego wykończenie akcji… nie ma co strzępić języka, majstersztyk.


Widzicie, dzieci? Wcale nie trzeba mocno strzelać. Uderzenie delikatne, w długi róg, Bąk bez szans. To jednak nie był koniec strzelania w pierwszej połowie. Drugie trafienie zaliczył Zaur Sadaev, który chyba jest najlepszym napastnikiem z tych „niestrzelających”. Silny, dość szybki, ogólnie wydaje się być ogarniętym, no ale zbyt często nie trafia.


Drugą połówkę dużo lepiej rozpoczęli gospodarze. Długo (oczywiście patrząc przez pryzmat świetnej pierwszej części meczu) musieliśmy czekać na pierwszą składniejszą akcję Lechitów. Ale gdy już Pawłowski oddał ten strzał z dystansu, to Lech zaczął regularniej meldować się pod bramką Mateusza Bąka. Między innymi Teodorczyk obił oba słupki jednym strzałem. Goście nie potrafili zdobyć drugiego gola, mimo ofensywnych zmian (wprowadzenie Kownackiego za Wołąkiewicza, Formella za Pawłowskiego) i prób zbliżenia się do pola karnego gdańszczan. A Lechia zdecydowanie im nie zamierzała pomóc w zdobyciu jakiegokolwiek oczka.


I nie pomogła. Ostatecznie Lechia wygrywa z „Kolejorzem” 2:1. Podopieczni trenera Moniza rozegrali świetne spotkanie, w dobrej dyspozycji był Sadaev, zdobywca dwóch goli, pewnie w obronie spisali się Janicki z Dawidowiczem. Ogólnie rzecz biorąc, Biało-Zieloni byli zwyczajnie lepsi od Lecha. A to oznacza, że Lechia zgłasza akces do gry w LE, natomiast Lechici niemalże tracą resztki nadziei na mistrzostwo Ekstraklasy. Jeśli Legia wygra, zwiększy przewagę punktową do ośmiu punktów. Osiem oczek w trzy kolejki? Nie do stracenia, niestety dla poznaniaków.


SEBASTIAN IBRON
TWITTER: @sebastianibron

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)