Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Taką piłkę kocham!

Taką piłkę kocham!

Piłka nożna | 20 czerwca 2014 01:02 | Michał Chmielewski
Casillas miał okazję poczuć chil(e)
fot. Facebook
Casillas miał okazję poczuć chil(e)

Nigdy nie byłem maniakiem futbolu. A od meczów w Brazylii ciężko oderwać wzrok.

 

Mówią, że każdy prawdziwy facet powinien „żyć nogą”. Że każdy weekend powinien być świętem wrażeń, które z najważniejszych boisk świata spływają do oczu kibica. Stadion. Mecz. Bramka. Spalony. Jaką jakość ma mężczyzna, który nie wie, że w Primera Division Messi strzelił dwadzieścia osiem bramek przeciwko trzydziestu jeden Ronaldo? Czy to przystoi, żeby nie wiedzieć o wielkim transferze Fabregasa do Chelsea? Otóż tak, przystoi. Dzisiejszy futbol (a zwłaszcza klubowy) nie jest już widowiskiem tak interesującym, jakim był jeszcze kilkanaście lat temu. Równolegle, bardzo prężnie, rozwijają się inne dyscypliny sportu, w których – zamiast nażelowanych lalusiów – obserwujemy nieodstawiających barków gladiatorów. Jest co oglądać, dlatego piłka – także i w moim przypadku – znaczenie ma drugorzędne.

 

AUTOR ĆWIERKA NA TWITTERZE: @chmielsoft

 

Nie mam bladego pojęcia, skąd to prymitywne przekonanie o konieczności śledzenia rozgrywek piłkarskich. Dlaczego w historii sportu wytłuszczonym drukiem umiejscawia się informacje o bieganiu za napompowanym kawałkiem skóry i wreszcie dlaczego to imprezy futbolowe cieszą się największym zainteresowaniem mediów i kibiców. Jasne – zdaję sobie sprawę, że schwingen czy pesäpallo uprawia się tylko gdzieniegdzie, jednak temat kosza lub lekkiej jest już jak najbardziej otwarty. A raczej był. Jeszcze na sekundę przed pierwszym golem Brazylia 2014.

 

Ten turniej, nie tylko w mojej głowie, zmienił wszystko. Ciągle powtarzałem, że jeśli futbol, to wyłącznie Champions League, Mistrzostwa Europy i Świata. O ile na pierwszym regularnie się zawodzę, a drugie uwagi warte są tylko trochę, mundial elektryzuje mnie najzupełniej szczerze. To tutaj ścierają się najróżniejsze myśli szkoleniowe, taktyki i umiejętności. To tutaj twarzą w twarz stają ze sobą gwiazdor Premier League z młodziakiem z serca dżungli. To tutaj trybuny i ulice wypełniają fani, którym kolorów ustępują nawet pstrokate postkomunistyczne blokowiska. Cudownie jest. Inaczej! Nie ma żadnej pewności, że wirtuoz taki egzotyczny pojedynek wygra. Boleśnie przekonali się o tym najpierw Hiszpanie [zabrakło im Chil(e)outu], a później uczuleni na presję Anglicy. Bo w Europie znają się na wylot – tutaj raptem z widzenia.

 

Brazylia przynosi emocje, Brazylia przynosi kolor, świeżość i, co najważniejsze dla piłkolaików, bramki. Po 22 spotkaniach średnia meczowa wynosi ich aż 3. Niewiele zespołów muruje własną bramkę. W Ameryce Południowej dominuje atak pozycyjny, wirtuozeria i rewelacyjne asysty. Byle do przodu, byle po gola i zwycięstwo. Nawet w przypadku pewnego prowadzenia rzadko zdarza się „dojeżdżanie” z wynikiem. Chorwaci, mając Kamerun nabity na włócznię, wciąż szukali drogi do siatki. W ojczyźnie samby doszło do tego, że nawet bezbramkowe remisy elektryzują publiczność bardziej niż hokejowe wyniki ligowe. Meksyk przeciwko gospodarzom zagrał tak, że niektórzy typowali ich nawet na nowego czarnego konia mistrzostw. Ale nastał nowy dzień, nowe mecze i nowe emocje. A po nich nowi faworyci. I później tak od nowa. Ten mundial jest szalony. I taką piłkę ja rozumiem!

 

Tekst z autorskiego bloga "Chmielewski o sporcie": chmielewski.blog.pl






Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)