Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Atletico - czyli specjaliści od napastników

Atletico - czyli specjaliści od napastników

Piłka nożna | 08 lipca 2014 20:48 | Jakub Kacprzak


Każdy zespół budowany jest na swój własny sposób. Jedni wydają grube miliony na sprowadzanie największych gwiazd. Inni stawiają na wychowanków, których następnie mogą sprzedać za duże pieniądze. Są też kluby, które specjalizują się w sprowadzaniu graczy na daną pozycję. Ilu z nas zachwycało się formą w minionym sezonie Diego Costy? Jak wielu zastanawiało się czy odejście Radamela Falcao wpłynie negatywnie na postawę Atletico Madryt w kolejnych rozgrywkach? Jednak jeśli przyjrzymy się historii Rojiblancos to zauważymy, że od samego początku ich startu w La Liga, mieli oni niezwykłego nosa do napastników. Historię, którą tutaj przedstawię zaczniemy od 10 lutego 1929 roku, a zakończymy dokładnie dziś, 1 lipca, a więc w momencie, w którym rozpoczęło się kolejne okienko transferowe.



Kogo więc można uznać za pierwszego goleadora Atletico? W swoim pierwszym meczu w La Liga, Los Indios pokonali 3:2 na wyjeździe Arenas Getxo. Kto strzelał dla madryckiego klubu? Historyczne, pierwsze trafienie zaliczył Palacios. Postać, która w tak ważny sposób zapisała się na kartach zespołu, rozegrała łącznie w swej, no cóż, przygodzie z piłką zaledwie dwa spotkania, a tamten gol był jedynym. Po jednym trafieniu dorzucili też Marin i Cosme. Ten drugi grał na pozycji pomocnika, a Marina śmiało można uznać za pierwszego, prawdziwego superstrzelca Atletico Madryt. Wychowanek zagrał w barwach Los Indios 62 spotkania 4 lata i zdobył 29 bramek. W debiutanckim sezonie w La Liga łącznie do bramki trafiał 12 razy i był najskuteczniejszym zawodnikiem Rojiblancos. Potem odszedł do Realu Madryt, w którym jednak się nie sprawdził i swoją karierę kontynuował w Granadzie, której stał się legendą. Rok później do Marina doszli dwaj inni napastnicy. Cuesta, który w w sezonie 1929/1930 strzelił w 13 meczach 5 bramek, a także Costa, którego bilans wyniósł 18 spotkań i 8 goli. Marin dorzucił natomiast po raz kolejny 12 trafień. Mimo tego, że tych trzech napastników popisało się łącznie 25 bramkami, Atletico spadło z La Liga. Do najwyższej klasy rozgrywek Atletico powróciło na sezon 1934/1935.


Dużą rolę w dobrej grze w Segunda Division zawdzięczali sprowadzonemu z Realu Union Julio Antonio Elicegui. Zawodnik ten podpisał właśnie z Atletico swój pierwszy profesjonalny kontrakt i od razu wywarł na ludziach ogromne wrażenie. Do tego stopnia, że gdy trwało tournée po Ameryce Południowej, ofertę kupna przedstawili mu włodarze River Plate, lecz nie udało im się go skusić. I wyszło to na dobre Atleti, bo Elicegui w swym debiutanckim sezonie w La Liga w 22 spotkaniach zdobył aż 20 bramek. Można go uznać za pierwszy, wielki transfer napastnika. Zawodnik, który w trakcie dwóch sezonów w Union zdobył 12 bramek, przez trzy lata gry w Atletico trafił 41 razy w 60 spotkaniach. Bez wątpienia to właśnie on stał się symbolem dobrego skautingu Rojiblancos. Był też jednym z najważniejszych zawodników w sezonie 1939/1940. W wznowionych po wojnie domowej rozgrywkach Atletico, które wówczas nosiło nazwę Atlehtic de Aviacion, zdobyło swój pierwszy mistrzowski tytuł, a Julio zagrał w 20 z 22 spotkań i zdobył w nich 10 goli, strzelając między innymi dwie bramki Valencii. Był to mecz ostatniej kolejki i decydował o tym kto zdobędzie mistrzostwo. Po mistrzowskim sezonie przeszedł za kwotę 25 tysięcy peset do Deportivo la Coruna. W swojej karierze zagrał też w 4 meczach reprezentacji Hiszpanii, dla której zdobył 6 bramek.


Obok niego w tamtej drużynie rodził się także nowy talent, który miał się okazać w przyszłości jedną z legend Atletico. Mowa o Paco Camposie. Urodzony w Las Palmas zawodnik w mistrzowskim sezonie zagrał w 17 spotkaniach, zdobywając 8 bramek. Już wtedy mówiono o nim, że jest niezwykłym talentem, a na potwierdzenie nie trzeba było długo czekać. Okazało się, że sprowadzony z Marino Las Palmas młody chłopak okazał się złotym interesem. Przez 9 sezonów, które rozegrał w barwach Rojiblancos, zdobył łącznie 120 bramek w 193 meczach. Swoim niezwykłym talentem na zawsze zapisał się w historii madryckiego zespołu i do dziś zajmuje 3 miejsce wśród najskuteczniejszych zawodników Atletico. Swój ostatni sezon w Madrycie rozegrał gdy klub zmienił nazwę na obecnie obowiązującą. Ciekawostką jest to, że w trakcie swojej kariery ze 127 strzelonych goli, zaledwie 4 padły po strzałach z rzutów karnych. Nigdy też nie został ukarany ani żółtą, ani czerwoną kartką.


Jednak najlepsze dla Atleti jeśli chodzi o napastników miało dopiero nadejść. W 1964 roku do klubu dołączył Luis Aragones. Wychowanek Getafe przebył długą drogę do tego, by stać się legendą Rojiblancos. Urodzony w Madrycie napastnik swoją karierę zaczynał w Getafe, w którym po zaledwie jednym sezonie odszedł do Realu Madryt, w którym uważano, że jego wielki talent rozbłyśnie. Podkradzenie go miejscowemu rywalowi miało dać im dodatkową przewagę w panowaniu nad futbolowym Madrytem. O dziwo jednak nie dostał on nigdy szansy, by zadebiutować w barwach Królewskich. Kolejno wypożyczany do Recreativo Huelva, Herculesa Alicante i Ubedy, a na końcu grający w rezerwach zwanych wtedy Plus Ultra, w końcu postanowił porzucić sen o podboju La Liga w białym trykocie i odszedł do Realu Oviedo. Tam również jednak nie zagrzał długo miejsca i po zaledwie jednym sezonie i 13 rozegranych spotkaniach (4 strzelone gole) odszedł do Betisu Sevilla. W barwach Vediblancos w końcu jego kariera nabrała tempa. W trzy sezony rozegrał w La Liga 82 spotkania i strzelił 33 bramki. Wtedy też, w 1964 roku zgłosił się po niego kolejny klub z Madrytu. Los Indios liczyli, że w Aragonesie nie zaginęła chęć pokazania rodzinnemu miastu, że zasługuje na uznanie, a to, że na jego talencie nie poznał się największy rywal, a więc Real, świadczyło jedynie o braku kompetencji bardziej utytułowanego rywala. Jednak nikt wtedy nie mógł się spodziewać, że rozkręcający się w klasyfikacji strzelców 26-letni wówczas Aragones spędzi w Atleti aż 10 lat, w trakcie których rozegra łącznie 372 spotkania i zdobędzie aż 172 gole. Sam jego dorobek w La Liga był niesamowity. 265 spotkań i 123 gole! Do legendy przeszły wykonywane przez niego rzuty wolne. Do dziś, pomimo że Aragonesa nie ma już wśród nas (zmarł 1 lutego 2014 roku), mówi się o tym, że nikt nie wykonywał lepiej niż on tych stałych fragmentów gry. Wraz z Atletico zdobył 3x mistrzostwo kraju, 2x Copa del Rey, a także doszedł do finału Ligi Mistrzów (wtedy Pucharu Mistrzów). W 1970 wraz z Jose Garate podzielił się nagrodą Pichichi, a więc trofeum dla najlepszego strzelca La Liga. Kibice pokochali go za kapitalną technikę, skuteczność i niezwykły talent do wykonywania stałych fragmentów gry. Gdy tylko do bramki było ok 20-25 metrów i Los Indios mieli wykonywać rzut wolny, wszyscy wiedzieli, że niemal pewnym jest, iż za chwilę Aragones będzie cieszyć się ze zdobytego gola. Swoją legendę budował także po zakończeniu kariery jako trener. Poprowadził Atletico do mistrzostwa w 1977 roku, trzykrotnie triumfował w Copa del Rey. To on także przywrócił do żywych madrycki klub i awansował z nim do La Liga w sezonie 2001/2002. Zapamiętany zostanie jako twórca hiszpańskiego Dream Teamu, który w 2008 roku triumfował na Mistrzostwach Europy w Austrii i Szwajcarii. Łącznie w Atletico spędził jako piłkarz i trener 25 lat.


Obok Aragonesa grał także inny legendarny napastnik, którego Atletico sprowadziło do siebie. W 1966 roku na Estadio Vicente Calderon przybył nieznany szerszemu gronu kibiców Jose Eulogio Garate. Kompletnie nieznany szerzej publiczności napastnik został ściągnięty z SD Indautxu. Klubie, którego największym sukcesem była gra w Segunda Division. To właśnie na zapleczu La Liga, Garate zdobył w sezonie 1965/1966 14 bramek w 24 spotkaniach, czym ściągnął na siebie uwagę włodarzy Rojiblancos. Wychowanek Eibar nie był więc znanym zawodnikiem. Mimo to od razu doskonale wpasował się w system gry Los Indios i razem z Luisem Aragonesem stworzyli być może najbardziej efektywny i efektowny duet napastników w historii hiszpańskiej piłki. W swoim pierwszym sezonie w Madrycie zagrał w 14 spotkaniach i zdobył 9 goli. Jednak już w następnych rozgrywkach rozbłysnął pełną klasą i zdobył trzy tytuły Pichichi z rzędu, notując kolejno 14, 16 i 17 goli w sezonie. Dla Atletico rozegrał 241 spotkań, w których strzelił 109 goli. Urodzony w Argentynie snajper nigdy dla swej ojczyzny nie zagrał. Za to 18-krotnie reprezentował Hiszpanię, dla której zdobył pięć bramek.


Po pięknej erze duetu Aragones – Garate, klub nie próżnował i szukał odpowiednich następców. Do klubu w 1981 trafił m.in. Hugo Sanchez. Legenda meksykańskiej piłki oczywiście bardziej znany jest ze swych występów dla Realu Madryt, lecz zanim założył trykot Królewskich, to właśnie w barwach Rojiblancos rozpoczął swą wielką europejską karierę. Władze Atleti ściągnęli go z Pumas UNAM (z którego międzyczasie wypożyczony był do San Diego Sockers). Hugol zagrał dla Los Indios 111 spotkań w lidze i zdobył 54 gole. Jednak kibice z Estadio Vicente Calderon nie wspominają go zbyt dobrze. Wszystko ze względu na jego odejście do Realu Madryt. Mimo to, był przykładem znakomitego skautingu Atletico, które po raz kolejny pokazało, iż jak mało kto zna się na ściąganiu napastników.


Jednak prawdziwym mistrzostwem w wykonaniu Jesusa Gila i jego podwładnych było ściągnięcie w 1988 roku z Celty Vigo, brazylijskiego goleadora Baltazara, a dokładnie Marii de Moraisa Juniora. Zawodnik ten spędził w Hiszpanii sześć lat, w trakcie których podbił boiska La Liga. Zasłynął już w sezonie 1986/1987, w trakcie którego w 44 spotkaniach strzelił aż 34 gole. Co ciekawe rok później nie był już tak skuteczny. Z powodu kontuzji zagrał jedynie 16 spotkań, w których zdobył 7 goli. Nie wystraszyło to jednak Rojiblancos. Efekt? Pierwszy sezon w Madrycie i zdobycie Pichichi z niesamowitym bilansem 35 goli w 36 spotkaniach. W następnym sezonie jego forma strzelecka nie była już tak imponująca, ale i tak zdobył 18 bramek w 38 meczach. W 1991 roku został oddany do FC Porto.


Pozbywano się go jednak bez obaw o godnego następcę. Wraz z nim do Madrytu przybył bowiem Manuel Sanchez Delgado, znany jako Manolo. Hiszpan został zakupiony z Realu Murcia i okazał się kolejnym strzałem w dziesiątkę. W 219 meczach zdobył 76 bramek i dzięki doskonałej formie rozegrał także 29 spotkań w barwach La Furia Roja, dla której strzelił 9 goli. W sezonie 1991/1992 wywalczył także koronę króla strzelców stając się dopiero piątym piłkarzem Atletico, który wygrał nagrodę Pichichi.


W trakcie mistrzowskiego sezonu 1995/1996 duet snajperów tworzyli Hiszpan Kiko i Bułgar Luboslav Penev. Ten pierwszy trafił do Atleti w 1993 roku i zdobył łącznie dla madrytczyków 48 bramek z czego 11 w rozgrywkach, które Los Indios zakończyli na pierwszym miejscu. Peneva natomiast ściągnięto z Valencii właśnie w 1995 roku. Miał on za sobą sześć kapitalnych sezonów dla Nietoperzy (67 goli w w 167 spotkaniach), a w Madrycie potwierdził swe umiejętności zostając najlepszym strzelcem nowego mistrza Hiszpanii. Co ciekawe bułgarski napastnik spędził w stolicy tylko jeden sezon.


Prawdziwy biznes zrobiono jednak na Christianie Vieri. Zawodnik ten przyszedł w 1997 roku do Atletico za kwotę 15 mln euro z . Juventusu Turyn. Zagrał on zaledwie jeden sezon, w trakcie którego doskonale wykonał swą robotę. Bobo strzelił 24 gole w 24 spotkaniach, zagrał na Mundialu we Francji i... został sprzedany. Lazio Rzym zapłaciło za niego 25 mln. Jak więc łatwo policzyć w zaledwie rok, Los Indios zarobili 10 mln. Vieri zdobył w tym sezonie koronę króla strzelców i zapewne wszyscy byli zadowoleni. Christian zwiedził kolejny klub (zwiedził ich łącznie 16 w swojej karierze), zarobił pieniądze, zdobył nagrodę Pichichi i mógł czuć się spełniony, a Atletico zarobiło na nim sporą kwotę. Warto dodać, że w tym jednym sezonie Vieri zdobył ponad połowę bramek bramek, które strzelił wcześniej w całej karierze. W barwach Torino, Pisy, Ravenny, Venezii, Atalanty i Juventusu trafił bowiem 41 razy. Potem tylko raz udało mu się znów 24-krotnie trafiać do bramki rywali. W sezonie 2002/2003 dokonał tego reprezentując Inter Mediolan.


W 1999 roku postanowiono natomiast kupić Jimmy'ego Floyda Hasselbainka, który dołączył za rekordową dla Atletico sumę 16,7 mln z angielskiego Leeds. I powtórzył on historię Vieriego. Jeden sezon, 24 gole i odejście. I to znowu z zyskiem, bo Chelsea za Holendra zapłaciła 22,5 mln! W tym samym okienku transferowym sprzedany został także Jose Mari. Któż to taki? Wychowanek Sevilli trafił do Atleti w 1997 roku. Kwoty niestety nie poznaliśmy. Dla madrytczyków strzelił 20 goli w 84 meczach. Bilans niezbyt okazały. Mimo to AC Milan dał za niego w 2000 roku, aż 19 mln! A więc na sprzedaży Hasselbainka i Mari, klub zarobił 41,5 mln euro! Co ciekawe transfer Jose odbił się głęboką czkawką mediolańczykom. 5 goli w trzy lata pokazało jak złą decyzją było wyłożenie na niego takiej sumy pieniędzy. Hiszpan wrócił potem na wypożyczenie do Madrytu i strzelił... 5 goli w trakcie jednego sezonu. Potem wrócił do Milanu, który oddał go do Villarreal.


Kto zastąpił Hasselbainka w roli głównego snajpera Rojiblancos? Mało znany Salva Ballesta. Zawodnik ten został za zaledwie 1,5 mln euro sprowadzony z Racingu Santander. Była to kwota niezwykle niska, jeśli weźmiemy pod uwagę, że sezon wcześniej strzelił on 27 goli w 36 spotkaniach. I co ciekawe znów powtórzyła się dobrze znana historia. Urodzony w Zaragozie napastnik na Estadio Vicente Calderon zagrał zaledwie jeden sezon, w trakcie którego był najlepszym strzelcem. Zdobył 20 bramek w 33 spotkaniach. Momentalnie zgłosiła się po niego Valencia, która wyłożyła na stół 10,8 mln. Atletico zarobiło na czysto 9,3 mln euro, a Ballesta. No cóż. W pierwszym sezonie zagrał 22 mecze w barwach Nietoperzy i zdobył 5 goli. Następny sezon to ledwie 8 spotkań łącznie dla Valencii i Boltonu Wanderers i zero goli. Po raz kolejny okazało się, że Atletico miało nosa do sprzedaży napastnika.


I jeśli myślicie, że to koniec historii, to jesteście w dużym błędzie. Nikt za Sabellą w Madrycie nie płakał. Otóż rodziła się im już nowa gwiazda jaką miał się okazać Fernando Torres. Aby dać mu wzmocnienie sprowadzono na zasadzie wypożyczenia z Barcelony Luisa Garcię. Efekt? Duet Torres-Garcia zdobył dla Atleti 22 bramki. Debiutancki sezon w La Liga El Nino miał być tylko preludium do jego późniejszych wyczynów. I jako, że w końcu Los Indios sami wychowali sobie napastnika, zaprzestano szukania znacznych wzmocnień. Trzeba jednak przyznać, że niewypałem okazał się sprowadzony z AC Milanu Javi Moreno. 13 mln jakie za niego dano kompletnie się nie spłaciło (5 goli w 29 meczach) i można chyba stwierdzić, że karma była bezwzględna, a sprawiedliwości za Jose Mari stało się zadość. Oczywiście należy do tego dołożyć spadek do Segunda Division i powrót w 2002 roku.


W sezonie 2005/2006 zaatakowano ponownie rynek transferowy i sprowadzono m.in. Mateję Kezmana, który za 9 mln euro trafił do Madrytu z Chelsea. Serb w 30 meczach zdobył 8 bramek i za 2 mln mniejszą sumę opuścił po sezonie Atletico. Natomiast za 5 mln euro kupiono z Espanyolu Maxi Rodrigueza, który spędził na Calderon pięć sezonów i zdobył 31 bramek. W tym samym roku po odejściu Kezmana, do klubu z argentyńskiego Independiente trafił Sergio Aguero. 18-letni wówczas napastnik kosztował 21,7 mln i szykowany był na zastępcę Torresa, który powoli szykował się do zmiany otoczenia. I choć pierwszy sezon dla Kuna nie był zbyt udany (5 goli w 31 spotkaniach), to widać było, że przejawia ogromny talent.


W 2007 roku pożegnano w końcu Torresa, który w 214 ligowych spotkaniach zdobył dla Rojiblancos 82 gole. Cena jaką dała za niego Liverpool? 38 mln euro. Aby Aguero nie był jednak osamotniony, kupiono mu do pomocy Diego Forlana, który za 21 mln dołączył z Villarreal. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Kun zdobył w sezonie 2007/2008 20 goli, a Forlan dołożył 16. W kolejnych rozgrywkach to urugwajski gwiazdor okazał się skuteczniejszy. 32 gole dały mu tytuł Pichichi, a Aguero dołożył 17 goli. Ich trzeci wspólny sezon to łącznie 13 goli. (18 Forlana i 12 Aguero). Czwarty rok współpracy to natomiast 20 goli Kuna i zaledwie 8 Diego. W 2011 obydwu ich już nie było jednak w Madrycie. Aguero za 45 mln (ponad dwukrotna kwota tego co zapłaciło Atleti) trafił do Manchesteru City, a starzejący się już Forlan poszedł za 5 mln do Interu Mediolan. Jednak nie czekano ze wzmocnieniami i wyczarowano kolejne świetne wzmocnienia. Za 47 mln (rekord) przeszedł do Los Indios Radamel Falcao, a za 13 mln z Galatasaray Arda Turan. Warto też dodać, że za darmo do klubu dołączył Adrian Lopez, którego nie chciano już w Deportivo La Coruna. Efekt? Całe trio zdobyło 34 gole. Falcao trafiał 24-krotnie, 7 trafień miał Adrian, a Arda skromne 3. Widać było, że przyda się im jeszcze ktoś lepszy niż duet AA, by wspomóc kolumbijskiego gwiazdora. W 2012 roku na Estadio Vicente Calderon trafił więc Diego Costa.


Brazylijczyk z hiszpańskim paszportem kosztował zaledwie 1 mln euro, gdy w 2010 roku trafił do Madrytu z Realu Valladolid. Zagrał 26 spotkań w sezonie 2010/2011, zdobył 6 bramek i postanowiono wypożyczyć go do Rayo Vallecano. Tam w 16 spotkaniach pokonywał bramkarza rywali 10-krotnie i wrócił do Atleti. Wraz z Falcao, Ardą Turanem i Adrianem Lopezem stworzyli kwartet, który 47 razy pokonywał rywali. Diego strzelił znów 10 goli, Radamel dołożył 28, a Arda i Adrian odpowiednio po 5 i 3.


Miniony sezon Atletico rozpoczęło już bez Falcao, który za 60 mln przeszedł do AS Monaco. Zarobiono więc na nim ładną sumę 13 mln euro. Wydawało się jednak, że ciężko będzie Rojiblancos bez niego powalczyć o cokolwiek. Tym bardziej, że nie sprowadzono w jego miejsce nikogo wyjątkowego, bo 2 mln jakie dano za Davida Villę, który nie mógł się odnaleźć po złamaniu nogi, nie było odbierane w ramach zastępstwa za Falcao. Jednak Atletico rozegrało swój najlepszy sezon w historii, wygrywając La Liga i awansując do finału Ligi Mistrzów. Prawdziwą eksplozję formy miał Costa, który uzbierał 27 bramek. Nieźle poczynał też sobie Villa, który pomimo tego, że nie grał zazwyczaj od początku, to zdołał strzelić 13 goli. Swój minimalny wkład mieli też Adrian i Arda, którzy odpowiednio mieli 1 i 3 gole.


Co więc czeka Atletico w tym sezonie? Wiadomo już, że za 38 mln euro do Chelsea przeszedł Diego Costa. Rojiblancos zarobili więc na nim, aż 37 mln! Trwają poszukiwania kolejnego napastnika, który zachwyci całe Estadio Vicence Calderon i wydaje się, że po raz kolejny madrycki klub nie zawiedzie naszych oczekiwań. Bo jak pokazałem w tym artykule, historia genialnych napastników w Atletico jest długa i piękna. 7 snajperów sięgało po nagrodę Pichichi (3-krotnie czynił to Garate). Można więc sobie zadać pytanie: skąd taki traw do napastników w Atletico? W końcu nie sprowadzali oni największych nazwisk (nie licząc Falcao). Niemal zawsze trafiali i nowy zawodnik zapewniał im mnóstwo bramek. Zarobili na sprzedaży mnóstwo pieniędzy. Widać, że dbają o swych snajperów, którym zapewniają świetne warunki. Nie trzymają ich też na siłę. Jeśli wiedzą, że mogą sprzedać ich z zyskiem czynią to, co też jest wskazówką dla polskich klubów, które często na siłę czekają ze sprzedażą swych czołowych graczy, by podbić cenę. Często kończy się tak, że kwota okazuje się dużo mniejsza niż oczekiwano, a transferowe negocjacje zniechęcają do siebie obydwie strony.


Warto więc brać przykład z obecnych mistrzów Primera Division. Pokazują oni, że nie trzeba zawsze sięgać głęboko do kieszeni. Falcao, Aguero, Vieri, Hasselbaink, Forlan, Costa i Kezman kosztowali łącznie 131,4 mln euro. Kwota za jaką zostali sprzedani? 197,5 mln. Jeśli dodamy do tego sprzedanie Torresa za 38 mln, to wyjdzie nam łączna kwota za samych tych napastników 235,5 mln euro! Widać jak mądrze zarządzany jest klub i że obrana przez nich strategia transferowa przynosi zyski. Oczywiście bywają potknięcia, ale są one mało widoczne na tle wielkich sum jakie zarabiają Los Indios.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)