Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Niemcy kładą ręce na pucharze, Brazylia szuka winowajcy. Powinna zacząć od Scolariego

Niemcy kładą ręce na pucharze, Brazylia szuka winowajcy. Powinna zacząć od Scolariego

Piłka nożna | 09 lipca 2014 06:48 | Przemysław Drewniak
Nawet wybitni szkoleniowcy mogą się mylić - tak jak Luiz Felipe Scolari podczas mundialu w Brazylii
fot. FIFA (Facebook)
Nawet wybitni szkoleniowcy mogą się mylić - tak jak Luiz Felipe Scolari podczas mundialu w Brazylii

 "To smutny dzień dla futbolu" - zawyrokował grobowym tonem siedzący w studiu TVP Stefan Szczepłek. Oglądając pomeczowe studio można było odnieść wrażenie, że panowie za chwilę odtrąbią żałobę narodową. Po takim meczu? Po jednym z najlepszych występów drużyny narodowej w historii piłki? Dziś smucić ma się prawo tylko fan Canarinhos. My, niezależnie od kibicowskich sympatii, powinniśmy docenić fakt, że na naszych oczach dokonała się historia. To był niesamowity, szokujący wieczór. Niemcom przyniósł ogromną radość, zaś Brazylijczykom łzy, złość, a przede wszystkim pytanie: "dlaczego?"


Poprzednie pokolenia w Brazylii przeżywały ból Maracanazo, zaś obecne muszą się zmierzyć z kolejną tragedią, jaką jest blamaż w półfinale mundialu z Niemcami. Wówczas od razu wskazano winnych - tym najbardziej znanym jest bramkarz ówczesnej drużyny Canarinhos, Moacir Barbosa, do dziś uznawany w Brazylii za symbol nieszczęścia. Po Mineirazo też znajdzie się jakiś kozioł ofiarny. Może rażący swoją beznadziejnością Fred? Może Oscar, za to, że nie wziął odpowiedzialności za grę zespołu pod nieobecność Neymara? Może Juan Zuniga - brutal, który omal nie doprowadził gwiazdy Brazylii do kalectwa? Dla mnie głównym winowajcą porażki Canarinhos nie jest jednak żaden z piłkarzy, a Luiz Felipe Scolari.


Selekcjoner Brazylii zapracował na swój znakomity wizerunek wieloma sukcesami. Zauważcie, że choć jego drużyna od początku turnieju grała przeciętnie, to raczej nikt otwarcie go nie krytykował, a uwagę kierowano na zawodzących piłkarzy. Sam mecz z Niemcami pokazał jednak, że Scolari nie poukładał drużyny tak, by ta mogła z powodzeniem walczyć o Puchar Świata.


Na początek obrona, bo to jej gra okazała się we wtorkowy wieczór największą katastrofą. Patrząc na to, w jaki sposób Niemcy bawią się w polu karnym rywali, odnosiłem wrażenie, że oglądam mecz rozgrywany na PlayStation, a Joachim Loew ustawił sobie najłatwiejszy poziom. Ale to działo się naprawdę, a ci, którzy byli bezlitośnie ogrywani, jeszcze dwa miesiące temu kończyli sezon jako podstawowi zawodnicy Romy, Chelsea, Bayernu i Realu Madryt. Jak to możliwe, że linia defensywy złożona z piłkarzy o tej klasie, popełniała tak dziecinne i proste błędy? Mówi się, że sporo złego wyrządziła absencja Thiago Silvy. Owszem, z pewnie grającym kapitanem obrona Brazylii nie wyglądałaby tak koszmarnie, ale przecież jego miejsce zajął Dante, występujący w silniejszym klubie niż Silva. Brak zgrania stopera Bayernu z Davidem Luizem nie jest wytłumaczeniem ich słabej gry. Wiele drużyn na mundialu musiało w trakcie turnieju przeprowadzać podobne roszady i wcale na tym nie traciły. A zazwyczaj nie miały do dyspozycji tak dobrych zawodników.


Przed meczem z Niemcami w Brazylii wyrażano nadzieję, że paradoksalnie bez Neymara Canarinhos będą grali lepiej, bo bardziej zespołowo. Wprawdzie Dariusz Szpakowski widział podczas transmisji jakąś "inną Brazylię", ale w swoim odczuciu pewnie był odosobniony. Grając zarówno ze swoją największą gwiazdą, jak i bez niej, Brazylia za bardzo polegała na spontaniczności i indywidualnych umiejętnościach, wiele pozostawiając przypadkowi. Scolari kurczowo trzymał się także wariantu z Fredem jako "dziewiątką", choć sprzeciwiali się temu prawie wszyscy kibice i dziennikarze. Ostatecznie rozwiązanie to nie wypaliło, a selekcjoner Brazylii nie miał dla niego żadnej alternatywy. Napastnikowi Fluminense włożono za duże buty, ale zapewne to on i jego koledzy zostaną kozłami ofiarnymi po zakończeniu mundialu. Nie Felipao, który w Kraju Kawy jest przecież kochany i szanowany. Scolariemu nie można odmówić bycia jednym z największych fachowców od pracy z drużynami narodowymi. Sporo już w tym zawodzie osiągnął, a jeszcze wiele sukcesów stoi przed nim. Dlatego też z pewnością zdaje sobie sprawę, że w przygotowaniu drużyny na mundial w którymś miejscu zawalił. Brazylia wyglądała na mistrzostwach niepoukładana zarówno pod względem taktycznym, jak i mentalnym.


Jest jednak szansa, by uniknąć całkowitej kompromitacji - wygrać mecz o trzecie miejsce i brązowym medalem choć częściowo poskromić ogromne apetyty Brazylijczyków. Już po meczu z Kolumbią pisałem, że dla Canarinhos zajęcie nawet najniższego stopnia podium będzie sukcesem. Spotkanie z Niemcami pokazało, że zadanie to może okazać się niezwykle trudne. Co prawda w "finale pocieszenia" Brazylia nie zmierzy się już z tak silnym rywalem, ale po sześciu co najwyżej przeciętnych spotkaniach trudno oczekiwać, by w tym siódmym jej gra przeszła nagłą przemianę. A porażka w tym spotkaniu może być dla kibiców Canarinhos równie dotkliwa, jak Blitzkrieg dokonany przez Niemców. Ewentualnej przegranej z Argentyną fani Brazylii swojej drużynie już nie wybaczą.


Oglądając wtorkowy mecz przypomniał mi się finał Ligi Mistrzów z 2011 roku. Wtedy to po raz ostatni oglądałem równie znakomity mecz w wykonaniu jednej drużyny, czyli Barcelony Guardioli przeciwko Manchesterowi United. Niemcy, którzy poprzez Bayern również są w pewien sposób powiązani z hiszpańskim trenerem, tamto osiągnięcie chyba przebili. Wynik 7:1 podkreśla nie tylko ich dominację, ale także nieziemską skuteczność pod bramką rywala. Taki mecz zdarza się tylko raz na kilka, kilkanaście lat. I warto go zapamiętać.


Równie dobrego występu Niemcy w finale już pewnie nie powtórzą, ale i tak są zdecydowanym faworytem do mistrzostwa. I właściwie czemu mieliby go nie zdobyć? Jako zespół prezentują się zdecydowanie lepiej od Brazylii, Holandii i Argentyny. Drużyna Joachima Loewa jest na tyle świetnie skonstruowaną maszyną, że nawet wyjęcie z niej kilku trybików nie zakłóciłoby znacząco jej funkcjonowania. Wystarczy, by urazy oprócz Neymara wykluczyłyby z gry jeszcze Robbena i Messiego - wówczas żadna z ich drużyn nie miałaby szans na wygrywanie meczów. A Niemcy? Tu alternatywa pojawia się na każdej pozycji.


Imponuje przede wszystkim sposób, w jaki Loew zbudował defensywę. Wyciągnął wnioski z poprzednich turniejów, gdzie Niemcy grali ładniej, odważniej, ale za to w decydujących momentach zawodzili. Teraz obrona jego zespołu jest świetnie skonsolidowana i nie ma w niej słabych punktów. Zresztą chwalenie poszczególnych zawodników za mecz z Brazylią nie ma większego sensu - tak jak w szeregach Canarinhos można ganić wszystkich, tak w przypadku Die Mannschaft każdego zawodnika należy chwalić. Najbardziej podobała mi się postawa Samiego Khediry. Pomocnik Realu Madryt ma za sobą niezbyt udany sezon, w którym często prezentował się poniżej oczekiwań. Jeszcze niedawno Carlo Ancelotti ściągał Khedirę już w 59. minucie finału Ligi Mistrzów, bo ten był całkowicie bezproduktywny. Podczas mundialu z meczu na mecz wyglądał jednak coraz lepiej, a przeciwko Brazylii zagrał już niemal perfekcyjnie. Rzadko się mylił, często przerywał ataki rywali, strzelił bramkę i asystował. Trudno wymagać czegoś więcej od defensywnego pomocnika.



Na dziś podstawowe pytanie brzmi: "czy Niemcy mogą nie wygrać mistrzostw świata?" Oczywiście, że mogą, bo to jest futbol, w którym - tak jak w życiu - często w kluczowych momentach lubi decydować przypadek. Racjonalnych argumentów na ich porażkę trudno jednak szukać. W stawce półfinalistów Niemcy mają zdecydowanie najlepszą, narówniej grającą drużynę. Piłkarze Joachima Loewa położyli ręce na Pucharze Świata i wydaje się, że po 24 latach zabiorą go do siebie. No bo jeśli nie teraz, po takim laniu sprawionym gospodarzom turnieju, to kiedy?


PRZEMYSŁAW DREWNIAK

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)