Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Wymarzone tournée Manchesteru United

Wymarzone tournée Manchesteru United

Piłka nożna | 05 sierpnia 2014 14:42 | Michał Kozera

fot. Manchester United / facebook.com

Czerwone Diabły zakończyły swoją przygodę w Ameryce Północnej i wracają do domu. Pięć spotkań miał do dyspozycji Louis van Gaal, by jak najlepiej przygotować swój zespół i przede wszystkim zaszczepić w nim dość rewolucyjne rozwiązania. Jak się to udało? Co najmniej bardzo dobrze – bilans 5 zwycięstw, zaledwie 4 stracone bramki i wygrany puchar nastrajają optymizmem.

 

Kiedy drużynę opuszczał sir Alex Ferguson mówiło się, że pozostawił następcy skład mistrzowski, któremu potrzebne były co najwyżej wzmocnienia. Szybko okazało się, że kolorowo nie było, a skład bliższy był przeciętniakowi. Transferów zabrakło, magia Fergusona odeszła, a Manchester popadł w nieprzyjemny okres kiepskiej dyspozycji, trwający aż rok.

 

Teraz przyszedł czas na kolejną, szybką zmianę warty i, co za tym idzie, duże zmiany. Takich rozwiązań oczekiwano w Manchesterze z utęsknieniem – uczucia, że coś się dzieje i że ktoś wziął się na poważnie za naprawę drużyny. Widząc to można przeczekać ewentualny słabszy okres potrzebny na ogranie się drużyny zorganizowanej w nowy sposób, jednak na szczęście Louis van Gaal postanowił od razu wykrzesać z Czerwonych Diabłów co najlepsze.

 

Można przyjąć, że najważniejsze zmiany są dwie – należą do nich organizacja defensywy oraz ataku. Linia atakująca została tak dostosowana, by znalazło się miejsce dla dwóch napastników, skrzydłowych oraz klasycznej dziesiątki. Nadal jest dwóch defensywnych pomocników, którzy dzielą swoją uwagę między bramką rywala a swoją, teraz jednak również i skrzydłowi muszą szczególnie skupić się na tej roli. Wymaga tego ustawienie 3 nominalnych środkowych obrońców zamiast dotychczasowej defensywy złożonej z dwóch środkowych i dwóch bocznych. Dla United jest to różnica dość duża i holenderski styl w angielskiej drużynie będzie wymagał wielu wspólnych minut trio Smalling – Jones – Evans (jeżeli taki właśnie będzie stanowił o sile obrony).

 

Koniec jednak teorii, bo praktyka jest jak zawsze wiele ciekawsza. Już pierwszy mecz pokazał, że w tym przypadku nudzić się nie będziemy – LA Galaxy zapoczątkowało tournée Manchesteru po USA i choć jeszcze nie był to turniej International Champions Cup, to zawodnicy już dali z siebie wszystko. Nic dziwnego – trener może sprzedać kilku graczy by zrobić miejsce na kolejne transfery, a czasu jest niewiele. Mocno zmotywowana i pełna wigoru drużyna rozgromiła już na starcie drużynę z Miasta Aniołów aż 7:0 i choć wydaje się, że rywale umiejętności piłkarskie zostawili w szatni, taki wynik po prostu musi napawać optymizmem.

 

Po Galaxy przyszedł czas na ICC, czyli wielki marketingowo turniej w Stanach Zjednoczonych z udziałem m.in. Liverpoolu i Manchesteru City. Diabłom w grupie przyszło grać z AS Romą, Interem oraz Realem Madryt i wszystkie mecze zakończyły się zwycięstwami! Każde ze spotkań było też niezwykle wartościowe, bo poza standardowym wymiarem przygotowawczym miało różnorodne charaktery. I tak mecz z Rzymianami znów pokazał skuteczność ofensywy, jednak wytknął głupie błędy obrony, które dały rywalowi dwie bramki w drugiej połowie. Mecz z Interem był niezwykły ze względu na pierwsze spotkanie Diabłów z Nemanją Vidiciem po jego odejściu z klubu. Serb zaprezentował się niezwykle solidnie, co pokazuje wynik – bezbramkowy remis tym razem oznaczał rzuty karne (bez dogrywki, zgodnie z zasadami turnieju), a te zawodnicy van Gaala egzekwowali ze stuprocentową skutecznością, wygrywając 5:3. Aż przypomina się pucharowe spotkanie z Sunderlandem z zeszłego sezonu. Na koniec fazy grupowej mecz o finał i to nie byle jaki – spotkanie z Realem Madryt. I tutaj Manchester United pokazał się z dużo lepszej strony zdobywając 3 gole i tracąc tylko jednego, po rzucie karnym.

 

W moim odczuciu czegoś brakowało. Niedosyt budził fakt, że nie były to spotkania, w których zespoły dawały z siebie 100% a ich trenerzy wystawiali najmocniejszy skład. A nowy Manchester United potrzebował sprawdzianu z prawdziwego zdarzenia, by przed sezonem ligowym, gdzie rywalizacja wkroczy na poważny poziom, wiedzieć na czym stoi. Na szczęście dobra faza grupowa ICC zaowocowała finałem, w którym rywalem był Liverpool. Lepiej być nie mogło, prawda? Odwieczny rywal, finał turnieju i ostatnie spotkanie tournée niosło za sobą ogromne emocje a kibice byli żądni rewanżu za porażki z zeszłego sezonu.

 

Na szczęście dla Czerwonych Diabłów i Louisa van Gaala, Brednan Rodgers podszedł do spotkania dość poważnie i nie postawił na mocno rezerwowy skład. Dzięki temu United dostało przedsmak rywalizacji ligowej i to już na tym najwyższym poziomie, z wicemistrzem Anglii. Przedsmak do gustu nie przypadł, bowiem obrona mocno się gubiła, a niewiarygodne spustoszenie siał tam fantastyczny Raheem Sterling (ten chłopak co mecz jest lepszy! A dopiero w drugiej połowie lepiej radził z nim sobie Tyler Blackett). Bardzo dobrze – van Gaal wie teraz, czego spodziewać się przy dużym i ambitnym oblężeniu naszej bramki oraz wie w jakim kierunku trenować tercet stoperów (który niespecjalnie był dziś zorganizowany). Ogromnie pozytywnie wypada tutaj sam trener, który musiał zaaplikować podopiecznym mocną mowę motywacyjną w przerwie, bowiem w drugiej połowie Manchester w dwie minuty zdołał odrobić straty i do tego wyjść na prowadzenie. Na koniec udało się jeszcze trzecią bramką wynik przypieczętować, tym samym pokazując, że można, że się chce i potrafi.

 

Na koniec warto pochwalić – świetnie prezentuje się Ander Herrera, który idealnie pasuje do Premier League i od początku pokochał grę w koszulce Manchesteru, dla której na boisku zostawia serce. W nowej taktyce bardzo dobrze odnajduje się Ashley Young, który wraca do gry i niezłej dyspozycji. Nadal widać jeszcze „drewno” w jego grze, ale kto wie – może za kilka miesięcy zobaczymy tego samego przecinaka, który przebojem przyszedł do nas z Aston Villi parę lat temu? Ogromna szkoda, że tego samego nie widać po Nanim, któremu albo dyspozycja nie dopisuje, albo po prostu już się nie chce. Szkoda też, że Chicharito nie błyszczy tak, jak wielu by oczekiwało. Można odnieść wrażenie, że Meksykanin nogą strzelić nie potrafi, a jedynym jego skutecznym środkiem na rywala jest dobra główka. Dziś setkę od Younga zmarnował. Bardzo fajnie prezentuje się też Tyler Blackett, który niedługo może zagościć częściej w składzie United, a znając predyspozycje defensywy do kontuzji, szansa na ligowe występy nadejść może szybko.

 

Pozostaje czekać jeszcze na powrót do gry Januzaja i van Persiego. Wielką niewiadomą jest Fellaini, który, mam nadzieję, odnajdzie się w drużynie van Gaala i być może dobrze uzupełni środek pomocy z Herrerą. Już za tydzień kolejny mecz z Valencią na Old Trafford – drużyna wraca do domu i będzie miała okazje na pierwszy występ przed własną publicznością. Rok temu takie wydarzenia nie były zbyt szczęśliwe, czas więc odczarować kolejny zły urok.

 

P.S. - ciekawe spostrzeżenie zauważył Darek Matwiej komentując podsumowanie sezonu przygotowawczego van Gaala i Moyesa - spośród 4 straconych bramek, 3 padły z karnych. Jedna natomiast... z połowy boiska. Defensywa póki co daję radę!

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)