Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Burnley vs Manchester United: Uno, dos, tres... i znowu dno

Burnley vs Manchester United: Uno, dos, tres... i znowu dno

Piłka nożna | 30 sierpnia 2014 17:47 | Michał Kozera
Angel się starał, ale nie miał kto tego wykorzystać. A on sam boleśnie zasmakował ligi angielskiej.
fot. Manchester United / facebook.com
Angel się starał, ale nie miał kto tego wykorzystać. A on sam boleśnie zasmakował ligi angielskiej.

Król nagi leży i żaden przeciwnik już go więcej nie obnaży. Tak wygląda dziś Manchester United, który dopiero pierwszy raz w lidze, w tym sezonie, miałem okazję oglądać. Dotychczas mogłem wyłącznie czytać opinie, niestety – przekonałem się, że stan faktyczny jest tak zły, jak wieść niesie. Aż nie można nie napisać o tym, co w meczu z Burnley pokazały Czerwone Diabły.

 

Z tym królem jest tak źle, że pastwić można się od stóp do głów. Tarcza spoczywa cała w drzazgach i strzępkach, nogi posiniaczone, miecz chociaż z pozoru lśniący i zabójczy, też leży nieużywany – ręce nie mają siły go unieść i wykorzystać. Najgorzej wygląda tors – cały potłuczony i siny, co kilka dni kopany przez nogi przeciwników. Gdyby chociaż głowa potrafiła jasno dać sygnał „rusz cztery litery!”, to promyk nadziei byłby dostrzegalny. A tak?

 

Van Gaal niewątpliwie potrzebuje czasu, bo okoliczności są dramatyczne. Dziś znów trójka obrońców musiała męczyć się w okrojonym składzie. Środek pola wyglądał, jakby na dziurę na plecach doszyto rękaw. Atak próbował i na tym koniec. Co mnie jednak zastanawia i od czego zacznę – czemu przez cały mecz van Gaal ani razu nie wstał i nie krzyknął na swoich zawodników? Przecież Holender ma rzekomo wielkie jaja, a podczas meczu siedział i notował. Nie wątpię w srogą bure w szatni, ale trzeba pamiętać, że czasem liczy się to, co się pokazuje. Mimo wyniku. Zarówno na boisku, jak i za linią boczną.

 

Trochę to jednak było bliźniacze. Van Gaal zamulał na krzesełku, piłkarze na boisku. Nie było składności, energii i pomysłu. Spodziewałem się, że będzie tu ciężko – Burnley jest co prawda bodaj najsłabszym beniaminkiem w tym sezonie, ale znają swoje boisko. To jest dość małe w porównaniu do pozostałych obiektów, dlatego szczególnie ważne było zamurowanie środka pola. Zamiast tego zobaczyliśmy chaos i to od pierwszych minut.

 

Wyjątkowo fatalnie, i to drugi mecz z rzędu, prezentuje się Evans. Dość doświadczony obrońca kolejny raz popełnia ten sam błąd – podaje przeciwnikowi piłkę „na setkę”. Teraz na szczęście wnioski wyciągnął chociaż de Gea, który od razu wyczuł co się święci i uratował bramkę (nie ostatni zresztą raz). Tak naprawdę w perspektywie występu całej trójki z tyłu, najlepiej pokazał się Jones, chociaż indywidualnie i on popełniał błędy. Starał się Blackett i to mu się chwali, ale doświadczenia nie zdobędziesz w dwa spotkania i było to widać.

 

Boli brak skrzydłowych. W całej polityce transferowej nie rozumiem jednego – kupiliśmy dwóch środkowych pomocników defensywnych, pomocnika ofensywnego, dwóch obrońców. Czemu jednak nie mamy skrzydłowego i to już któryś sezon z rzędu? Wiecie kogo brakuje? Naniego – a w zasadzie zawodnika z jego umiejętnościami, bowiem stateczność i brak chęci do gry Portugalczyka kompletnie skreśliła go z drużyny. Young i Valencia są z tego samego sortu i o ile Antonio potrafi dobrze zadziałać defensywnie, to z przodu… nabijał nam rożne. Ashley to ogólne dno.

 

Nabijanie rożnych było fajne i miewało sens do tego sezonu. W momencie, gdy z drużyny odeszli Vidić, Ferdinand, Evra i kontuzjowany jest Fellaini, opcji na skuteczną główkę do bramki z kornera praktycznie nie ma. O dziwo najlepiej dorzucić dziś udało się… Andersonowi. Ogólnie jego krótki występ zaliczyłbym na plus. Może po prostu nie zdążył spieprzyć. Szkoda tylko, że on oraz Januzaj pojawili się niejako z przymusu. Di Maria zszedł w obawie przed urazem, a uniknąć go nie zdążył Mata. Tym samym obawa powiększenia szpitala z 9 kontuzjowanych do 11 wzrosła. Przy tym żaden z 4 zakupionych graczy nie jest dostępny (nieszczęsny Rojo stara się o pozwolenie na pracę. Jak Janusz z budowy).

 

Brakowało porządnego opanowania w środku pola. Nie było umiejętności pewnej gry na jeden kontakt. Nie istniał przegląd pola, mieliśmy za to sporą statyczność. Zawiódł kluczowy element konieczny w meczu z Burnley na ich obiekcie. W takich warunkach dramatyczne pierwsze dziesięć minut i załamujące kolejne 80 nie mają co dziwić. Fletcher nie jest złym zawodnikiem, uwierzcie. Nie może być jednak liderem dwójki pomocników, a jedynie solidnym asystentem. Dziś zagrał obok di Marii, który na ŚPD pojawił się chyba z przymusu czy raczej braku laku. Defensywnie utalentowany jeszcze nie jest, a wypady do przodu oznaczały, przy zejściu Fletchera do trójki obrońców, dziurę w środku pola. W ataku zresztą… z pustego to i Salomon nie naleje. Grać z kimś musi mieć.

 

Pozostaje teraz wierzyć w trzy rzeczy. Pierwszą jest szybki powrót na boisko wszystkich nowych graczy oraz przybycie Blinda. Drugą jest realizacja pomysłów van Gaala oraz koncentracja i pewność przy piłce. Trzecia to wiara w formację i taktykę Holendra oraz skuteczne jej wykorzystanie. Jeżeli to się uda, wierzę, że wszystko się obróci. Ale pamiętaj Louis by nie popełnić błędy Moyesa i nie zrazić do siebie kibiców. A Ci są mocno zranieni i jeśli nie w wyniku, potrzebują otuchy w postawie i Bossa.

 

A tymczasem szlag mnie trafia po obejrzeniu meczu i chyba czas iść na boisko, póki w głowie mi się nie zachował styl gry, który właśnie widziałem…

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)