Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Godzinny debiut Balotellego, ale w rolach głównych inni

Godzinny debiut Balotellego, ale w rolach głównych inni

Piłka nożna | 31 sierpnia 2014 16:43 | Sebastian Ibron

fot. Premier League/twitter.com

Poza starciem Evertonu z Chelsea, to spotkanie Liverpoolu z Tottenhamem zapowiadało się najciekawiej. Być może i mecz nie zawiódł, bo zawieść nie mógł, jednak meczem kolejki prędzej mianowalibyśmy starcie The Toffies z The Blues. Niedzielny pojedynek był zbyt jednostronny, by na to miano zasłużyć. 3:0 na korzyść podopiecznych Brendana Rodgersa mówi samo za siebie.


Główną atrakcją (sorry, Mario) meczu na White Hart Lane miał być debiut Mario Balotellego. Włoch mógł się kapitalnie wprowadzić do nowej drużyny, bo przed szansą na zdobycie bramki stanął już w trzeciej minucie po wrzutce Sturridge’a. Poza tą sytuacją, Mario jeszcze trzykrotnie próbował pokonać Hugo Llorisa, jednak koniec końców zakończył mecz w 62 minucie, kiedy to zmienił go Lazar Marković. Super Mario nie porwał, ale nie można mu niczego zarzucić. Ba, nawet zdarzało się go spotkać we własnym polu karnym i to niekoniecznie przy stałych fragmentach gry.


No dobrze, akapit dla Mario starczy. Liverpool. Na White Hart Lane, The Reds dobrze zainaugurowali mecz, a na prowadzenie wyszli już w ósmej minucie po takiej, skądinąd bardzo ładnej (co niekoniecznie na tym gifie widać), akcji.


Zasadniczo Liverpool nie dopuszczał gospodarzy do wielu sytuacji bramkowych. Sam zaś stwarzał ich sporo. Zarówno w pierwszej, jak i w drugiej połowie. Przy drugim trafieniu dobitnie pomógł Eric Dier, który w bardzo głupi sposób sprowokował sędziego do wskazania na wapno. A jak jedenastka, to Steven Gerrard, a jak Steven Gerrard, to pewne wykończenie tejże jedenastki.


Trzecie trafienie to kolejny popis niekompetencji defensywy Spursów. Piłkę stracił Townsend, który na boisku zameldował się niespełna minutę wcześniej, a Alberto Moreno pędził przed siebie niczym struś pędziwiatr. A że nikt nie planował mu w tym rajdzie przeszkadzać, dobiegł do pola karnego, po czym uderzył w długi róg. I wpadło.
 
Trzy zero. Może na stadionie nie pojawiały się duchy Villas-Boasa, którego Tottenham przegrał 0:5 z Liverpoolem, lecz postawa w defensywie i brak pomysłu na grę w ataku pokazywały, że dwa pierwsze mecze w wykonaniu Kogutów mogły być nieco przypadkowe, a Mauricio Pochettino czeka jeszcze sporo pracy nad swoją drużyną. Defensywa była dziś krucha niczym placek Karpatka, pomoc kreatywna jak Filip Surma w zadawaniu pytań, a atak skuteczny jak… nie, po prostu był nieskuteczny.


Bohater dwóch pierwszych kolejek Eric Dier był dziś cieniem samego siebie, w związku z czym Raheem Sterling robił, co chciał. Kiwał w lewo, kiwał w prawo, strzelał, podawał. Raz ograł całą defensywę, po czym w stylu Pawła Buzały, kiksując, umieścił piłkę w rękawicach bramkarza z odległości dwóch metrów. Poza tym widoczny był w przekroju całego spotkania, czym mocno zatruwał życie obrońcom gospodarzy.


Liverpool jest w formie, pieniądze za sprzedaż Luisa Suareza zostały wydane w sposób racjonalny, co było w tym meczu odczuwalne. Jeśli The Reds będą grali tak konsekwentnie, wcale nie muszą być bez szans na obronę tytułu wicemistrza, a kto wie, może nawet pokuszą się o walkę o mistrzostwo?


SEBASTIAN IBRON
TWITTER: @sebastianibron

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)