Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Słońce zawitało nad Sir Matt Busby Way

fot. Oficjalny profil FACEBOOK MUFC

Słońce zawitało nad Sir Matt Busby Way

Piłka nożna | 17 września 2014 12:44 | Mateusz Decyk

Wydaje się, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Niedzielne zwycięstwo nad QRP rozwiało czarne chmury, które od początku kadencji Davida Moyesa wisiały nad obiektem przy Sir Matt Busby Way w Manchesterze. Wysokie zwycięstwo w przebojowym stylu to nowość i nikogo na Old Trafford nie przekonują argumenty o słabości rywala, jego niechęci do gry i nijakości nadanej przez Redknappa.

 

Jedno jest pewne. Cały Manchester United zaczerpnął w końcu konkretną dawkę tlenu pełną piersią. Szatnia, trybuny i spoglądający gdzieś z boku Sir Alex Ferguson, który przez cały poprzedni sezon przechodził załamanie nerwowe. Na ogromnie wielki napływ pozytywnych emocji kibice Czerwonych Diabłów czekali ponad rok.

 

-Wysłaliśmy wiadomość wszystkim w klubie i poza nim, mówiącą kim tak naprawdę jesteśmy! - przekonuje Bryan Robson, legenda klubu – To bardzo ważne, że do naszej drużyny sprowadzono nową jakość. Kiedy przychodzisz do Manchesteru United musisz mieć określone kompetencje i wygląda na to, że postacie takie jak Blind, czy Rojo je posiadają.

 

Jak widać optymizm bije z każdej strony. Nie ma wątpliwości, że to właśnie zmiany personalne pozwoliły na powrót takich nastrojów. Ostatnio spore zamieszanie wzbudziły fragmenty autobiografii Rio Ferdinanda, w której defensor Queens Park Rangers oskarża Davida Moyesa, o sprowadzenie na Old Trafford mentalności małego klubu – Moyes chciał grać tak, by nie przegrać. To był jego główny cel. My natomiast byliśmy przyzwyczajeni do wygrywania.

 

Postać holenderskiego Bossa jest tu kluczowa, jednak nie wolno też bagatelizować materiału, w którym będzie rzeźbił nowe oblicze United. Oczywiście materiał wadliwy został z klubu usunięty. Po ostatnim weekendzie, ciężko byłoby znaleźć kogoś, kto tęskniłby za Tomem Cleverleyem, czy Dannym Welbeckiem. Głównym wzmocnieniem Louisa van Gaala jest Angel Di Maria. Co do tego nikt nie miał wątpliwości, a w niedzielne popołudnie przekonaliśmy się, że Argentyńczyk jest tym, który swój klub będzie ciągnął za uszy w górę tabeli. Równie elementarną sprawą (o ile nie ważniejszą) wydają się wzmocnienia środka pola.

 

Ander Herrera, co do którego nie wszyscy byli przekonani przed rozpoczęciem nowej kampanii, powoli staje się takim piłkarzem, którym miał być Tom Cleverley. Godnym następcą Paula Scholesa. Oczywiście Hiszpan jest zupełnie innym piłkarzem niż Scholesy, ale nigdy nie uniknie porównań do legendarnego władcy środka pola. Świetnie operuje piłką, potrafi regulować tempo gry, ale również nie boi się agresywnego odbioru piłki czy starć z rywalem. Delikatniejszą wersją Andera jest Daley Blind, który nie należy do najcharakterniejszych piłkarzy na świecie, ale swoją inteligencją boiskową, przez lata szlifowaną w amsterdamskiej szkółce, zachwycał kibiców na Old Trafford, którzy przed tym sezonem marzyli o choćby jednym łączniku wszystkich formacji. Jednak w prezencie od Eda Woodwarda otrzymali aż dwóch.

 

Wypadałoby powiedzieć słowo na temat Marcosa Rojo, ale... ciężko cokolwiek wnioskować po jego postawie w meczu, w którym przeciwnik niekoniecznie kwapił się do atakowania. Na pewno nie czuje się jeszcze zbyt pewnie w układance van Gaala, na co wskazują dwie kuriozalne wręcz sytuacje z jego udziałem. Inaczej ma się sytuacja z Falcao. Kolumbijczyk nie miał zbyt wielu szans, by pokazać jak groźnym jest napastnikiem, ale skok jakościowy w porównaniu z Welbzem jest tu niezaprzeczalny. Słowa Louisa van Gaala są tu najbardziej adekwatne – To zawodnik, który w polu karnym czuje się jak we własny ogródku. Będzie strzelał wiele bramek.

 

Na ten moment główną bolączką Dyktatora, jest komunikacja, a w zasadzie jej brak. By ją usprawnić nie wystarczy, by nowi koledzy dobrze się poznali. Spora odpowiedzialność spoczywa w dłoniach nauczycieli zatrudnionych przez klub, którzy jak najszybciej muszą nauczyć nowych podopiecznych van Gaala języka angielskiego. Takiej znajomości wymaga od swoich piłkarzy Holender. Do grona uczniów dołącza Antonio Valencia, który przez kilka ładnych lat pobytu w Anglii nie potrafił nauczyć się tutejszej mowy. Aż dziwne, że pierwszy zauważył to Holender, a nie... Szkot.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)