Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna W jaskini Lwa: The Invisibles?

W jaskini Lwa: The Invisibles?

Piłka nożna | 19 paździenika 2014 17:00 | Artur Davtyan
Aaron Ramsey po derbach z Tottenhamem (1:1)
fot. facebook.com/premierleague
Aaron Ramsey po derbach z Tottenhamem (1:1)

The Invincibles, złota karta w historii Arsenalu, drużyna dzierżąca krajowy rekord 49 meczów z rzędu bez porażki. Vieira, Pires, Bergkamp, Henry, ulubieńcy Highbury, niekwestionowane legendy klubu. Jedenaście lat później Kanonierzy mogą się pochwalić posiadaniem tak świetnych piłkarzy jak Mesut Özil czy Alexis Sanchez. W pierwszych ośmiu kolejkach sezonu przegrali tylko raz, ale ciężko powiedzieć, by nawiązywali do chlubnej historii klubu. Przyczajeni? Nie. Oczekujący? Nie. Niewidzialni. The Invisibles.

 

Początek sezonu nie rozpieszcza fanów większości czołowych drużyn w Anglii. Dużo pisze się o Liverpoolu będącym cieniem siebie z ubiegłego sezonu, Manchesterze United prowadzącym wyrównane boje z beniaminkami czy Evertonie znajdującym się przed tą serią spotkań w pobliżu strefy spadkowej. Pośród tego wszystkiego zadziwiająco dobrze ukrywają się gdzieś gracze Arsenalu. Szybki rzut oka na tabelę i okazuje się, że mają dwa punkty mniej od Liverpoolu i tyle samo co United, którzy mają do rozegrania jeszcze poniedziałkowy mecz. Skąd więc ta cisza?

 

2-5-1 (+2). Nie jest to żadna rewolucyjna taktyka Arsene'a Wengera, a bilans jego zespołu w tym sezonie. I wszystko staje się jasne. Kanonierzy nie zaliczają efektownych wpadek, w przeciwieństwie do ich kolegów z północy, lecz remisują mecze na potęgę. Oczko dopisane, miejsce w Top4 w dalszym ciągu na wyciągnięcie ręki (lub raczej nogi), żadnej wielkiej sensacji, nic odkrywczego do napisania.

 

Jest jednak w grze Arsenalu problem. Podopieczni francuskiego menedżera grają zbyt wolno, zbyt statycznie, wymieniają masę nie wnoszących niczego podań, a często gdy wypracują już pozycję do strzału starają się wejść z piłką do bramki. Obraz meczu nieraz ratują kilku(nasto)minutowe zrywy, zarówno przy rywalach klasy Manchesteru City i Evertonu, jak i grając z zespołami pokroju Crystal Palace, Aston Villi, czy Hull.

 

Wiele mówi się o tym, że Liverpool i United rozczarowują mimo wydania fortuny na nowych zawodników. Nie zapomnijmy jednak, że na Emirates również nie skąpili grosza w letnim okienku. Klub zasilili Sanchez, Welbeck, Debuchy, Chambers i Ospina - łącznie około 80 mln funtów wydatków, pieniądze zaś zyskano jedynie z transferów Veli i Vermaelena. Jak widać w Londynie szastano forsą, co chyba wielu z nas uleciało z pamięci.

 

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną sprawę. Tradycyjna plaga kontuzji dała o sobie znać już na starcie sezonu, mimo że do klubu dołączył człowiek, który był odpowiedzialny za przygotowanie fizyczne reprezentacji Niemiec w ostatnich latach. Z urazami zmagają się Giroud, Debuchy, Özil i Kościelny, a swoje już zdążyli odchorować m.in. Ramsey, Arteta czy Monreal. W wyniku problemów z kontuzjami ten ostani w meczu z Hull zagrał jako... środkowy obrońca. Prawdopodobnie żaden inny trener nie „zajeżdża” swoich piłkarzy tak jak Arsene Wenger.

 

Na koniec kilka słów od Piersa Morgana, znanego dziennikarza i wieloletniego fana Arsenalu.

Można mówić o Lidze Mistrzów co rok, o spłacaniu nowego stadionu, o rokrocznych wyprzedażach, ale słowa Morgana są równie krytyczne, co celne.

 

Sytuacja drużyny z północnego Londynu przypomina mi nieco grę ich sąsiadów - Tottenhamu - na początku ubiegłego sezonu. Zbieranie punkcików, prześlizgiwanie się szczęśliwie z jednego spotkania w kolejne, a w grze przerost formy nad treścią. Kogutom szczęście z czasem przestało dopisywać i śmiem twierdzić, że jeśli Wenger nie spróbuje zmienić czegoś w grze swojego zespołu, to Arsenal może czekać podobny los w kampanii 14/15.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)