Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Lech znów zremisował wygrany mecz. I to pewnie nie ostatni raz

Lech znów zremisował wygrany mecz. I to pewnie nie ostatni raz

Piłka nożna | 19 paździenika 2014 18:03 | Przemysław Drewniak
Piłkarze Lecha cały czas uczą się filozofii gry Macieja Skorży
fot. x-news
Piłkarze Lecha cały czas uczą się filozofii gry Macieja Skorży

Przed meczem, a zwłaszcza po kilku minutach od jego rozpoczęcia wydawało się, że Lech przejedzie się po Koronie jak walec. Różnica umiejętności, nastawienia i zorganizowania taktycznego była miażdżąca, ale poznaniacy nie potrafili jej wykorzystać. W drugiej połowie przestali grać w piłkę i pozwolili słabym kielczanom na wyrwanie jednego punktu.


Co zrozumiałe, Maciej Skorża postawił w Kielcach na ten sam wyjściowy skład, który dwa tygodnie wcześniej rozbił u siebie GKS Bełchatów. Pozostawił na ławce zdrowego już Zaura Sadajewa, i to okazało się dobrym posunięciem, bo Lech znów pokazał, że w takim zestawieniu potrafi grać znakomicie. Szybkie, dokładne podania, wymienność pozycji, błyskotliwość Jevticia, Hamalainena czy Pawłowskiego… Korona kompletnie nie umiała przeciwstawić się atutom, jakie przeciwstawili jej poznaniacy.


Oprócz tego, że drużyna Ryszarda Tarasiewicza kiepsko prezentuje się pod względem piłkarskim, alarmujące jest jej przygotowanie psychiczne. To znany schemat pojawiający się u drużyn, które grają pod presją: choć przed meczem panuje mobilizacja, wszyscy klepią się po plecach, to po pierwszym gwizdku sędziego wszystko przykrywa stres. Kilka prostych błędów Dejmka, Malarczyka czy nawet Golańskiego mogły zakończyć ten pojedynek już w kwadrans. Skończyło się tylko na tym, że Hamalainen skierował piłkę do bramki po „asyście” ostatniego z wymienionych. Najlepszą okazję na podwyższenie wyniku miał Gergo Lovrencsics, ale akurat on spośród ofensywnych zawodników gości wyglądał w tym meczu najgorzej. Nie wykorzystał okazji sam na sam, a później był właściwie zupełnie niewidoczny.


Korona miała w tym meczu dobrze spisującego się w bramce Vyutautasa Cerniauskasa, który wybronił kilka groźnych strzałów. Drugim najlepszym zawodnikiem gospodarzy było… szczęście, bo gol Oliviera Kapo po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Golańskiego przyszedł w najmniej oczekiwanym momencie. Nie zmienił zresztą obrazu gry, bo po bardzo ładnej akcji Lecha rozpoczętej od tyłu przez Marcina Kamińskiego prowadzenie odzyskał Pawłowski. Wydawało się, że drużynie Skorży nic złego w tym meczu stać się nie może, bo nawet jeśli Korona zdobędzie kolejną bramkę, to dominujący w środku pola goście i tak na to odpowiedzą.


Lech może grać niezwykle efektownie i skutecznie, ale żeby to robić regularnie w każdym meczu przez 90 minut, potrzebuje jeszcze czasu. Skorża zbyt krótko pracuje przy Bułgarskiej, by jego zespół funkcjonował już jak perfekcyjnie naoliwiona maszyna. Tylko tak można tłumaczyć to, co stało się później. Po zmianie stron Lech stanął i zamiast przyciskać, oddał inicjatywę Koronie i skupił się na obronie wyniku.


Wśród gospodarzy trudno było wyróżnić zawodników, którzy prezentowali ponadprzeciętny poziom. Michał Janota grał poniżej swoich możliwości, Paweł Golański przydawał się jedynie przy stałych fragmentach gry, niemrawy znów Siergiej Chiżniczenko szybko został zastąpiony przez Przemysława Trytko, a Kapo poza kilkoma przebłyskami w pierwszej połowie nie pokazał niczego szczególnego. Tak uśpionemu Lechowi wydawało się, że rywal nie może mu już nic złego zrobić. I właśnie przez takie nastawienie poznaniacy stracili wygraną w ostatniej sekundzie gry. W jaki sposób? Oczywiście stały fragment, oczywiście Golański i Sylwestrzak, który w zamieszaniu wcisnął piłkę do bramki.


Na tym etapie pracy Skorży Lechowi będą zdarzały się jeszcze porażki w meczach, których teoretycznie nie powinien przegrać. Póki nieregularnie punktuje Legia, a w Ekstraklasie istnieje podział po fazie zasadniczej, przy Bułgarskiej nie ma potrzeby wszczynania z tego powodu alarmu. A co daje ten punkt Koronie? Niewiele, oprócz tego, że w walce o utrzymanie przyda się każda zdobycz, a remis wywalczony w ostatniej minucie przeciwko silnemu rywalowi może podnieść morale drużyny. Kielczanie znów zaprezentowali się bowiem słabo i czeka ich jeszcze długa droga, by wykaraskać się z dołu tabeli.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)