Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Bramki czarnych koni Liverpoolu, The Reds - znów Wam się udało!

fot. Liverpool FC / facebook.com

Bramki czarnych koni Liverpoolu, The Reds - znów Wam się udało!

Piłka nożna | 29 paździenika 2014 17:02 | Michał Kozera

Pucharowe spotkanie Liverpoolu pokazało, że klub z Anfield potrafi grać ładną piłkę i bez swoich kluczowych postaci, tych jednak nie można zarazem obwiniać o brak skuteczności. Ekipa Brendana Rodgersa podjęła na swoim obiekcie Swansea w 1/8 Capital One Cup i tylnymi drzwiami weszła do ćwierćfinału, wygrywając mecz w ostatnich sekundach.


Gospodarze zaczęli mecz z przewagą, kontrolując piłkę i badając przeciwnika na swoich warunkach. Co prawda Swansea starała się lekko zrewanżować rywalom w początkowych minutach, jednak po chwili The Reds pewnie dominowali w środku pola. Wtorkowy mecz rozegrany został m.in. bez odpoczywających (wreszcie) Raheema Sterlinga czy Stevena Gerrarda. Na ławce usiadł Mario Balotelli, a szansę otrzymał Rickie Lambert, który mógł udowodnić, że Liverpool ma w składzie napastników, którzy potrafią strzelać bramki. Niestety – nie udowodnił.

 

Chociaż zmieniła się obsada, sztuka rozegrana została w podobny sposób. Środkiem pola dyrygował pełniący rolę kapitana Jordan Henderson, natomiast tym przebojowym i groźnym dla rywali był Phillipe Coutinho. To on dał się szczególnie we znaki defensywie, zwłaszcza w pierwszej połowie, gdy kulała gra Fabio Boriniego. Ogólnie – napastnicy dziś nie zachwycili i to po części przez ich niemoc jako pierwsi prowadzenie zdobyli goście po dość nietypowej akcji i niewielkim udziale rykoszetu przy asyście Shelveya. Fakt jednak faktem, że Emnes pokazał, jak należy wykańczać akcje, zdecydowanie uderzając piłkę na dalszy słupek.

 

Kto wczoraj zepsuł swoje akcje? Borini, Lambert, Henderson, Coutinho, Marković (o ten to w szczególności!). W ofensywę zaangażowana była cała drużyna, zwłaszcza w momencie, gdy przyszło odrabiać bramkową stratę. Udało się w końcu, a komu – nie potrafił w to uwierzyć internet. Na boisku pojawił się Mario Balotelli i to on, swoim drugim trafieniem przywrócił The Reds do gry. Ten pozostało 5 minut plus tyle samo doliczonego czasu, jednak do rozstrzygnięcia doszło dopiero w ostatniej minucie meczu, kiedy po długim dośrodkowaniu bramkę zdobył Dejan Lovren. Zaskoczenie? Obok Balotelliego to kolejny zawodnik, którego co gorętsi fani z Anfield już widzieli na liście transferowej. A jednak cud się stał i po ostatnim pojedynku z Queens Park, Liverpool znów poczuł smak szalonej wygranej w ostatniej chwili.

 

@KozeraM

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)