Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Comeback Janczyka i koncert Badii. Piast przejechał się po Bełchatowie

Comeback Janczyka i koncert Badii. Piast przejechał się po Bełchatowie

Piłka nożna | 29 paździenika 2014 23:40 | Przemysław Drewniak
Gerard Badia był najlepszym zawodnikiem meczu Piasta z GKS-em
fot. x-news
Gerard Badia był najlepszym zawodnikiem meczu Piasta z GKS-em

Na ten moment czekała prawie cała piłkarska Polska. No może nie do końca, bo tak naprawdę wielu z nas patrzyło na próby powrotu do poważnej piłki Dawida Janczyka z politowaniem. Ten dopiął jednak swego i w meczu Pucharu Polski z GKS-em Bełchatów strzelił dwie bramki. Inna sprawa, że zawodnicy Kamila Kieresia byli w środowy wieczór na tyle słabi, że były gwiazdor CSKA Moskwa chyba bardziej wysilał się pokonując bramkarzy Małejpanwi Ozimek czy Rekordu Bielsko-Biała.


Patrząc na wyjściowe składy obu drużyn, przed meczem można było bez zastanowienia przyznać miano faworyta drużynie z Bełchatowa. Kamil Kiereś wystawił do gry najsilniejszy możliwy skład, podczas gdy Angel Perez Garcia zdecydował się na eksperymenty. W wyjściowej jedenastce znalazło się miejsce dla nieco anonimowego Tomasza Mokwy (debiut w pierwszej drużynie Piasta) czy Dawida Janczyka, który jeszcze niedawno miał problem z wytrzymaniem choć 45 minut gry w wysokim tempie. Nie było Rubena Jurado, Kamila Wilczka czy Radosława Murawskiego. Wydawało się zatem, że Bełchatowowi nadarza się idealna okazja do zażegnania kryzysu i potwierdzenia, że zwycięstwo z Górnikiem Zabrze nie było jednorazowym wyskokiem.


To, że po znakomitym starcie sezonu GKS w końcu złapie zadyszkę, było pewne. Szczególnie biorąc pod uwagę plagę kontuzji, która dotknęła już prawie wszystkich kluczowych zawodników. Porażka 0:5 z Lechem, mimo swoich rozmiarów, też nie była wielce szokująca – ot, każdemu może się zdarzyć. Ale tego, że Bełchatów powtórzył ten „wyczyn” w Gliwicach, nie sposób już racjonalnie wytłumaczyć. Piłkarze Kieresia wyglądali tak, jakby ktoś przed wyjściem na murawę czarodziejską różdżką odebrał im wszystkie talenty.


Fatalne błędy bocznych obrońców, beznadziejny środek pola, kompletnie nieefektywny Michał Mak oraz niewidoczny Bartosz Ślusarski – Bełchatów w niczym nie przypominał zespołu, który jeszcze niedawno zaskakiwał całą ligę. Kiereś stał przy linii, dyrygował, podpowiadał, ale na nic się to nie zdało. Bełchatów wyglądał jak przypadkowa zbieranina piłkarzy, która potrafi zagrozić bramce przeciwnika tylko graniem na aferę lub po stałym fragmencie gry.


Dobrze, że Angel Perez Garcia nie przesiąknął jeszcze sposobem myślenia naszych szkoleniowców i Puchar Polski traktuje śmiertelnie poważnie. Było to widać po postawie jego drużyny, która od pierwszej do ostatniej minuty zdominowała bełchatowian, bezlitośnie wykorzystując niemal wszystkie stuprocentowe okazje. Sygnał do ataku jako pierwszy dał Gerard Badia. Kibice po tym meczu będą mówić przede wszystkim o Janczyku, ale to Hiszpan, który strzelił dwie bramki, zaliczył asystę i momentami ogrywał rywali jak dzieci, był tego dnia najlepszy na boisku. Pomocnik Piasta zaczyna coraz bardziej przypominać Daniego Quintanę – skala umiejętności bardzo podobna, ale powtarzalność pozostawia już wiele do życzenia.


Drugi z bohaterów środowego wieczoru też zasłużył na słowa uznania. Sytuacja, w której Janczyk strzelił pierwszego gola nie była nadzwyczajnie trudna (drugie trafienie zaliczył z rzutu karnego), zaś w wielu innych brakowało mu dynamiki i czucia gry. Trzeba jednak docenić długą drogę, jaką musiał przejść, by znaleźć się w tym miejscu. I dawać mu kolejne szanse, choć dwie bramki zdobyte w meczu z Bełchatowem wcale nie oznaczają, że jego forma stoi już na wysokim poziomie.


Goście sprawili, że tak naprawdę każdy z piłkarzy Piasta zaprezentował się co najmniej dobrze. Na wyróżnienie zasługuje bez wątpienia Bartosz Szeliga, który wielokrotnie napędzał akcje gliwiczan prawą stronę i na ten moment dystansuje w rywalizacji o pierwszy skład Tomasza Podgórskiego. Na tle Bełchatowa nawet grający na środku obrony Hebert wyglądał jak profesor. Trzeba też zaznaczyć udany debiut Mokwy, który nie popełnił większych błędów w defensywie i dosyć często gościł z piłką na połowie rywala.


Jeśli komuś w Gliwicach należy się dziś nagana, to na pewno kibicom, którzy pozostali w domach. Przyzwyczailiśmy się już do tego, że przy Okrzei frekwencja nie stoi na wysokim poziomie, a Pucharowi Polski wciąż daleko jest do renomy i zainteresowania kibiców sprzed lat. Ale liczba 1231 fanów zgromadzonych na stadionie wygląda jak żart. Tym bardziej, że w tym sezonie na drużynę Pereza warto przychodzić.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)