Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna W jaskini Lwa: Czarne chmury nad Anfield

W jaskini Lwa: Czarne chmury nad Anfield

Piłka nożna | 03 listopada 2014 21:19 | Artur Davtyan

fot. facebook.com/LiverpoolFC

Liverpool po dziesięciu kolejkach znajduje się na siódmym miejscu w tabeli, wyprzedzany przez Swansea, West Ham i Southampton, ma dwanaście punktów straty do lidera. Oczywistym było, że ten sezon będzie dla The Reds trudniejszy niż poprzedni, lecz tak przeciętnej gry piłkarzy z miasta Beatlesów mało kto oczekiwał.

 

W ostatnim czasie wydawało się, że gra podopiecznych Brendana Rodgersa może w końcu ruszyć do przodu. Seria czterech meczów bez porażki w lidze i wygrana ze Swansea w pucharze ligi mogła wlewać umiarkowany optymizm w serca kibiców. Gra nie zachwycała, ale powoli pojawiały się wyniki. Rzeczywistość brutalnie zweryfikował mecz na St. James' Park, gdzie Liverpool zagrał prawdopodobnie najgorzej od czasów panowania Kenny'ego Dalglisha.

 

Spójrzmy na ustawienie The Reds w ostatnim spotkaniu. Na papierze jest to 4-3-3, które w dodatku wygląda całkiem sensownie. Dwóch dobrych w ofensywie bocznych obrońców, wybiegani środkowi pomocnicy i jeden kreujący grę od tyłu, błyskotliwi skrzydłowi i napastnik potrafiący grać tyłem do bramki. W praktyce wyszło kompletnie niezrozumiałe 3-5-1-1, które związało ręce (nogi?) będącym i tak w nie najwyższej formie gościom.

 

 

Dlaczego Rodgers ustawił zespół w ten sposób? Odpowiedź jest prosta - Gerrard. Dookoła kapitana znajdowało się aż sześciu piłkarzy, którzy mieli biegać za niego, naprawiać jego błędy w ustawieniu lub dawać opcje rozegrania piłki. Krótko mówiąc - maskować żałosną dyspozycję Anglika. Jak się skończyło? Steven posyłał kilkudziesięciometrowe crossy na głowę... Sterlinga, a obowiązki defensywnego pomocnika odpuszczał na tyle, że pressing szybciej zakładali wracający sprintem przez pół boiska Allen i Henderson niż znajdujący się kilka metrów od piłki Gerrard. I ten człowiek biegnie narzekać mediom, że nie dostał jeszcze pod nos nowego kontraktu? Śmiech na sali, panie kapitanie.

 

Znaczącym problemem jest nadmierna eksploatacja Raheema Sterlinga. 19-latek był człowiekiem, który ciągnął grę Liverpoolu, owszem, ale tylko przez pierwsze dwa miesiące sezonu. Już od dłuższego czasu na grę młodego Anglika wręcz nie da się patrzeć. Podejmuje złe decyzje, wplątuje się w przegrywane notorycznie dryblingi, nie pomaga mu też ustawianie go na prawym skrzydle, gdzie marnuje swój potencjał. W obecnej formie z gry Raheema jest więcej kłopotu niż pożytku, co udowodnił mecz ze Srokami.



Celne podania do przodu Raheema można policzyć na palcach jednej ręki, w dodatku takiej lekko wybrakowanej. Zatrważająca jest ilość tych nieudanych. Skuteczność? 64%. Chłopak nie dostarczył piłki w pole karne skutecznie ani razu, nie oddał też żadnego strzału, choćby niecelnego. Mały dramat.

 

Zagadką pozostaje, czemu Rodgers jest tak uparty, by grać Gerrardem i Sterlingiem zawsze. Obsadzić na czterech (4-3-1-2) lub pięciu (4-2-3-1) pozycjach w pomocy Irlandczyk może Emre Cana, Jordana Hendersona, Joe Allena, Lucasa Leivę, Philippe Coutinho, Lazara Markovicia, Suso, a nawet Fabio Boriniego. Jest tu więc aż ośmiu piłkarzy do gry na pozycjach wyżej wspomnianej dwójki. Jakiekolwiek logiczne uzasadnienie, czemu w obliczu tragicznej formy kapitana nie zagrają Can bądź choćby Leiva, a Sterlinga nie może zluzować na kilka spotkań Lallana lub Borini? Chyba tylko Brendan wie, czym się kieruje przy ustalaniu jedenastek na kolejne spotkania.

 

Mario Balotelli. Czarna owca, dosłownie i w przenośni. Co tu dużo mówić, na ten moment ogromny niewypał transferowy. Wykładane mu setki od początku kariery na Anfield psuje na potęgę, często podejmuje bezsensowne decyzje o strzałach na bramkę, bądź wdaje się niepotrzebnie w pojedynki jeden na jednego z obrońcami. A jednak w pojedynku z Newcastle był jednym z niewielu, którzy w niczym nie zawinili. Naciskał defensorów, zaliczył kilka odbiorów, nie dał się ponieść po tym jak Janmaat za nie mające nic wspólnego z piłką nożną kopnięcie powinien wylecieć z boiska, kilka razy ładnie napędzał akcje, wyciągał obrońców robiąc miejsce Coutinho w polu karnym, dobrze dośrodkował do Moreno pod koniec meczu. Powiecie, że nie strzelał? Trudno tego oczekiwać, skoro podanie w pole karne lub choćby w jego okolice dostał zaledwie raz. Mimo że nie jestem fanem talentu Włocha (do dziś przeklinam brak walki o Lacazette'a i rezygnację z Remy'ego), to akurat on za ostatnie dwa występy zasłużył na malutki kredyt zaufania.

 

Pora porozmawiać o defensywie. Spójrzmy na bramkę strzeloną przez Ayoze Pereza. Większość stwierdzi jednoznacznie, że to wina Alberto Moreno. Moim zdaniem zdecydowanie bardziej zawinił tu nie kto inny, jak Dejan Lovren. Znowu. W chwili, gdy Sissoko odgrywa do Cabelli, przeciąć podanie mają zamiar zarówno Moreno, jak i Lovren. Chorwat ruch wykonuje całkowicie niepotrzebnie - to Hiszpan był odpowiedzialny za byłego gracza Montpellier, podczas gdy jego starszy kolega powinien pilnować Pereza do spółki z Skrtelem (który ostatecznie również zawinił). Dejan zalicza pusty przelot, piłkę zmierzającą do obiegającego Cabelli przecina Alberto właśnie i ląduje ona w miejscu, w którym powinien być... Lovren właśnie. Kto tam się znalazł i jak akcja się zakończyła wszyscy dobrze wiemy.

 

Wielu ludzi za kolejny problem Liverpoolu uważa Simona Mignoleta, belgijskiego bramkarza. Niepewny na przedpolu, źle zgrany z obrońcami, ma braki w grze nogami. Ja jednak mam zamiar go bronić. Wyobraźcie sobie, że gra przed wami Dejan Lovren w duecie z Martinem Skrtelem Czulibyście się pewnie? Niekoniecznie. Prawda jest taka, że mimo swoich wad Mignolet regularnie ratuje Liverpool przed jeszcze większymi porażkami, w każdym meczu można znaleźć chociaż jedną sytuację stuprocentową wybronioną przez Simona. Są na rynku bramkarze lepsi od Belga, to pewne, lecz jest to aktualnie jedna z ostatnich osób, do których można mieć pretensje o wyniki LFC.

 

Liverpool przeżywa chwilowy kryzys, ciężko temu zaprzeczyć. Po nadchodzących spotkaniach z Realem i Chelsea czeka nas jednak przerwa reprezentacyjna i może to być czas, gdy Brendan Rodgers przeanalizuje dogłębnie grę swojego zespołu, postara się wyciągnąć wnioski, odnaleźć popełnione błędy i je naprawić. Kolejnymi przeciwnikami Liverpoolu w lidze będą Crystal Palace, Stoke, Leicester i Sunderland. Cała czwórka jak najbardziej do ogrania, tym bardziej w obliczu powracającego po kontuzji Daniela Sturridge'a. The Reds wciąż są zespołem z ogromnym potencjałem i moim zdaniem to jedynie kwestia czasu, by młodzi zdolni z Anfield znowu zaczęli budzić lęk w szeregach rywali.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)