Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Nowy trener, ten sam problem. Lech wciąż razi nieregularnością

Nowy trener, ten sam problem. Lech wciąż razi nieregularnością

Piłka nożna | 08 listopada 2014 07:12 | Przemysław Drewniak
Stadion Lecha przed meczem "Kolejorza" z Podbeskidziem
fot. P. Drewniak
Stadion Lecha przed meczem "Kolejorza" z Podbeskidziem

Kibice przy Bułgarskiej zapamiętają Lecha Mariusza Rumaka jako drużynę, która w krótkim odstępie czasu zaliczała ogromne wahania formy. Od dwóch miesięcy „Kolejorza” prowadzi nowy szkoleniowiec, ale poznańska drużyna wciąż irytuje nieregularnością. W piątkowy wieczór zagrała bardzo słabo przeciwko Podbeskidziu Bielsko-Biała i zasłużenie straciła punkty na własnym stadionie.


Goszcząc u siebie zespoły z dołu tabeli, jedyny znak zapytania Lech powinien stawiać przy liczbie goli, jaką uda mu się strzelić. Pewne zwycięstwo, dążenie do zdobycia kolejnych bramek niezależnie od wyniku, to już obowiązek i jedyny czynnik gwarantujący przyciąganie kibiców na trybuny. W piątkowy wieczór na trybunach w Poznaniu zasiadło niespełna 13 tysięcy osób, co biorąc pod uwagę zamknięty „kocioł” nie jest złym wynikiem. Po takich spotkaniach jak z Górnikiem Łęczna czy Podbeskidziem frekwencja przy Bułgarskiej znów może jednak spaść. Lech nie ma bowiem instynktu zabójcy, dzięki którym wykorzystywałby słabość niżej notowanego przeciwnika.


Piątkowy mecz zaczął się dla Lecha wyśmienicie, bo od nieco przypadkowej bramki zdobytej po stałym fragmencie gry. Tym bardziej trudno wyjaśnić to, co działo się później. Wszyscy spodziewali się, że gospodarze „zjedzą” bielszczan, szturmując ich niepewną w tym sezonie linię defensywy. Zamiast atakować, poznaniacy oddali jednak inicjatywę rywalom, którzy jeszcze do przerwy stworzyli sobie dwie okazje sam na sam. Gdyby Chmiel i Pazio wykorzystali swoje stuprocentowe szanse, to Podbeskidzie mogło wyjeżdżać z Poznania nie z jednym, a nawet trzema punktami.


Powiecie, że przecież Lech też miał kilka znakomitych sytuacji, którymi mógł „zamknąć” mecz. Owszem, ale problem polega na tym, że „Kolejorz” zagrał w piątkowy wieczór bardzo słabo. I ani trener, ani piłkarze wcale tego nie ukrywali. - Zagraliśmy najgorsze spotkanie w ostatnim czasie. Klasowa drużyna nie może sobie pozwalać na to, by u siebie tracić zwycięstwo w takich okolicznościach. Po prostu brak mi słów – mówił po meczu rozżalony Szymon Pawłowski.


Do niego kibice Lecha akurat nie muszą mieć większych pretensji. To ataki byłego pomocnika Zagłębia Lubin wywoływały największe zagrożenie w szesnastce Podbeskidzia. Goście zneutralizowali poznaniaków nie na skrzydłach, a w środku pola. Leszek Ojrzyński pokazał, że przy dobrym zagęszczeniu środka pola można wyeliminować znakomicie funkcjonującą w poprzednich spotkaniach współpracę pomocników z Kasperem Hamalainenem. W takich sytuacjach Lechowi przydałby się napastnik, który potrafi przytrzymać piłkę z przodu, ale takim zawodnikiem drużyna mająca walczyć z Legią o mistrzowski tytuł dziś nie dysponuje. Trudno za takiego uznać Zaura Sadajewa – Czeczen wszedł na boisko w drugiej połowie, zmarnował dwie dobre okazje i zamiast skupić się na lepszej grze, zdążył pokłócić się z Bartłomiejem Koniecznym i sędzią.


Maciej Skorża próbował na początku drugiej połowy wspomóc drużynę w rozegraniu, wprowadzając na boisko Szymona Drewniaka. - Dawid Kownacki nie zszedł dlatego, że grał słabo. Po prostu chciałem, by Darko Jevtić i Kasper Hamalainen grali bliżej siebie i tworzyli nam sytuacje, jak robili to w ostatnich spotkaniach. Dziś jednak nie mieliśmy swojego dnia, niewiele nam wychodziło – tłumaczył szkoleniowiec „Kolejorza”.


Mimo wprowadzenia dodatkowego zawodnika Podbeskidzie skutecznie zablokowało Lechowi środek pola, ale przy lepszej skuteczności i dyspozycji skrzydłowych gospodarze i tak powinni byli rozmontować rywali. Momentami fatalnie zagrywał jednak Gergo Lovrencsics, który nie potrafił wykorzystać słabości grającego naprzeciwko niego Adama Pazio. Nie można jednak sprowadzać przyczyn niemrawej gry Lecha do formy poszczególnych zawodników. Niepokojące jest to, że „Kolejorz” prezentował się źle jako zespół. - Nie graliśmy swojego futbolu. Nie utrzymywaliśmy się przy piłce, często brakowało przeniesienia gry z jednej strony boiska na drugą. Nie wiem, czym to jest spowodowane. U siebie powinniśmy dominować, a tak naprawdę w pierwszej połowie to Podbeskidzie częściej było w posiadaniu – zauważył Pawłowski.


W tonie pomeczowej wypowiedzi Skorży można było wyczuć, że w Poznaniu najchętniej zakończyliby rundę jesienną już teraz. Nie jest tajemnicą fakt, że nowy trener Lecha zamierza dokonać zimą przeglądu kadry pierwszego zespołu, a co za tym idzie – zrezygnować z kilku piłkarzy. - Trudno o jakiś optymizm po tym, co pokazaliśmy. Może jakiś plus jest taki, że mam większe rozeznanie co do szerszej grupy zawodników, ich umiejętności i ewentualnej przydatności przed rundą wiosenną - mówił Skorża.


Lech potrzebuje wzmocnień, bo nie może być uzależniony od indywidualności. A trudno oprzeć się wrażeniu, że tak właśnie jest. W piątkowy wieczór w defensywie widoczny był brak Marcina Kamińskiego (kontuzja), a w szczególności Łukasza Trałki (kartki), bez którego środek pola poznaniaków nawet wobec dobrej postawy Karola Linettego po prostu nie istnieje. Przeciwko Podbeskidziu niezbyt pewnie grała para środkowych stoperów Bednarek-Arajuuri, a fatalna interwencja wprowadzonego na boisko Huberta Wołąkiewicza zafundowała „Góralom” wyrównującego gola.


Podbeskidzie w swoim iście góralskim stylu wyszarpało cenny punkt w Poznaniu. - W szatni patrzę na chłopaków z satysfakcją, bo dziś pokazali wolę walki, której zabrakło w ostatnim meczu z Piastem. Nie przestraszyli się Lecha, dobrze zareagowali na nieudany początek meczu i za to należą im się gratulacje – mówił po spotkaniu Leszek Ojrzyński.


Nie dysponujemy dokładnymi statystykami, ale trener Podbeskidzia ma w tym sezonie chyba najwięcej szczęścia do rezerwowych wśród trenerów Ekstraklasy. Jeszcze niedawno był w tym zestawieniu w czołówce, a teraz chyba jest już na pierwszym miejscu, bo przy Bułgarskiej remis znów zagwarantował mu zmiennik z ławki. Pochodzący z Wielkopolski Bartosz Śpiączka wykorzystał podanie Roberta Demjana, bez którego dziś ofensywa bielszczan jest bezzębna. Ojrzyński pomylił się, wstawiając do wyjściowego składy będącego bez formy Macieja Korzyma. Były napastnik Korony za łatwo przegrywał pojedynki, zwalniał akcje i w rywalizacji o miejsce w składzie jest, a przynajmniej powinien być, daleko za Słowakiem.


„Górale” urwali punkty Legii, Śląskowi, Lechowi i byli bliscy zwycięstwa z Wisłą. Dużo gorzej wyglądają jednak w starciach z przeciętnymi rywalami i na dziś to jest ich największą bolączką. - Każdego przeciwnika trzeba szanować i traktować podobnie. Nam zdarzają się jeszcze momenty dekoncentracji i odpuszczania, a z tymi najlepszymi dajemy radę i pokazujemy góralski charakter – przyznaje Ojrzyński. Problem w tym, że o utrzymanie lub pierwszą ósemkę Podbeskidzie nie będzie walczyć z drużynami czołówki, a z Koroną, Pogonią, Piastem czy Cracovią. I to w meczach z tymi przeciwnikami bielszczanie będą weryfikować swoje możliwości.


Z Poznania Przemysław Drewniak

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)