Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Jak przegrać wygrane? Zapytajcie Arsenal!

Jak przegrać wygrane? Zapytajcie Arsenal!

Piłka nożna | 23 listopada 2014 20:07 | Michał Kozera

fot. Premier League / facebook.com

Wydawało się, że pojedynek Arsenalu z Manchesterem United będzie fajnym pojedynkiem z masą bramek. Wszystkiemu winne miały być kontuzje, jakie poszatkowały oba zespoły. Było ciekawie, owszem, jednak wynik, z którym zakończył się mecz załamał niejednego widza.

 

Niewiarygodne jest jak można zmarnować dominację przez całe 45 minut, wiele okazji bramkowych i bałagan w szeregach przeciwnika. Wszystko to miał do dyspozycji zespół gospodarzy – Manchester United wystartował w tym meczu z taktyką 3-5-2, dotychczas niezwykle problematyczną i mało skuteczną w defensywie, w dodatku wypełnioną trzema wciąż niepewnymi punktami: Smallingiem (powrót po głupiej czerwonej kartce przeciw City), McNairem (młodzik) oraz Blackettem (młodzik, dość nieregularny). Po bokach zagrali pomocnicy - Valencia i Young (który zmienił po kwadransie gry Shawa). Cała piątka, mówiąc wprost, niewiele ogarniała.

 

Arsenal miał do dyspozycji nie najgorsze działa. Zagrali Ramsey, Wilshere, Oxlade-Chamberlain, Welbeck i przede wszystkim Sancheza. Ten ostatni był najważniejszym punktem ofensywy Kanonierów, mając istotny wpływ na wynik swojej drużyny średnio co kilkanaście minut w ostatnich meczach. Dziś starań o to nie brakowało ze strony zarówno byłego gracza Barcelony, jak i jego kolegów z ofensywy. Na przerwę zeszli oni jednak przy bezbramkowym rezultacie. Czego zatem zabrakło? Skuteczności.

 

Jak zwykle najcenniejszym punktem drużyny van Gaala okazał się David de Gea. Hiszpan co prawda popełnił błąd, wybijając raz piłkę wprost w rywala na swojej połowie. To rozpoczęło akcję, w której sam na sam z bramkarzem znalazł się Jack Wilshere i… pojedynek przegrał. Podobnie wyzwania rzucane rękawicom de Gei spotykały się ze stanowczą odpowiedzią reprezentanta Hiszpanii, który stanowił mur nie do przejścia.

 

Zupełnie inaczej było z drugiej strony. Wojtek Szczęsny na spółę z Kieranem Gibbsem zrobił robotę dla rywali i doprowadzili do swojego własnego „pogrzebu”. Polski bramkarz wyskoczył do dośrodkowania i powalił przy okazji swojego obrońcę, od którego odbita piłka dała samobój. Co ciekawe nieszczęście przeczuwał Fellaini, który zrezygnował z walki o piłkę i odsunął się od defensora.

 

Potem, na domiar złego gospodarzy, robotę zrobiła jedna, celna kontra di Marii oraz Rooneya. Mogło być nawet upokarzające 3:0, ale sam Angel zepsuł swoją solówkę. Na osłodę wpadł Olivier Giroud, mały bohater tego spotkania. Francuz wrócił po długiej przerwie (wcześniej niż zakładano) i od razu dał swoim kibicom promyk nadziei. Arsenal i tak miał małe fory w tym meczu – sędzia doliczył im aż 8 minut, a Kanonierzy właśnie w doliczonym czasie strzelali w tym sezonie najwięcej spośród wszystkich ekip goli. Udało się zdobyć jedną, jednak wyjątkowego blamażu się nie załata. Było tak ze Swansea, było z Anderlechtem. Teraz pozdrawiają...

 

Manchester United zdobył pierwsze punkty na wyjeździe w tym sezonie. Grał trójką maksymalnie rezerwowych obrońców, w tym jednym, który niemal co akcję się kompromitował. Jego ofensywa kulała, ale nielubiany van Persie nic nie pokazywał. W meczu stracili najlepszego, pozostałego w grze obrońcę. A mimo to Arsenal nie zrobił nic. Działa nie wypaliły, a ogrom tej porażki jest niesamowity.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)