Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Scenariusz katastroficzny na horyzoncie [POLEMIKA]

fot. wikipedia.org

Scenariusz katastroficzny na horyzoncie [POLEMIKA]

Piłka nożna | 28 listopada 2014 21:52 | Sebastian Ibron

Gdyby droga obrana przez Davida Moyesa, czyli zrobienie kroku w tył, by zrobić dwa do przodu, była tak łatwa, banalna i przyjemna, jak przedstawił to Jarosław Koliński, mielibyśmy rzeczywisty przepych nazwisk klasowych szkoleniowców, którzy nie robią nic innego poza osiąganiem sukcesów.


Everton i Real Sociedad to drużyny, które się kontrastują. Może nie wizualnie, czy geograficznie, ale jeśli chodzi o styl gry i oczekiwania kibiców względem owego – owszem. Prawdą jest, że jest to klub o niebieskich barwach, pozostający w cieniu czerwonego rywala zza miedzy. Podobnie nie jest kłamstwem, że w Kraju Basków David Moyes nie będzie rozliczany ze zdobytych trofeów, a także będzie musiał prowadzić politykę promowania i sprzedawania zawodników z zyskiem, czyli identycznie jak w Evertonie.


Tylko jest jedna, być może subtelna, a być może kluczowa, różnica pomiędzy prowadzeniem tych obydwu klubów. W Evertonie fani zadowalali się zwycięstwami. Bo tak prawdę powiedziawszy, to żadną filozofią jest taktyka „laga na Fellainiego i do przodu”. Fani wiedzieli, jakie klub ma aspiracje i co jest w stanie osiągnąć. The Toffees grali, jak grali, ale wyniki osiągali, do europejskich pucharów wchodzili. I to wystarczało.


A w Sociedad taki numer nie przejdzie. Wprawdzie ostatnie trofeum Txuri-Urdin zdobyli w 1987 (nie wliczając awansu do Primera Division), ale kibice – wiedząc, iż klub nie jest w stanie dostarczyć im tytułów – oczekują przyjemnej dla oka gry. A nie jest tajemnicą, że jednym z ważniejszych argumentów, który sprawił, że z pracy wyleciał Jagoba Arrasate, były właśnie nikłe walory artystyczne.


Jego pomysł na grę bez skrzydeł odbił się „czkawką”, gdyż spore ambicje Realu są jak na razie weryfikowane przez ligową rzeczywistość. A David Moyes już pokazał, co oferuje klubowi, w którym jest zatrudniony. Ani w Evertonie, ani w Manchesterze United nie objawił żadnego skutecznego pomysłu, który mógłby przenieść drużynę na nieco wyższy poziom. W niebieskiej części Liverpoolu po prostu robił wyniki adekwatne, lub trochę poniżej oczekiwań, ale to kwestia dyskusyjna, a w Manchesterze? Cóż.


O ile w Evertonie uszło mu to płazem, o tyle Manchester jest klubem, od którego kibice oczekują więcej, niż lagi do przodu i pierdyliarda wrzutek (notabene, z tym pierdyliardem nie żartuję). Wówczas Moyes już sobie nie poradził. I ciężko mimo wszystko oczekiwać, by styl gry – do którego nie lada uwagę przykuwają kibice oraz lokalne media w San Sebastian – uległ bardziej znaczącej poprawie.


Pewne schematy nie są uniwersalne. Nie można zastosować tych samych wytycznych w klubach o różnej charakterystyce. Ciężko przypuszczać, by Moyes – jako Szkot – potrafił dostosować się do hiszpańskiej specyfiki. Zwłaszcza gdy jego drużyny prezentują tak siermiężny i toporny futbol.


SEBASTIAN IBRON
TWITTER: @sebastianibron

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)