Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna W Poznaniu, przynajmniej na razie, tylko -6 stopni

W Poznaniu, przynajmniej na razie, tylko -6 stopni

Piłka nożna | 30 listopada 2014 18:09 | Sebastian Ibron
Zarówno Gergo, jak i Pawłowski mają powody do zadowolenia
fot. x-news.com.pl
Zarówno Gergo, jak i Pawłowski mają powody do zadowolenia

Maciej Skorża przystąpił wraz ze swoją drużyną do realizacji planu „trzy po trzy”. Jak widać po rezultacie dzisiejszego starcia, rzeczywiście nikt z obozu Lecha nie mówił bzdur, a plan zdobycia dziewięciu punktów w trzech ostatnich meczach jesienią nie jest odrealniony.


Lech przyzwyczaił nas w tym sezonie do dwóch rzeczy. Pierwsza – piorunujące początki meczów. W wielu meczach Kolejorz jako pierwszy wychodził na prowadzenie. Drugą rzeczą, która notabene niejako niweluje tę pierwszą cechę, są żenująco słabe końcówki starć. Dotychczas w lidze Lech stracił aż osiem goli po 85 minucie. Wymowne, ale ciężko chyba jednoznacznie byłoby zdefiniować przyczynę tego zjawiska.


Niemniej jednak dziś, w pierwszych minutach role się raczej odwróciły. Górnik miał w zasadzie dwie okazje. Wprawdzie nie były one szczególnie dogodne, ale jednak były. I mogły one zabrzan wysmarować na prowadzenie. Tak się jednak nie stało, dzięki czemu Lech mógł wpisać się w swój schemat rozgrywania meczów i wyjść prędko na prowadzenie, a Gergo Lovrencsics mógł dokonać tego, czym morduje obrony i bramkarzy w całej lidze. Węgier popisał się absolutnie cudownym dośrodkowaniem na milimetry, idealnie dopieszczonym, no „cycuś glancuś”, którym uraczył Kaspra Hamalainena.


Lech zdobył jeszcze dwa gole. Jeszcze w pierwszej połowie drugie trafienie dla Kolejorza dołożył Szymon Pawłowski, a w drugiej części gry trzeciego gola zdobył Tomasz Kędziora.


W zasadzie był to po prostu mecz do jednej bramki. To mogło się zmienić, gdyby... Zaur Sadajew zagrał dłużej, niż 45 minut. Maciej Skorża wykazał się nie lada wyczuciem. Gdyby nie zdjął on Rosjanina po pierwszej połowie, ten najprawdopodobniej dorobiłby się drugiej żółtej kartki zapewne po kolejnej utarczce z Sewerynem Gancarczykiem, która ciągle wisiała „w powietrzu”. Poza tym, brodacz zagrał bardzo przeciętny mecz, więc wejście Dawida Kownackiego przyprawić mogło o spadnięcie kamienia z serca.


Bezapelacyjnie najgorszym zawodnikiem na boisku był Muhamed Keita. Norweg wszedł na boisko i koncertowo zepsuł wiele kontr, zaliczył wiele strat, a procentowo to wyglądało wprost dramatycznie. Właściwie ciężko wskazać jedno jakiekolwiek dobre zagranie skrzydłowego. A doszukiwanie się takowych jest niczym szukanie kwiatu paproci. Szukać można, ale po co, gdy wiadomo, że niema? Gdyby nie bardzo korzystny wynik, czekałby go zapewne niemały festiwal gwizdów.


A Górnik? A Górnik cały był „keitowaty”. Począwszy od mniej solidnych obrońców, poprzez niefunkcjonujących wahadłowych, mało kreatywnych pomocników, aż po Mr. Invisible, Mateusza Zacharę. Górnicy byli bez żadnych argumentów. Właściwie nie mogli niczym zaskoczyć gospodarzy. Tym samym podopieczni Roberta Warzychy przerwali serię trzech meczów bez porażki.


Lech natomiast odbił sobie porażkę z Piastem. Poza ekscesami Sadajewa, dnem i trzema metrami mułu Keity, Kolejorz zagrał bardzo solidny mecz. Gdyby Lech częściej grał tak, jak dziś, frekwencja nie wynosiłaby 12 tysięcy, jak dziś, a dwa razy więcej, co było w zasadzie normą w zeszłym sezonie. Jeśli Lech zagra podobnie w następnym meczu na Reymonta w Krakowie, to może i przyciągnie nieco więcej fanów na mecz z Lechią?


SEBASTIAN IBRON
TWITTER: @sebastianibron

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)