Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Mecz o życie na Anfield

Mecz o życie na Anfield

Piłka nożna | 09 grudnia 2014 23:33 | Bartłomiej Kornecki

fot. Flickr

8 grudnia 2004. Anfield Road. Liverpool zajmuje trzecie miejsce w grupie z dorobkiem siedmiu punktów. Ma zmierzyć się z Olympiakosem, który plasuje się na trzecim miejscu z dziesięcioma oczkami. Ostatni mecz fazy grupowej Ligi Mistrzów. Anglicy muszą go wygrać żeby awansować. Niestety dla nich nie układa się po dobrej myśli. Bramka legendarnego Rivaldo i przegrywają do przerwy 0-1. Jednak już po przerwie – cudowne przebudzenie. Bach, bach, bach 3-1! Liverpool dalej w Champions League. Już do końca, do wielkiego finału w Stambule, w którym po rzutach karnych ogrywa AC Milan. Historia lubi się powtarzać. Dziś, już dziesięć lat później. Liverpool znów stanął przed podobną sytuacją . Trzecie miejsce w grupie, dwa punkty straty do drugiego Basel i tylko zwycięstwo mogło ich uratować…


Atmosfera w obu obozach jest diametralnie inna. Liverpool od początku sezonu nie gra dobrze i właściwie tylko spotkanie z Tottenhamem wygrane 3:0 na White Hart Lane można zaliczyć do udanych. Męki z Ludogortsem w pierwszym spotkaniu to nie był przypadek. Nie było przełomu także w derbach Liverpoolu, bo choć The Reds prowadzili 1:0 to w końcówce piękny strzał Jagielki dał Evertonowi punkt. W zespole brakuje lidera jakim był w zeszłym sezonie Suarez i jakim mógłby być leczący obecnie uraz Daniel Sturridge, a którym z pewnością nie jest Mario Balotelli. Natomiast Basel, z dziesięciu spotkań ligowych rozegranych jak dotąd, przegrało dwukrotnie jednak nadal prowadzi z dwoma punktami przewagi nad FC Zurich.


To goście od początku dominowali - na Anfield przyjechali jak po swoje. Mimo, że bardzo okazale wyglądał Henderson, który w tym meczu postawiony na skrzydle w każdej chwili mógł zejść do środka pomóc The Reds w obronie to Bazylea była dużo lepsza, szybsza, miała więcej pomysłów. Liverpool potrafił być groźny tylko z rzutów wolnych. Można powiedzieć, że Basel grało sobie w dziadka, a Anglicy z obroną dziurawą jak ser szwajcarski nie mogli wyjść ze środka boiska. Wypracowało to wszystko gola dla Szwajcarów. Po składnej akcji, z przed pola karnego przymierzył Frei, który umieścił piłkę tuż przy słupku bramki.


Kibice, którzy pamiętali wydarzenia z 2004 roku mogli z nadziejami zasiąść przed drugą połową. Na boisku zameldował się Markovic, który miał być błogosławieństwem na braki w ataku – a został.. przekleństwem. Już kwadrans po wejściu, w 60. minucie zachował się jak przedszkolak i w środku boiska, mając piłkę przy nodze i przewagę nad Safarim – uderzył go w nos. Za co dostał słuszną czerwoną kartkę. Basel wciąż dominowało ale to Liverpool w 82. minucie doprowadził do wyrównania. PERFEKCYJNIE wykonany rzut wolny Stevena Gerrarda, dał upragnione nadzieje kibicom. Liverpool rzucił się do ataku ale bardzo dobrze radzący sobie w defensywie Szwajcarzy nie przegrali tego meczu. Nic dwa razy się nie zdarza. A Basel? Basel było po prostu lepsze i grało o wiele dojrzalszą piłkę.

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)