Szukaj:

Sportowe artykuły, felietony, reportaże, wywiady i wiele więcej...

Sport4fans.pl Piłka nożna Legia raz, Legia dwa, Legia pierwsze miejsce ma

Legia raz, Legia dwa, Legia pierwsze miejsce ma

Piłka nożna | 11 grudnia 2014 23:28 | Sebastian Ibron

fot. x-news.com.pl

Legia, jak typowa polska drużyna piłkarska, lubi sobie komplikować sprawę. Legioniści mieli możliwość zapewnienia sobie triumfu w swojej grupie już w meczu z Lokeren, ale... byłoby przecież zbyt nudno, by ostatni mecz grać o pietruchę.


Po paru, parunastu minutach starcia z Trabzonsporem wydawać się mogło, że jest całkiem spore prawdopodobieństwo, iż Turcy postawili swojej bramce niewidzialny mur z pustaka. Legia nieprawdopodobnie pudłowała, a nawet sytuacja, w której padł pierwszy gol sprawić mogła, że Ronnie O'Sullivan kliknąłby „lubię to”. Ta sytuacja była jakimś apogeum, czymś absolutnie kuriozalnym i niesamowitym.


Wcześniej Żyro nie trafił setki, Sa nie trafił mając jedynie obrońcę przeciwnika na linii pola bramkowego, a przy pierwszym trafieniu, uwaga, w jednej akcji, miała cztery stuprocentowe sytuacje. Ten bilard zakończony został przez, hmm, obrońcę Trabzonu do spółki z golkiperem przy asyście drugiego stopnia Orlando Sa. Mimo tego, Portugalczykowi ten fakt nie przeszkodził w cieszeniu się z tego gola, jak z własnej bramki. To trochę tak, jakby cieszyć się z adopcji dziecka, ale to pomińmy, bo jest to kwestia marginalna.


Czego by jednak nie powiedzieć – Orlando Sa pokazał prawdziwą klasę. I stwierdzam tak pomimo, że miałem zgryzotę przez pewien czas, co do jego gry w tym meczu. Było tak, ponieważ przez długi okres niby miał często piłkę, niby miał okazje bramkowe, ale dość często piłkę tracił i w dodatku nie trafił stuprocentówki. W drugiej połowie udowodnił jednak, że to prędzej on ma większe szanse, niż Marco Paixao, na powołanie do reprezentacji Portugalii wśród zawodników z Ekstraklasy. Zrobił to, co do niego należało. Znajdował się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i skrzętnie z tego korzystał. Swą jakość pokazał zwłaszcza przy drugim trafieniu dla Legii, kiedy sprytnie ograł dwóch defensorów drużyny przyjezdnej. Prawiąc klasykiem – ręce same składały się do oklasków.


Orlando Sa to snajper zdecydowanie na miarę legijnych ambicji. Podobnie jak Duda, który sonduje możliwość exodusu za granicę. Nic tylko peany wystawiać na jego cześć. Mimo że akurat w tym meczu nie był szczególnie widoczny, o tyle spostrzec można było, że ma niebywale szeroką gammę zagrań niekonwencjonalnych, jest bardzo nieprzewidywalny, a piszę to wyłącznie w kontekście pozytywnym. Te 20 fauli w pięciu wcześniejszych meczach LE pominiemy i zasłonimy kurtyną milczenia.


Na spory plusik przy swoim nazwisku zasłużył Igor Lewczuk. Był z przodu, był z tyłu, zastawiał, odbierał i wyprzedzał. W nieco mniejszym stopniu, ale oprócz niego postawa całej defensywy warszawiaków mogła się zdecydowanie podobać. Tak jak i środek pomocy. Natomiast wyjątkowo, bo jest to sytuacją incydentalną, słabo spisali się skrzydłowi. Słabego Żyrę prędko zmienił jeszcze słabszy Kosecki, a Michał Kucharczyk przez przekrój całego starcia niczym w pamięci się nikomu nie zapisał. To jednak gromadce Henninga Berga w niczym nie przeszkodziło.


Legia wygrywa swoją grupę. To jest fakt, i z tym polemizować nie można. Podobnie, jak nie powinno się podejmować kwestii zasłużenia na owe zwycięstwo. Legia udowodniła dziś, że jest drużyną z całą pewnością klasową i wcale nie musi stać na straconej pozycji w 1/16 Ligi Europejskiej.


SEBASTIAN IBRON
TWITTER: @sebastianibron

Kategoria: Piłka nożna
Komentarze (0)